Zalewajka

Na przełomie lat 40-tych i 50-tych było w domu biednie. Rodzice byli zajęci budową skromnego domu i z trudem utrzymywali trójkę dzieci. Mama odwoziła mnie więc chętnie pociągiem do babci, mieszkającej w Pabianicach pod Łodzią. Siedziałem tam tygodniami. Tylko mnie, bo starszy brat nie mógł opuszczać szkoły, a siostra była 2-letnim maluchem. U babci też zresztą było biednie.
Tam jednak poznałem największą i najtrwalszą miłość mojego życia. Zalewajkę. W okolicach Łodzi, zwłaszcza wtedy, była to jedna z potraw, dzięki której można było przeżyć w trudnych czasach. Prostsza niż żurek i kartoflanka, a smakowo i zdrowotnie – rewelacyjna. Ma wszystko co nauka żąda: węglowodany, tłuszcze, białko i witaminy.

Zalewajka
Zalewajka – ulubiona zupa. Dziś już nie jej nie gotuję i nie jem, bo kwas mlekowy nie jest korzystny w okresie trzeciej już młodości

Zalewajek jest wiele, w przepisach książkowych i internecie. Ale takiej, skromnej i rewelacyjnej w smaku nie ma. Sam ją też muszę gotuję w domu dla siebie. Bo cała jej tajemnica jest w proporcjach, prymitywnych w gruncie rzeczy składników i sposobie gotowania. Potrzeba jedynie parę kartofli pokrajanych w średnią kostkę, biały barszcz żytni o konsystencji śmietany, sól i nieco cebuli pokrajanej drobno i przysmażonej do złocistego koloru na smalcu ze skwarkami. Koniec!
Ale nikomu jeszcze z tych, których znam nie udało się ugotować dobrej zalewajki. Nawet mnie czasami nie wychodziło. Problem chyba sam się już rozwiązał, bo kwas mlekowy w nadmiarze zaczął mi szkodzić.