To, co pamiętam

prolog student zsp1 rajdyobozy zalewajka piotrpulawski

—–ooo——

Powrót do spisu treści

Prolog

Moje przyjście na świat nie było przyjemne. Hitlerowski obóz koncentracyjny na lubelskim Majdanku istniał już od roku, a na miesiąc przed moim urodzeniem zaczęły działać jego krematoria. Tak więc mojemu życiu od początku towarzyszyło męczeństwo ludzi i posępny zaduch palonych zwłok. Rodzice, tak jak wszyscy lublinianie, musieli z tym żyć na co dzień. Ja, na szczęście, nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Korzenie
Okupacyjnego Lublina, miasta mojego urodzenia, nie pamiętam. Z niego wywodziła się cała rodzina ze strony mojego ojca, Kazimierza. Jego ojciec, a mój dziadek Józef, prowadził dobrze prosperujący zakład powroźniczy, zaś jego żona, babcia Władysława, niezwykle skromna, uczynna i lubiana w środowisku, wychowywała trójkę chłopców. Był to dobry, sympatyczny i zadbany dom.
W 1924 roku wszystko uległo zmianie. Dziadek Józef jadąc na rowerze zginął pod kołami ciężarówki. Był jedynym żywicielem rodziny. Babcia z trójką dzieci musiała żyć sama. Wtedy był to już biedny dom. Najstarszym w nim mężczyzną był 11-letni Kazimierz, mój ojciec. Jak mógł wspierał matkę, pracował, zarabiał i bardzo chciał się uczyć. Wreszcie, w 23 roku życia ukończył średnią szkołę budownictwa i jako wyróżniający się absolwent w lipcu 1936 roku został zatrudniony w prywatnej w firmie budowlanej. Skończyła się bieda. Jeden członek rodziny już normalnie zarabiał.
Ojciec mój kierował różnymi budowami firmy, w której pracował. Jednak nie tylko kierował. Wielu robotników, zatrudnianych zwykle wprost z przeludnionej wsi nie umiało ani murować, ani nawet przygotowywać zaprawy. Zawodu uczył wiec ich sam szef. Ojciec często pokazywał jak się pracuje łopatą, kielnią i młotkiem murarskim. To właśnie uratowało mu później życie.
W wrześniu 1939 roku prowadził dużą budowę w Chełmie. To pierwsze miasto, do którego weszła Armia Czerwona realizując ustalenia paktu Ribbentrop-Mołotow. Radzieckich żołnierzy szkolono, że wchodzą do kraju, w którym robotnicy i chłopi są, jak to się wówczas mówiło, uciskani przez polskich Panów i Obszarników. Należy więc tych wyzyskiwaczy łapać i wywozić na Wschód, by wyzwalać robotników i chłopów. Ale jak rozróżniać jednych od drugich? Radziecka władza miała sposób prosty: „покажи руки” (po rosyjsku: pokaż ręce). Ojciec miał ręce zniszczone wapnem i cegłami, więc puszczono go wolno…
Jeszcze przed wojną, rok po ukończeniu szkoły poznał w Lublinie uroczą panienkę, która przyjechała z domu rodzinnego w Pabianicach na kilka dni do Lublina by zobaczyć się ze swoim ówczesnym narzeczonym. Na jednej z uroczystości towarzyskich poznała mojego ojca, wychudzonego, niepozornego chłopaka. No i stało się: zakochała się w tym brzydszym i biedniejszym, przeprosiła zamożnego narzeczonego i, ku niezadowoleniu swoich rodziców, wyszła za mojego przyszłego ojca. W ten sposób pojawiła się w historii moja mama. W 1938 roku urodził się im pierworodny syn, mój starszy brat, a w 1942 – ja.
Czas był wojenny. Ze wschodu nieubłaganie nadciągał front. Na początku 1944 cała nasza rodzina postanowiła przeczekać wojnę gdzieś na Mazowszu, ale w jakiś spokojniejszym miejscu bliżej Warszawy. Ojciec bowiem uważał, że w stolicy, w największym polskim mieście, najłatwiej znajdzie w przyszłości pracę. Nie przypuszczał nawet jak wielki to będzie plac budowy.
Rodzice wybrali okolice Pruszkowa, jak się już wkrótce okazało, nie najlepiej. Tam właśnie Niemcy wywieźli po Powstaniu setki tysięcy obywateli Warszawy, którą potem zrównali z ziemią.

Świadomość
Świadomość istnienia dopadła mnie dopiero w Podkowie Leśnej w okolicy Pruszkowa. gdzie schronili się moi rodzice uciekając przed spodziewaną nawałą ogniową frontu II Wojny Światowej. Tu też zostałem zgłoszony do ewidencji urodzeń w miejscowej parafii.
Nowe życie w nowym miejscu rodzice zaczęli oczywiście od budowy domu. Ojciec, budowlaniec z praktyką, sam zaprojektował nasz nowy dom i budował go z kilkoma niewykwalifikowanymi miejscowymi. Mama gotowała, prała i sprzątała dla wszystkich: rodziny i pracowników budowy. Ja i mój brat pętaliśmy się po okolicy, bawiąc się zwłaszcza w sąsiedzkim lasku nad maleńkim strumyczkiem, budując tamy i rozmaite konstrukcje wodno-ziemne.
Bywaliśmy także nieznośni. Rodzice często wyjeżdżali w związku z zaopatrzeniem budowy. Kiedyś zostaliśmy w domu tylko pod opieką niezbyt przyjemnej sąsiadki, starszej pani, która miała ugotować dla nas obiad. Właziliśmy jej stale do kuchni, by zobaczyć co gotuje. Pogoniła nas w końcu energicznie i wyrzuciła na ogród.
Postanowiliśmy się więc zemścić. Dom był parterowy, wolno stojący, z płaskim dachem. Widzieliśmy komin, z którego leciał dym. Przystawiliśmy drabinę. Brat, ośmiolatek, był wyższy, więc zajął stanowisko na górze. Ja, prawdziwy pięcioletni prawie „strażak”, donosiłem mu z ogrodowego kranu wodę małym dziecinnym wiaderkiem i podawałem z drabiny. On wlewał tę wodę do dymiącego komina. Po szóstym wiaderku nagle otwarły się drzwi i na ogród w obłoku dymu wybiegła nieco przyczerniona gospodyni krzycząc – ratunku, diabły w kominie! Na te scenę weszli akurat wracający rodzice. Już z ulicy widzieli naszą akcję. Dostaliśmy za ten numer solidną karę, ale w oczach mamy widziałem chyba nutkę podziwu…

Szkoły
W czerwcu 1948 roku brat zaprowadził mnie do naszej miejscowej szkoły. Odbierał tam świadectwo i chciał mi pokazać, gdzie się uczył. Podobało mi się tam bardzo, więc sam wszedłem do sekretariatu szkoły i zapytałem czy ja też mogę się tu uczyć. Pani sekretarka sądząc, że przysłali nas rodzice, zapisała mnie do I klasy na nowy rok szkolny. 1 września, mając niecałe 6 lat wyszykowałem się i byłem gotów do szkoły razem z bratem. Zdumiona mama zapytała gdzie ja i po co idę, więc z satysfakcją wypaliłem, że jestem pierwszoklasistą. Niestety mama wyszła z nami, żeby sprawę wyjaśnić i przepisać mnie na rok następny. Było zabawnie, gdy dyrektorka szkoły stwierdziła: chce, niech chodzi. I tak już zostało.
Warszawa szybko powstawała z gruzów. Przy jej odbudowie pracował także mój ojciec, był m. in. kierownikiem budowy gmachu na Placu Trzech Krzyży, obecnego Ministerstwa Rozwoju. W lipcu 1949 roku ojciec zabrał nas kolejką WKD na otwarcie Trasy W-Z (z tunelem pod Placem Zamkowym i już nową Kolumną Zygmunta III Wazy).

WZ
Otwarcie Trasy W-Z, 1949 r. Fot. AG CAF, commons.wikimedia.org, 1952.

Jesienią 1950 roku nasza rodzina przeniosła się z Podkowy Leśnej do Warszawy. Ludzie z budownictwa byli rozchwytywani i w pierwszym rzędzie im przydzielano mieszkanie. Już od września chodziłem do szkoły w stolicy. W 1952 roku uroczyście ogłoszono ukończenie budowy MDM, czyli Marszałkowskiej Dzielnicy mieszkaniowej. To kilka bloków i obecny Plac Konstytucji (tej właśnie, z 1952 roku) i trzy wielkie kandelabry stojące do dziś.

1952 Pochód organizacji młodzieżowych 22 lipca 1952 roku w Warszawie. Oglądałem go mając niecałe 10 lat. W tle widać konstrukcję stalową budującego się Pałacu Kultury i Nauki. Fot. W. Slawny. Wikimedia.org, public domain.

Warszawa szybko powstawała z gruzów. Przy jej odbudowie pracował także mój ojciec, był m. in. kierownikiem budowy gmachu na Placu Trzech Krzyży, obecnego M

Niewiele pamiętam z tego okresu, ale do dziś mam przed oczami scenę z 5 marca 1953 roku: apel szkolny na korytarzu, kilkuset uczniów i głośno płaczące rzewnymi łzami nauczycielki. Okazało się, że tego dnia umarł nam, uczniom, bliżej nieznany Wielki Wódz.
Rok 1955 obfitował w ważne dla mnie wydarzenia. Po pierwsze ukończyłem szkołę podstawową i zostałem zapisany do liceum. Po drugie, co było dla mnie wielkim przeżyciem, pętałem się przy Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów. Po raz pierwszy w życiu widziałem setki młodych ludzi z całego świata, o różnych kolorach skóry i nigdy wcześniej nie widzianych rysach. Latałem z pamiętnikiem i zbierałem wpisy, z których nie rozumiałem nic, bo były w różnych obcych mi językach. Warszawa brzmiała przyjaznym, wielojęzycznym gwarem, głośnym śmiechem i nieznanymi mi śpiewami.

Festiwal1955Warszawa 1955 r. Festiwal Młodzieży i Studentów. W tle widoczne ruiny Teatru Wielkiego. Fot. Stanislaw Wydżga

Po trzecie wreszcie ukończono budowę Pałacu Kultury, niewiarygodnie wówczas, zwłaszcza dla 12-latka, wysokiego budynku. Wokół była tylko pustynia gruzów.

PalacKulturyKorWarszawa 1955 r. Pałac Kultury gotowy wśród morza ruin. Fot. Zbyszko Siemaszko

Liceum
W Liceum nr 6, późniejszym Rejtanie, a potem nawet Reytanie szło mi źle. Nie lubiłem tej szkoły, chyba z wzajemnością. Nie wiem dlaczego. Czy przeszkadzała mi odczuwalna elitarność tego środowiska, czy też może była to reakcja na moje zachowania? W otoczeniu starszych i większych kolegów czułem się gorszy. Byłem uczniem miernym. Odczuwałem więc pewien ostracyzm tego dość dumnego środowiska. Na lekcje chodziłem niechętnie, raczej dla Mamy, niż dla siebie.
W dziewiątej klasie, czyli według obecnej nomenklatury – drugiej licealnej, powtarzałem rok. To paradoksalnie poprawiło nieco moją sytuację emocjonalną, gdyż młodsi koledzy traktowali mnie już z pewnym respektem i uznaniem. Z poprzednim rocznikiem rozrabialiśmy razem co nieco. Brałem na przykład bierny udział w „akcji specjalnej” kolegów z klasy, która polegała na uroczystym spaleniu na boisku dziennika klasowego, jedynego dokumentu szkolnego ze wieloma „dwójami”, również moimi. Nie było duplikatu tego dziennika. Nie było też żadnego donosu, kto to zrobił. Mimo tego niewątpliwego wówczas dla mnie „sukcesu”, a może właśnie dzięki niemu, nie dostałem promocji i musiałem powtarzać rok.
Przypuszczenie, że zbyt wcześnie rozpocząłem naukę, sprawdziła się bez wątpliwości. Dopiero powtarzając rok znalazłem się wśród rówieśników, którzy na dodatek traktowali mnie z respektem, jako „byłego starszego”. Tak dobrnąłem, z trudem zresztą, do matury.
Ciekawostką jest, że „studentem” zostałem dwa lata wcześniej, zanim zostałem studentem. Wspomnę o tym dalej. Najlepiej czułem się bowiem w pozaszkolnym środowisku kolegów mojego starszego brata oraz studentów Uniwersytetu i Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, mającej wówczas siedzibę w pałacyku na rogu Alej Ujazdowskich i Pięknej. Tam bowiem zostałem harcerzem Osiemdziesiątki, czyli drużyny afiliowanej przy warszawskich szkołach artystycznych. Do mojej Czarnej Jedynki, czyli Szczepu 1 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej w liceum macierzystym jakoś mnie nie ciągnęło, właśnie ze względu na kolegów.
W ogóle w czasie nauki licealnej przyciągało mnie bardziej towarzystwo studenckie niż szkolne. Takie miejsca, jak pierwszy po 1956 roku warszawski klub studencki Hybrydy na Mokotowskiej oraz kafejki na Krakowskim Przedmieściu działały na mnie jak magnes. Do Hybryd można było wejść tylko za okazaniem legitymacji studenckiej lub legitymacji Zrzeszenia Studentów Polskich (ZSP). Byłem jeszcze uczniem klasy maturalnej, ale dzięki rekomendacji moich przyjaciół z grupy towarzyskiej, z którą wspólnie poznawałem atrakcje Warszawy fermentu kulturalnego końca lat 50-tych, przyjęto mnie, jakby awansem, do tej organizacji. Dzięki temu jako jeden z niewielu w ówczesnej Polsce, już w 1959 roku słuchałem jazzu, poznałem osobiście Trzaskowskiego, Komedę i wielu innych. Sam grałem już na gitarze i miałem nawet epizod aktorsko-teatralny – zagrałem w tym charakterze w kilku przedstawieniach Teatru Hybrydy śpiewając tzw. balladę wstępną.
W Rejtanie było gorzej. Z trudem zdałem maturę, największe problemy miałem z polskim i historią. Na ustnym z polskiego zapytano mnie między innymi o głoski dźwięczne i bezdźwięczne. Nigdy nawet o nich nie słyszałem. Stwierdziłem na egzaminie, że mógłbym coś powiedzieć tylko o głoskach wdzięcznych. Wtedy obserwujący egzamin Wspaniały Nasz Dyrektor Stanisław Wojciechowski, jedyny nauczyciel którego lubiłem, szepnął do polonistki: – na co on idzie? Sprawdziła w papierach i odpowiedziała – na Politechnikę. Na to Dyrektor: – puśćmy go, głoski będą mu mało potrzebne, a trzymać go u nas kolejny rok to kłopot!
W ten sposób w 1960 roku wywalczyłem Świadectwo Dojrzałości i z ulgą opuściłem Rejtana. Niechęć do tej szkoły została mi na zawsze. Historia płata jednak figle. W kolejnych latach nauczyłem się świetnie języka polskiego, napisałem szereg książek chwalonych właśnie za bezbłędny język, a historia stała się moim hobby.

Powrót do spisu treści

Student

Zaraz po maturze zdawałem egzamin wstępny na Wydział Łączności Politechniki Warszawskiej (później nazwany Elektroniką). Jeszcze w szkole bowiem byłem zapalonym radioamatorem i ten kierunek studiów sobie wymyśliłem. Niestety, mizeria mojego średniego wykształcenia mimo starannego przygotowywania się do egzaminów nie wystarczyła, bym został przyjęty na ten oblegany Wydział (12 kandydatów na miejsce). Egzamin zdałem słabo, ale jednak zdałem. Więc zaproponowano mi podjęcie na jesieni studiów na Wydziale Mechaniczno-Konstrukcyjnym (MK, który zaraz później połączono z Lotniczym i nazwano Wydziałem Mechanicznym, Energetyki i Lotnictwa, MEiL).
Podjąłem te studia, które dla mnie okazały się koszmarem. Do dziś śnią mi się zajęcia warsztatowe, gdzie kazano nam ręcznie obrabiać pilnikiem sześcienne kawałki stali tak, by uzyskać zupełnie płaską powierzchnię 4 na 4 cm z dokładnością do 0,3 mm. Płaskość sprawdzano przykładając piłowaną kostkę do ściany i wsuwano za nią róg kartki papieru. Na ogół zawsze udawało się wsunąć ten róg co było dyskwalifikujące.

PilowanieZajęcia warsztatowe na I roku MEiL. Każdy inżynier musi przecież umieć piłować!

Koszmarem też były wykłady profesora Witolda Pogorzelskiego, wielkiego matematyka, ale słabego dydaktyka, które przy mojej ówczesnej wiedzy były tureckim gadaniem, Postanowiłem zrezygnować i ponownie zdawać po roku na pierwotnie wybrany kierunek, mając ponad pół roku na uzupełnienie wiedzy.
W następnym roku ponownie zdawałem egzamin wstępny na Wydział Łączności. Ten wypadł nieźle i ponownie zostałem studentem. Nie było łatwo, ale było. Już na pierwszym roku bowiem, wiosną 1962 roku założyłem tzw. podstawową komórkę rodzinną, co oznaczało, że musimy utrzymać się sami. Opłacaliśmy tani pokoik na Sadybie z minimalnego stypendium i… teraz dopiero nie było.
W końcu pierwszego roku po egzaminach, szukałem więc pracy na wakacje, by trochę zarobić i odłożyć na następny rok. Udało się. Zatrudniono mnie jako technika przy montażu zdalnie sterowanych zabawek samochodzików w ówczesnej Spółdzielni Pracy Zespół Techniczny w Warszawie, przy ul. Senatorskiej 6.
Traf chciał, że akurat wtedy prowadził tam swoje pomiary inż. Edmund Koprowski z laboratorium Polskiego Radia, dopracowując swój wynalazek – magnetofonowe głowice ferromagnetyczne. Gdy dowiedział się, że jestem studentem pierwszego roku Wydziału Łączności PW, a więc początkującym elektronikiem, poprosił Zarząd Spółdzielni o przydzielenie mnie do pracy przy szlifowaniu i pomiarach głowic. Otrzymałem też ofertę rocznej pracy w mojej wymarzonej dziedzinie, z niezłym, jak na studenta, wynagrodzeniem.
Postanowiłem przerwać studia, wykorzystać tzw. urlop dziekański i pójść na rok do pracy. W końcu września udałem się więc z prośbą o urlop dziekański do prodziekana ds. studenckich. Był nim młody, 42-letni wówczas profesor chemii Andrzej Górski. Przeczytał moje podanie i powiedział, że nie zgadza się na mój urlop. I dodał: – wiem z doświadczenia, że Jak Pan pójdzie do pracy, to po roku już Pan nie wróci. A ma Pan niezłe wyniki (tak naprawdę byłem dobry tylko z chemii, bo on i jego asystenci byli komunikatywni i lubili nas, studentów). Proponuję więc Panu dżentelmeński układ. Jeśli w następnej sesji egzaminacyjnej uzyska Pan średnią ze wszystkich ocen nie niższą niż 4, na następny semestr przyznam Panu stypendium naukowe (dość wysokie, niezależne od dochodów, rodzaj stałej nagrody za wyniki w nauce). A co dalej zobaczymy…

Gorski
Charakterystyczny dobrotliwy uśmiech prof. Andrzeja Górskiego*) dla studentów.
Ponoć jego muszka była inspiracją autorów obu mozaik znajdujących się na obu frontowych ścianach tzw. małych, audytoriów Gmachu Elektroniki, widocznych wprost z Placu Politechniki. (fot. ze zbiorów kolegi Stefana Wilka)

Zaśmiałem się w duchu: ja, znany leser i lekkoduch, prawdziwy student dostateczny ledwie, który szczyci się tym, że studiuje, a nigdy jeszcze nie był na żadnym wykładzie (poza chemią) mam być prymusem? To wstyd! Ale prof. Górski sprytnie nadepnął na moje ambicje, przekraczając przy tym swoje uprawnienia.

WykladW czasie przerwy na wykładzie Ja w pierwszym rzędzie, z prawej). Fot. nn

No i do końca studiów otrzymywałem to stypendium, bo choćby ze względów ambicjonalnych starałem się, aby moja średnia nie spadła już poniżej 4. Od drugiego roku stałem się nawet niezłym studentem, choć braki szkolne musiałem nadrabiać nocami.
Ku mojemu nieskrywanemu obrzydzeniu stałem się kujonem. Okazało się jednak, że czasy (albo ludzie) zmienili się bardzo. Młodzież zaczynała cenić sukcesy. Bimbanie i lekceważenie wszystkiego, tak charakterystyczne dla lat 50-tych, stało się niemodne. Agnieszka Osiecka napisała wtedy kultową piosenkę Okularnicy, jeszcze z odrobiną drwiny o ówczesnych studentach: …między nami po ulicy, pojedynczo i grupkami, snują się okularnicy ze skryptami… (posłuchaj). Tak, byłem takim okularnikiem, choć okularów nigdy nie używałem…

Kiedyś, chyba w połowie drugiego roku spotkałem przed gmachem Elektroniki moją nauczycielkę języka niemieckiego jeszcze z Rejtana, która prowadziła lektorat niemiecki również na Politechnice. Była to znana całym rzeszom młodzieży, bardzo lubiana starsza pani dr Selma Bukowska. Serdeczna, ale obcesowa i bezpośrednia, szczera do bólu, Z nieukrywanym zdziwieniem wypaliła:
Nowakowski! Co ty tutaj robisz, chyba nie studiujesz? Elektronika to trudny kierunek, tylko dla zdolnych! Nie dla Ciebie! Ty powinieneś być jakimś handlowcem, albo artystą! (dla osób kulturowo bliskim narodom niemiecko-języcznym artysta to zajęcie bardzo niepoważne, coś jakby komediant). Odpowiedziałem, by zrobić jej przyjemność:
Studiuję, ale nie wiem jak długo dam sobie radę…
***

Skończyłem studia w regulaminowym czasie ze średnią 4,5. Zostałem też pracownikiem naukowym macierzystej uczelni. Tylko dzięki tej jednej propozycji mądrego Profesora Górskiego. Ale Frau Bukowska miała trochę racji. Końcówka moich studiów nie była pozbawiona elementów artystyczno-scenicznych o czy napiszę dalej.

*) PS. Profesor Andrzej Górski, ur. 1920. Walczył w Powstaniu Warszawskim. W latach 1946-48 roku studiował na Wydziale Chemicznym PW, a w 1952 r. uzyskał stopień doktora nauk chemicznych. Prowadził nowatorskie prace dotyczące otrzymywania germanu ze źródeł krajowych, za które otrzymał w 1955 roku Nagrodę Państwową II stopnia. W 1961 roku zorganizował Zakład Chemii na Wydziale Łączności. Prowadził wykłady dla studentów pełniąc jednocześnie w latach 1962-1966 obowiązki prodziekana ds. Studenckich. W 1970 roku powrócił na Wydział Chemiczny Politechniki Warszawskiej gdzie, aż do przejścia na emeryturę w roku 1990, prowadził Zakład Chemii Nieorganicznej.

Powrót do spisu treści

ZSP

ZSP, czyli Zrzeszenie Studentów Polskich powstało w kwietniu 1950 r. Od początku był to samorząd studencki zajmujący się warunkami bytowymi studentów, organizowaniem wypoczynku i wczasów oraz kreowaniem kultury studenckiej. Po 1956 roku ZSP odrzuciło niezbyt zresztą uciążliwą, ale realną kuratelę polityczną, a organizacja ta stała się otwarcie „niezaangażowana” i… masowa. Należało do niej, na własne życzenie, około 85% środowiska studenckiego. Członków rad wszystkich szczebli uczelnianych wybierano bezpośrednio. Obowiązywała zasada rotacji – wszelkie funkcje sprawować można było najwyżej dwie kadencje. Działalność ZSP w tych latach zaskakiwała różnorodnością form i jakością. Nie tylko w kulturze, turystyce czy rozdziale pomocy uczelni, ale też, w granicach przewidzianych prawem, działaniami gospodarczymi. Na przykład studencką spółdzielczością pracy.
Gdy po trzecim roku uporałem się z nauką i wypracowałem sobie sposób efektywnego studiowania (obecność na wszystkich wykładach z dokładnym notowaniem i szerokie korzystanie w razie potrzeby z konsultacji prowadzących zajęcia) okazało się, że mam wiele czasu wolnego. W naturalny sposób doszedłem więc do pomysłu, by zaangażować się w działalność ZSP.

Małgosia V. i Lusławice
Nie musiałem zapisywać się do ZSP, bo, jak wspomniałem wcześniej w Prologu, miałem legitymację tej studenckiej organizacji już na rok przed maturą. Przysłużyli mi się wtedy koledzy z mojej grupy towarzyskiej, a zwłaszcza Małgosia V. Żywe srebro, dynamit, nawet kompletnie zwariowana, a jednocześnie delikatna i zwiewna dziewczyna – nasza nieformalna przywódczyni. Pewnie wszyscy by się w niej kochali gdyby nie to, że w owych czasach 18-latkowie używali życia „dookólnie” przyglądając się nie sobie, ale na nowo wszystkiemu co nas otaczało. Niedawno skończył się przecież stalinowski reżim polityczny i dopiero uczyliśmy się oddychać swobodą i wolnością. Być z grupą, a nie indywidualnie z kimś – to był wtedy młodzieżowy sposób na życie, zwłaszcza na przełomie dorosłości.
Ta właśnie Małgosia, późną wiosną 1960 roku, na którymś ze spotkań naszej grupy w jakiejś kawiarni, podczas wzajemnego użalania się, że wkrótce wakacje i się rozjedziemy, rzuciła:
– To przyjedźcie do mnie, do Lusławic. Będę tam na wakacjach, u babci.
– A gdzie to?
– Koło Zakliczyna, nad Dunajcem.
No to hej. Wkrótce, chyba w połowie lipca, ruszyliśmy. Osobno, nie grupą, autostopem lub jak się dało. Pamiętam, że ja dojechałem czterema ciężarówkami (na skrzyni oczywiście) do miejscowości Gromnik, skąd pieszo ruszyłem do odległych o 12 km Lusławic. Jak każdy autostopowicz, brudny, zdrożony i zakurzony, z małym plecakiem owiniętym zrolowanym kocem. U celu zobaczyłem mniej więcej to, co na poniższym fragmencie obrazu Rafała Malczewskiego, który wraz z ojcem Jackiem często malował w Lusławicach. Nigdy wcześniej nie widziałem polskiego dworku, nie widziałem jeszcze nawet żadnej polskiej wsi. Znałem jedynie Warszawę i osiedla podwarszawskie.

LuslawiceWejscieWidok parku i dworu w Lusławicach. Rafał Malczewski (s. Jacka) (1922).
O Lusławicach można poczytać: strony 20 i 21 w (link)

Wydaje mi się, że Pani na Dworze, czyli babcia Małgosi nie była uprzedzona o naszej wizycie. Na widok stale powiększającej się grupy brudnych łazęgów zachowywała się jednak jak gospodyni z klasą i bohatersko jednocześnie wskazując łazienkę i pokój do rozłożenia naszych koców i plecaków. Było to dla niej niewątpliwie przeżycie trudne, jako że w domu gościła właśnie wielu szacownych gości wakacyjnych, starszych państwa, zasłużonych intelektualistów z Krakowa. Od razu zostaliśmy też wszyscy zaproszeni na uroczysty obiad w dniu następnym.
Ten obiad był niewątpliwie punktem kulminacyjnym naszego pobytu w lusławickim dworze. Ujrzałem długi, obficie nakryty stół, przy którym siedziało już kilkoro starszych, nobliwych gości. Przy drugim końcu stołu były miejsca dla nas, młodzieży. Byliśmy jak sparaliżowani, z wyjątkiem oczywiście naszej Małgosi, do której chyba jeszcze nie dotarło, co narobiła. Pani domu, czyli Babcia Małgosi, również stała jeszcze przy ścianie, czekając pewnie z niepokojem co się wydarzy.
Usiedliśmy i znieruchomieliśmy. Nikt z nas, w zasadzie powojennych dzieci, nie wiedział co dalej robić. Co brać, w jakiej kolejności, jak nakładać na talerz i.. jak jeść, co i kiedy pić. Przy stole, całym stole, niewątpliwie panowało napięcie. Postanowiliśmy więc naśladować ruchy starszych szacownych gości. Brać to co oni i w taki sam sposób. Podobnie zwracać się też do siebie, z gracją i szacunkiem. Nie było to zamierzone, ale wyglądało jak przedrzeźnianie starszych. Widziałem przerażenie w oczach naszej gospodyni.
I nagle balon pękł. Starsi Państwo wybuchnęli śmiechem, a mogli przecież czuć się dotknięci! Zaczęli nas traktować z serdecznością i pobłażliwością. Młodzieży – bierzcie co chcecie i jak chcecie. Czujcie się normalnie, my też kiedyś bywaliśmy w takich opałach… Pani Domu również wróciła do siebie.
Byliśmy jeszcze jeden czy dwa dni w Lusławicach, Jedliśmy jak kto chciał i co chciał, w kuchni lub naszej kwaterze, chodziliśmy po okolicy, głównie nad Dunajcem, a wieczory spędzaliśmy na rozmowach i dyskusjach o arianach przy grobowcu Socyna. Nigdy potem nie widziałem już Małgosi V., naszej serdecznej, ale chyba jednak trochę wariackiej gospodyni, ani jej ukochanej Babci.
w 1975 roku dobra w Lusławicach kupił, a potem znacznie rozszerzył i rozbudował nasz wielki kompozytor i dyrygent Krzysztof Penderecki. Wraz z małżonką Elżbietą nie tylko doprowadził go ponownie do świetności, ale nawet w pobliżu wybudował całe wielkie centrum koncertowe i dom pracy twórczej dla młodych muzyków.

Luslawice.jpg
Lusławice. Po lewej: Mauzoleum Fausta Socyna. Fotografia Tadeusza Przypkowskiego z czasów mojej bytności w Lusławicach. Po prawej: Dwór w Lusławicach teraz. To zacisze domowe Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich. Fot. RobertR malopolskie.fotopolska.eu 

PAFON
Wracam do tematu. Po trzecim roku moja średnia była już na tyle wysoka, że uzyskałem stabilność studiowania i ochotę na dodatkowe przedsięwzięcia. Zapytałem więc naszych działaczy ZSP na Wydziale, w czym mógłbym działać. Odpowiedzieli mi krótko: zorganizuj jakąś imprezę, np. kulturalną lub turystyczną, która zainteresuje wielu studentów. Więc zacząłem myśleć i wymyśliłem PAFON.
Nie rozwijam na razie tego skrótu. Otóż przypomniałem sobie, że nasza telewizja wykorzystuje z akceptacją cenzury wiele filmów oświatowych spoza krajów socjalistycznych. Były one poświęcone zazwyczaj kulturze, osiągnięciom naukowym lub historii wielu krajów zachodnioeuropejskich. W filmach tych nie było nachalnej propagandy. Miały natomiast wysoki poziom artystyczny. A my, w nowym gmachu Elektroniki przy ulicy Nowowiejskiej dysponowaliśmy dużym nowym audytorium, w którym była kabina operatorska z profesjonalnym projektorem 16 mm, elektrycznie sterowanymi zasłonami i ekranem rozwijanym zdalnie nad tablicami. Mój pomysł był więc taki, by filmy te wypożyczać i wyświetlać w godzinach powykładowych, wtedy, gdy w audytorium nie było już zaplanowanych wykładów. Z wolnym wstępem dla wszystkich!. To mogło się udać, bo w tych czasach wszystko co zachodnie spotykało się z powszechnym zainteresowaniem.
Ustaliłem telefonicznie, że filmy takie każda instytucja może wypożyczać za darmo w ośrodkach kulturalnych i informacyjnych różnych krajów. Problem polegał jednak na tym, że prywatne odwiedziny obywatela PRL we „wrogiej” ambasadzie było odnotowywane w Służbie Bezpieczeństwa PRL. Wpadłem więc na pomysł zalegalizowania tych ewentualnych wizyt. Zwróciłem się więc w imieniu ZSP do Rektora PW, by wydano mi pismo informujące, że kontaktuję się z ambasadami w imieniu Uczelni. Przedstawiam fotokopię tego pisma.

Upowaznienie
Ostrożne pismo JM Rektora

Warto zwrócić uwagę na słowo „jednorazowego”. Kilkukrotne odwiedzenie jakiekolwiek zachodniej ambasady było bowiem już niezbyt bezpieczne, mimo upoważnień.
W krótkim czasie udało się wypożyczyć kilkadziesiąt filmów. Akcja mogła ruszyć. Ale jak zapewnić publiczność? Nikt przecież nie wiedział, że będą w ogóle wyświetlane jakieś filmy. Na dodatek inicjatywa dotycząca filmów oświatowych nie byłaby zapewne dostrzeżona przez kolegów.
Głównym powodem chęci opisania tych wydarzeń był właśnie mój oryginalny pomysł rozpropagowania akcji. Nie wiem skąd pomysł ten przyszedł mi do głowy. W efekcie zrealizowałem byłem chyba pierwszą w socjalistycznej Polsce profesjonalną akcję reklamową. Otóż dwa tygodnie przed planowanym premierowym pokazem filmowym zacząłem umieszczać na stałych tablicach informacyjnych kartki A4 z samotnym napisem PAFON. Potem rozwieszałem także na żyłkach ręcznie wykonane plakaty z tym napisem, nawet wielkości B1. Było ich w gmachu Elektroniki dużo, pojawiały się codziennie w innych miejscach.
Na początku było spokojnie. Ale już po czterech dniach wszyscy, zarówno kadra jak i studenci pytali się nawzajem: – co to jest ten PAFON? Nikt nie wiedział. Podejrzewano prowokację, nawet polityczną. Pracowali donosiciele, służby wydziałowe itd. Ale na wszelki wypadek plakatów nikt nie zrywał. Sądzono bowiem, że może to inicjatywa z Gmachu Głównego? Po 10 dniach wszyscy już plotkowali na jeden temat: co to jest do cholery ten PAFON?
W dzień premiery, była to chyba środa, bardzo rano osobiście umieściłem nad głównymi schodami wejściowymi do budynku długi transparent:

Przegląd Aktualnych Filmów Oświatowo-Naukowych PAFON. Premiera dziś, o godz. 17.00, w audytorium…

Frekwencja była 200-procentowa i trwała. PAFON istniał jeszcze prawie dwa lata, aż do momentu, gdy wyczerpaliśmy wszystkie ciekawsze filmy jakimi dysponowały ambasady i zagraniczne ośrodki kulturalne w Warszawie. Pokazy były lubiane, gdyż filmy były naprawdę bardzo ciekawe. Zwłaszcza holenderskie. Do dziś pamiętam znakomity 1,5-godzinny film o Rembrandcie i jego obrazach, który wzbudził we mnie na całe życie szacunek do jego malarstwa i malarstwa w ogóle. Potem organizację pokazów twórczo przekształcili moi koledzy tworząc Kino Filmów Krótkometrażowych „KaFKa”, a po kilku latach Dyskusyjny Klub Filmowy „KAFKA”. Działalność miłośników sztuki filmowej zanikła dopiero w połowie lat 70-tych.

Działacz
Sukces PAFON-a spowodował, że wygrałem najbliższe wybory na przewodniczącego Rady Wydziałowej ZSP, a po pierwszej kadencji kandydowałem i zostałem wybrany do Rady Uczelnianej ZSP PW. Przez 2 lata pełniłem funkcję szefa Komisji Kultury ZSP na Uczelni. Na następną kadencję już nie startowałem, bowiem musiałem poświęcić się w pełni pracy naukowej w macierzystym Instytucie Podstaw Elektroniki Wydziału Elektroniki PW. Szef Instytutu bowiem przywołał mnie do porządku, czyli do pracy..
Działanie w Komitecie Wykonawczym Rady Uczelnianej ZSP Politechniki Warszawskiej było w zasadzie administrowaniem, Moim obowiązkiem, jako szefa komisji kultury było wspomaganie, ale i nadzorowanie działalności kilkunastu klubów studenckich, w tym Stodoły, Zespołu Pieśni i Tańca PW, Chóru Politechniki i wielu innych jednostek kulturalnych na Uczelni. Oczywiście starałem się tak jak inni „szefowie branżowi” Rady Uczelnianej robić to starannie, ale i na luzie, z humorem. Poniżej dwie migawki ilustrujące tą działalność.

KWRU700

Komitet Wykonawczy Rady Uczelnianej ZSP PW. Wyżej: cotygodniowa narada w sprawach bieżących. Niżej: kontrola balu sylwestrowego. Kontrolowanie in vitro większych imprez (organizacja, finanse, porządek, pijaństwo itp,) należało do naszych obowiązków, ale nie trzeba było tego robić grupowo, raczej komisyjnie. Jednak w przypadku bali sylwestrowych w naszych klubach zrobiliśmy to raz niecodziennie. Na własny koszt wypożyczyliśmy z jakiegoś teatru mocno zużyte fraki oraz stare stylowe suknie dla naszych żon lub dziewczyn. I tak odwiedziliśmy wszystkie przez nas nadzorowane imprezy w ciągu jednej nocy. Bez zapowiedzi…

Powrót do spisu treści

Rajdy i obozy

Lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku to złote lata turystyki studenckiej. Wcześniej, w początkowych latach pięćdziesiątych, turystyka była właściwie możliwa jedynie w postaci grupowych wycieczek pod kontrolą jakiegoś „opiekuna”, sprawdzonego przez właściwy resort. Po „odwilży” październikowej 1956 roku władze były mocno zdezorientowane, czy swobodna turystyka nie zagraża systemowi, ale zostały zaskoczone akcją Autostop popularnego tygodnika Dookoła Świata. To był wyłom. Na uczelniach powstawały zaś liczne inicjatywy zlotów, zjazdów rajdów i kajakowych spływów studenckich.
W 1962 roku było już wiele rodzących się inicjatyw studenckich imprez turystycznych, które zostały organizacyjnie wsparte przez Zrzeszenie Studentów Polskich. Po paru latach okazało nawet, że we wszystkich tygodniach roku akademickiego oferowane były różne imprezy turystyczne (od wycieczek po zloty i rajdy piesze), a wakacje wiele obozów pieszych, górskich i wodniackich. Udział w tych krótkich był darmowy, wymagał jedynie kupna biletu PKP lub PKS. Te wakacyjne także nie rujnowały (całkowity koszt dwutygodniowego obozu wędrownego nie przekraczał połowy stypendium), a studenci o niskich dochodach rodzinnych mogli jeszcze starać się o dofinansowanie z ZSP.

PierwszeGrupa Elektroniki na jednym z pierwszych rajdów po wyjściu z kolejki elektrycznej. Po jedna z drużyn na Rajdzie Świętokrzyskim. W czerwonym kółeczku Krzyś Sobków

Do turystyki zapalał nas, nieżyjący już kolega, Krzysztof Sobków. Od początku studiów wymyślał piesze podwarszawskie wycieczki niedzielne, potem rajdy i złazy i wielkie, masowe imprezy turystyczne. Organizował nas, fundusze i całe imprezy. Najpierw na Elektronice, potem na całej Uczelni.
Pamiętam, że w którąś z sobót października przed kolejną jesienną niedzielną wycieczką zaprowadził mnie pod olbrzymiego platana na tyłach Gmachu Głównego Politechniki i wskazując leżące na ziemi jego opadłe liście powiedział:
– słuchaj, jutro na tej wycieczce będą zapewne rozmaite konkursy, w tym, jak zwykle, na największy znaleziony liść. Jak przyniesiesz jeden z  leżących tu liści, to Elektronika wygra ten konkurs…
Tak było. Mój liść rzeczywiście był największy i prawdziwy, tyle, że znaleziony w środku Warszawy ale o tym nikt nie wiedział. ‪Wygraliśmy także konkurs w konkurencji „dziwy leśne”. Wygrał kolega, który przed wyjściem z lasu na polanę z uroczystością zakończenia rajdu wziął na plecy najładniejszą naszą koleżankę i oświadczył, że przyniósł znalezioną dziwę leśną.

Czersk  (z pochodniami)
Chyba pierwszym pełnowymiarową imprezą turystyczną Elektroniki były Rajdy do Czerska, byłego zamku Królowej Bony, zupełnie już zniszczonego przez wydarzenia wieków.
Zamek Czersk wybudowano w epoce Jagiellonów, jako pomocniczą warownię obronną przy drodze wodnej Kraków–Warszawa. Był to zamek niewielki, ale znaczący. Jego budowę rozpoczęto przypuszczalnie około 1380 roku jeszcze z inicjatywy księcia Janusza I. Zakończenie prac budowlanych nastąpiło w pierwszej dekadzie XV stulecia. Wkrótce jednak Wisła, płynąca dotąd u podnóża zamku, zmieniła nagle koryto i przesunęła swój nurt o kilka kilometrów na wschód. Zamek stracił więc znaczenie i podupadł. Współcześnie zachowały się jedynie część murów z bramą, a także niewielki ceglany most wjazdowy, Dziedziniec wewnętrzny okolony murami stał się więc bezpańskim miejscem eksploracji i grabieży.
Dla pobliskiej Góry Kalwarii nadeszły jednak w XX wieku dobre czasy. Grupa warszawskich przedsiębiorców postanowiła zainwestować w kolejkę żelazną do Baniochy, gdzie istniały liczne, niezbędne Warszawie cegielnie. Z kolei warszawskim Żydom zależało na dobrej komunikacji z miasteczkiem Górą Kalwarią, gdzie rezydował cel ich wielu pielgrzymek, znany w całej Europie świątobliwy cadyk Alter Magiet. Wspólnym sumptem szybko powstała boczna odnoga grójeckiej kolei wąskotorowej (Warszawa–Piaseczno–Warka–Grójec) łącząca Piaseczno z Górą Kalwarią, Linię tej kolejki zlikwidowano, tor rozebrano w roku 1971.

Ciuchcia3
Kolejka wąskotorowa, czyli ciuchcia, do Góry Kalwarii. Dziś nie istnieje (fot. nn)

Mój rocznik elektroniki studiował w latach 1961-67. Wtedy jeszcze ciuchcia do Góry Kalwarii była rzeczywistością. To stało się podstawą pomysłu. Niedzielna zbiórka, wspólna podróż ciuchcią z Dworca Południowego (obecnie Metro Wilanowska) do Góry Kalwarii, przemarsz hałastry  prawie 4 kilometry do Czersk i zalegnięcie na dziedzińcu Zamku na wielkie ognisko. Po tańcach swawolach, śpiewach i konkursach ogniskowych, a także pieczeniu kiełbasek i popijaniu czym się dało, powrót do kolejki przez całe miasto, ale już o zmierzchu z przygotowanymi dla wszystkich wcześniej i zapalonymi pochodniami, ze Śpiewem na ustach, jak to się wtedy mówiło. śpiewaliśmy frywolne i rozrywkowe piosenki jak np. Jedna baba drugiej babie wsadziła do dupy grabie. a Chachary żyją… , ale i powstańcze. Wracaliśmy ciuchcią już późnym wieczorem.

CzerskMaluch.jpg
Ruiny Zamku w Czersku (zdjęcie współczesne, fot. www.polskazdrona.pl). Po prawej: nasz zespół turystyczny na szlaku jednego z pierwszych Rajdów Świętokrzyskich PW (fot. nn)

Góry Świętokrzyskie Poltechniki Warszaskiej
Rajdy Świętokrzyskie PW to była wielka, coroczna impreza naszego uczelnianego ZSP pod wodzą Krzysztofa Sobkowa. Jej celem była integracja studentów wszystkich wydziałów, a zwłaszcza „żółtodziobów” z pierwszego rocznika. Było tych Rajdów ponad dziesięć w kolejnych latach, a ich popularność stale rosła. Pamiętam że Rada Uczelniana ZSP wynajmowała dla tego rajdu specjalny pociąg PKP, który składał się ze starych, mocno wyeksploatowanych wagonów i parowozu-staruszka. Pociąg ten, z ciżbą studentów, całą noc z piątku na sobotę jechał z Warszawy do Zagnańska (gdzie kończył bieg), a do Warszawy wracał w niedzielę wieczorem.  W szczytowym okresie wiózł na rajd około 1500 studentów, tam i z powrotem.

