Student

Zaraz po maturze zdawałem egzamin wstępny na Wydział Łączności Politechniki Warszawskiej (później nazwany Elektroniką). Jeszcze w szkole bowiem byłem zapalonym radioamatorem i ten kierunek studiów sobie wymyśliłem. Niestety, mizeria mojego średniego wykształcenia mimo starannego przygotowywania się do egzaminów nie wystarczyła, bym został przyjęty na ten oblegany Wydział (12 kandydatów na miejsce). Egzamin zdałem słabo, ale jednak zdałem. Więc zaproponowano mi podjęcie na jesieni studiów na Wydziale Mechaniczno-Konstrukcyjnym (MK, który zaraz później połączono z Lotniczym i nazwano Wydziałem Mechanicznym, Energetyki i Lotnictwa, MEiL).
Podjąłem te studia, które dla mnie okazały się koszmarem. Do dziś śnią mi się zajęcia warsztatowe, gdzie kazano nam ręcznie obrabiać pilnikiem sześcienne kawałki stali tak, by uzyskać zupełnie płaską powierzchnię 4 na 4 cm z dokładnością do 0,3 mm. Płaskość sprawdzano przykładając piłowaną kostkę do tablicy i wsuwano za nią róg kartki papieru. Na ogół zawsze udawało się wsunąć ten róg, co było dyskwalifikujące.

Student1
Zajęcia warsztatowe na I roku MEiL. Każdy inżynier musi przecież umieć piłować!

Koszmarem też były wykłady profesora Witolda Pogorzelskiego, wielkiego matematyka, ale słabego dydaktyka, które przy mojej ówczesnej wiedzy były tureckim gadaniem, Postanowiłem zrezygnować i ponownie zdawać po roku na pierwotnie wybrany kierunek, mając ponad pół roku na uzupełnienie wiedzy. W następnym roku ponownie zdawałem egzamin wstępny na Wydział Łączności. Ten wypadł nieźle i ponownie zostałem studentem. Nie było łatwo, ale było. Już na pierwszym roku bowiem, wiosną 1962 roku założyłem tzw. podstawową komórkę rodzinną, co oznaczało, że musimy utrzymać się sami. