Urwis

Po zakończeniu wojny trzeba było zacząć nowe życie. Rodzice nie mieli ani domu, ani pracy. Mieli niewiele kosztowności przetrzymanych w ukryciu, ale byli zdrowi i pełni energii. W nowym miejscu zaczęli oczywiście od budowy domu. Ojciec, budowlaniec z praktyką, sam zaprojektował nowy dom i budował go z kilkoma niewykwalifikowanymi robotnikami miejscowymi. Mama gotowała, prała i sprzątała dla wszystkich: rodziny i pracowników budowy. Ja i mój brat pętaliśmy się po okolicy, bawiąc się zwłaszcza w sąsiedzkim lasku nad maleńkim strumyczkiem, budując tamy i rozmaite konstrukcje wodno-ziemne.

PLesna1947
Rok 1947: rodzice z nami w Podkowie Leśnej. Ja z lewej, młodsza siostra Krystyna z prawej. Na zdjęciu brakuje starszego brata Andrzeja. (fot. ze zbiorów własnych)

Bywaliśmy także nieznośni. Rodzice często wyjeżdżali w związku z zaopatrzeniem budowy. Kiedyś zostaliśmy w domu tylko pod opieką niezbyt przyjemnej sąsiadki, starszej pani, która miała ugotować dla nas obiad. Właziliśmy jej stale do kuchni, by zobaczyć co gotuje. Pogoniła nas w końcu energicznie i wyrzuciła na ogród.
Postanowiliśmy się więc zemścić. Dom był parterowy, wolno stojący, z płaskim dachem. Widzieliśmy komin, z którego leciał dym. Przystawiliśmy drabinę. Brat, ośmiolatek, był wyższy, więc zajął stanowisko na górze. Ja, prawdziwy pięcioletni prawie „strażak”, donosiłem mu z ogrodowego kranu wodę małym dziecinnym wiaderkiem i podawałem z drabiny. On wlewał tę wodę do dymiącego komina. Po szóstym wiaderku nagle otwarły się drzwi i na ogród w obłoku dymu wybiegła nieco przyczerniona gospodyni krzycząc – ratunku, diabły w kominie! Na te scenę weszli akurat wracający rodzice. Już z ulicy widzieli naszą akcję. Dostaliśmy za ten numer solidną karę, ale w oczach mamy widziałem chyba nutkę podziwu…

wroblaPierwszy nasz dom w Podkowie Leśnej, jeszcze w budowie (1947).
Na zdjęciu cała rodzina, ja w środku, stoję z tyłu. (fot. ze zbiorów własnych)

W czerwcu 1948 roku brat zaprowadził mnie do naszej miejscowej szkoły. Odbierał tam świadectwo i chciał mi pokazać, gdzie się uczył. Podobało mi się tam bardzo, więc wszedłem do sekretariatu szkoły i zapytałem czy ja też mogę się tu uczyć. Pani sekretarka sądząc, że przysłali nas rodzice, zapisała mnie do I klasy na nowy rok szkolny. 1 września, mając niecałe 6 lat wyszykowałem się i byłem gotów do szkoły razem z bratem. Zdumiona mama zapytała gdzie ja i po co idę, więc z satysfakcją wypaliłem, że jestem pierwszoklasistą. Niestety mama wyszła z nami, żeby sprawę wyjaśnić i przepisać mnie na rok następny. Było zabawnie, gdy dyrektorka szkoły stwierdziła: chce, niech chodzi. I tak już zostało.