ZagnanskDab
Dąb Bartek pod którym spotykali się wszyscy uczestnicy Rajdów Świętokrzyskich Politechniki Warszawskiej (fot. zagnansk.pl). Bartek to dąb szypułkowy, którego pień ma w obwodzie przy ziemi 13,4 m, a na wysokości 1,3 m – 9,85 m. Żyje już ponad 1000 lat i ma 30 m wysokości. Po prawej mapka „zasięgu” naszych Rajdów

Zagnańsk był ważny, bo był tam (i jest do tej pory) ponad 1000-letni dąb Bartek, punkt końcowy naszych wszystkich szlaków turystycznych. A było ich wiele. Niektóre zaczynały się w Ostojowie, inne w Łącznej (to kolejne przystanki na trasie pociągu) i ostatecznie w Zagnańsku. Kilkuosobowe zespoły z namiotami i plecakami rozłaziły się po prawie wszystkich pasmach Gór Świętokrzyskich: Klonowskim, Masłowskim, Jeleniowskim i oczywiście Łysogórach ze Świętą Katarzyną i Świętym Krzyżem na Łysicy i jej piargowymi zboczami

SwietyKrzyz
Klasztor i wieża telewizyjna na Świętym Krzyżu (fot. z drona Robert Felczak).
Po prawej piargowe zbocze Łysicy (fot.nn).

Turystykę uprawialiśmy nie tylko w centralnym regionie Polski. Chętnie chodziliśmy w Bieszczady i pogórza karpacki i sudeckie. Wystarczał jeden telefon (często kartka pocztowa) i się jeździło. Na przykład na zaproszenie dziewczyn z Wyższej Szkoły Ekonomicznej we Wrocławiu w Góry Kaczawskie: piątkowa jazda w kilku nocnym pociągiem do Wrocławia, tam na dworcu mycie i golenie (u fryzjera, trzeba trzymać fason!), wyjazd autokarem z grupa WSE w teren, przejście szlaku, potem nocne ognisko do rana, następny dzień na szlaku, powrót autokarem do Wrocławia i nocnym pociągiem do Warszawy. Rano byliśmy już na wykładach. To było życie! Męczące, ale mieliśmy na to sposób: jak grupa szła po szlaku do góry, by za chwilę również po szlaku zejść na dół, ja z moim serdecznym i nierozłącznym kolegą, nieżyjącym już niestety Jankiem Boberem, szliśmy szybciej szosą po płaskim naokoło góry i u jej podnóża czekaliśmy przy piwie na grupę schodzącą ze szlaku. Janek mówił koleżankom: po co pchać się tam na górę, jest ona taka sama jak tutaj wszystkie inne!

Wodą wygodniej!
Turystyka studencka to nie tylko chodzenie, ale i spływy kajakowe, choć były też obozy żeglarskie. Organizowano bardzo wiele obozów wędrownych w postaci spływów kajakowych głównie po pojezierzu Mazurskim oraz Augustowskim – po jeziorach, kanałach, a także rzekach, zwłaszcza tych, spływających do Mazowsza. Spływy te były dwutygodniowe i kosztowały niewiele: ok. 300 zł za wszystko, oczywiście bez kosztów dojazdu. Jedna taka spływowa grupa to 10–12 kajaków dwuosobowych i jeden główny, kierownika, z którym na miejscu przednim płynął wielki kocioł do gotowania. Podczas rejsu była w nim nieco osłodzona kawa zbożowa, jako napój dyżurny. Każdy z nas, gdy męczyło go pragnienie, mógł podpłynąć do gara i zaczerpnąć z niego kubek tego boskiego wówczas płynu, a nawet gdy był głodny mógł dostać kawał chleba z dżemem. Kawę gotowaliśmy zawsze  po śniadaniu, przed wypłynięciem na szlak.

splyw.jpg
Sucha Rzeczka przed jazem na jeziorze Serwy. Szykujemy się do przeniesienia kajaków. Problemy na rzeczce Bliźnie jeszcze przed nami. Trzeci z lewej to ja.

Najbardziej upierdliwe było przenoszenie kajaka na śluzach lub jazach. Wiele kłopotów sprawiały też rzeczki, w których leżały zatopione pnie złamanych drzew, zwłaszcza najsłynniejsza z nich Blizna, na której środkowym odcinku przynajmniej 2 kajaki na 10 wpadały na kikuty gałęzi niewidocznych w wodzie, zatopionych pni. Zaostrzone resztki konarów tych pni przebijały dno sklejkowego kajaka jak masło. Naprawa nie była skomplikowana, ale mało przyjemna. Sąsiednie kajaki przejmowały bagaż z „trafionego”, jego załoga stawała w wodzie po pas, odwracała kajak dnem do góry, uruchamiała na tym dnie spirytusowy palnik, na którym rozgrzewała podręczną puszkę z lepikiem (smołą po prostu) i przylepiała nim przygotowaną na taki wypadek łatkę ze sklejki. Uprzednio trzeba było wysuszyć okolice dziury np. kawałkiem swojej koszuli. Następnie, po odwróceniu kajaka, wybraniu z niego wody i odebraniu rzeczy cały spływ ruszał dalej.
Na jeziorach było głęboko, ale i wietrznie. Już półmetrowa fala groziła wywrotką. Ale przeżyć ze spływu i widoków z kajaka nie zastąpi żadna inna przygoda wodniacka.

Powrót do spisu treści

Zalewajka

garnek
Zalewajka. Ulubiona zupa, którą do dziś gotuję i jem kilka razy w miesiącu.

Na przełomie lat 40-tych i 50-tych było w domu biednie. Rodzice byli zajęci budową skromnego domu i z trudem utrzymywali trójkę dzieci. Mama odwoziła mnie więc chętnie pociągiem do babci, mieszkającej w Pabianicach pod Łodzią. Siedziałem tam tygodniami. Tylko mnie, bo starszy brat nie mógł opuszczać szkoły, a siostra była 2-letnim maluchem. U babci też zresztą było biednie.
Tam jednak poznałem największą i najtrwalszą miłość mojego życia. Zalewajkę. W okolicach Łodzi, zwłaszcza wtedy, była to jedna z potraw, dzięki której można przeżyć w trudnych czasach. Prostsza niż żurek i kartoflanka, a smakowo i zdrowotnie – rewelacyjna. Ma wszystko co nauka żąda: węglowodany, tłuszcze, białko i witaminy
Zalewajek jest wiele, w przepisach książkowych i internecie. Ale takiej, skromnej i rewelacyjnej w smaku nie ma. Sam ją też muszę gotuję w domu dla siebie. Bo cała jej tajemnica jest w proporcjach, prymitywnych w gruncie rzeczy składników i sposobie gotowania. Potrzeba jedynie parę kartofli pokrajanych w średnią kostkę, biały barszcz żytni o konsystencji śmietany, sól i nieco cebuli pokrajanej drobno i przysmażonej do złocistego koloru na smalcu ze skwarkami. Koniec!

Ale nikomu jeszcze tym, których znam nie udało się ugotować dobrej zalewajki. Nawet mnie czasami nie wychodzi i jem ją z trudem wspominając tę ostatnią udaną…

Powrót do spisu treści

Piotrek, czyli Piotr Puławski (1941-2017)

Zarówno w podstawówce, liceum, czy później, na uczelni, miałem zawsze właściwie jednego bliskiego kolegę, do wspólnej nauki. Nie były to aż przyjaźnie, raczej kolegowanie po szkole w jednym lub drugim domu wynikające z konieczności odrabiania lekcji, z pośpiesznymi przejadkami serwowanymi czasami przez rodziców. W liceum niemal codziennie przez ponad trzy lata takim poszkolnym moim towarzyszem był serdeczny i lubiany przeze mnie Piotrek Puławski. .

Gitarzysta
Piotrek na początku swojej kariery estradowej. Już po liceum.

Piotrek mieszkał ze swoja mamą w ciasnej i kiszkowatej jednookiennej stróżówce na parterze starej rudery pamiętającej czasy zaborów. Był to dom przy ul. Wiśniowej 37 (obecnie, po przebudowie są tam biura Urzędu Dzielnicy Mokotów). Trudno było tam mieszkać, nie mówiąc o nauce czy odrabianiu lekcji.
Ja natomiast mieszkałem wtedy już w nowym domu przy ul. Różanej, dopiero co zbudowanym przez moich rodziców (ojciec był inżynierem budownictwa). Dom ten budowaliśmy całą rodziną przez kilka lat z oszczędności i bieżących zarobków rodziców, którzy zadłużyli się zresztą na wiele kolejnych lat.
W 1957 roku ojciec wygrał pierwszy w zdemokratyzowanej Polsce konkurs na dyrektora wielkiej dużej poradzieckiej fabryki domów na Żeraniu. Pisano o tym szeroko w gazetach, bowiem na te czasy był to przełom: ojciec mój ani wtedy, ani przedtem ani później, nie był członkiem partii, a został dyrektorem wielkiej fabryki.
Jego zarobki były już wówczas znaczne, co umożliwiało kończenie budowy domu i wyposażanie go w meble. Nie tylko zresztą w meble. Rekompensując sobie lata biedy i oszczędzania rodzice sprawiali sobie nawzajem luksusowe domowe prezenty. Jednym z nich był chyba n
ajlepszy wówczas w całej Europie radioodbiornik Beethoven produkcji NRD. Na tej 12-obwodowej, 10-lampowej superheterodynie odbierało się z łatwością legendarne Radio Luksemburg nadające kultową wówczas muzykę rozrywkową i jazz. Nie znanych wówczas szeroko w Polsce: Presleya, Brendy Lee, Paula Anki i innych.

Beethoven

Piotrek bywał u nas codziennie. Oczywiście uczyliśmy się razem, ale jeszcze bardziej słuchaliśmy w kółko radia. Jazzu i rodzącego się bigbitu.
Piotr imponował mi swoimi zdolnościami i osiągnięciami. W szkole podstawowej chodził do szkółki latania i wakacje szkolne spędzał na obozach szybowcowych zdobywając już w liceum pierwsze diamenty. Również wcześnie, jeszcze w swoim skromnym mieszkaniu sam uczył się grać na gitarze i banjo. Robił to z taką determinacją, że już mając piętnaście lat grywał w dixielandowym zespole Vistula Stompers. W latach 1958-1960 grywał też w swingtecie Janusza Zabieglińskiego.

PPWN

Piotrek Puławski i ja. Już po liceum.

Piotrek znalazł u nas prawdziwy dom. Rodzice go bardzo lubili, a on sam mi imponował, zarówno szybownictwem, jak i zdolnościami muzycznymi. Był przy tym bardzo uczynny i skromny. Poprosiłem go, by pouczył mnie grać na gitarze. I zrobił to! Ćwiczył ze mną godzinami. Po roku już swobodnie sobie pogrywałem i podśpiewywałem, jednak z różnicą klasy do nauczyciela. On miał duszę do gitary, a ja nie (ale na rajdy i obozy wystarczyło). Nadal często uczyliśmy się razem w moim domu na Różanej, choć wtedy pasjonowała mnie już głównie radiotechnika.

Wiosną 1960 roku Piotrek zniknął z moich oczu i ze szkoły. Spotkałem go później przypadkowo na ulicy. Mógł to być rok 1965. Byłem wówczas studentem Politechniki. On, nieco zażenowany porzuceniem szkoły przed maturą powiedział mi, że ma zamiar braki nadrobić i zdać egzamin maturalny. Powiedział też z dumą, że tworzy nowy zespół muzyczny o nazwie Polanie. Później już nigdy się z nim nie widziałem.
Na Wydziale Elektroniki PW żyliśmy nauką i turystyką. Ja byłem na roku jednym z trzech gitarzystów rajdowych. O Piotrku zupełnie zapomniałem, a przecież od niego się zaczęło to moje muzykowanie.

Muzycy

Po lewej: Gitarzysta rajdowy. U góry: Nasza grupa studencka Akustyka była bardzo muzyczna: Tadeusz Fidecki, znany perkusista Jerzy Bartz i ja. Na dole: Oblewanie dyplomu (1967). Na potrzeby tej uroczystości grał nasz własny zespół jednorazowy Czerwone Żywioły w składzie Tadeusz Fidecki p, Zbigniew Namysłowski sax i ja g oraz sopranistki Krysia Namysłowska i Irenka Iwanicka

Dalsze losy mojego licealnego kolegi, z którym niegdyś spędziliśmy wiele chwil ucząc się, słuchając muzyki i brzdąkając na gitarze poznałem dopiero teraz, w połowie kwietnia 2019 roku przeglądając internet. Przypadkowo bowiem trafiłem na jego klepsydrę podpisaną przez Annę Dębicką, chyba jego koleżankę z zespołu Alibabki. Potem przejrzałem dokładnie internet i jego drogę życiową. Przez całe życie intensywnie koncertował. Najpierw w kraju zaczynał w 1960 roku w Czerwono-Czarnych. Wtedy właśnie zniknął ze szkoły. Po trzech latach założył swój zespół Polanie. Koncertował najpierw w krajach tzw. socjalistycznych, potem w całej Europie. W 1970 roku osiedlił się we Frankfurcie n/Menem i zmienił nazwisko, chyba na swoje pierwotne, ale polskiego nazwiska używał nadal, uważając je za artystyczny pseudonim.  Mieszkając w Niemczech mógł realizować obie swoje pasje – muzykę i latanie. Został nawet instruktorem lotnictwa akrobatycznego. Koncertował nadal, często w Polsce, którą lubił i czuł się tu jak w domu. W Niemczech zajął się zawodowo informatyką, pracował jako wolny specjalista w IBM.
Taki był Piotrek. Wszystko co robił, robił perfekcyjnie.

nekrolog

23 kwietnia 2017 r. na jego facebooku ukazało się ogłoszenie:
Moja ukochana gitara, Guild Starfire V S/N #41142 z roku 1965 nabyta na tournee w Szwecji w r. 1969. Do sprzedania z powodu śmiertelnej choroby. Oczekuję € 2.850,- (12.000,- zł) lub więcej wraz z oryginalnym futerałem. Komunikacja wyłącznie przez e-mail. Piotr Puławski (Polanie). e-mail: peter.steiman@brain-power.ws
A dwa dni późnej, 25 kwietnia 2017 r. Piotr dał ogłoszenie następne:
Mój spadochron awaryjny National 425, niezwykle cienki i lekki, jest teraz na sprzedaż. Proszę o $ 1.490,- (cena nowego $ 2.290,-). e-mail: peter.steiman@brain-power.ws

Piotrek umarł miesiąc później. Nie wiem czy zdążył sprzedać dwa najdroższe jego sercu skarby. A może je zabrał tam…, ze sobą.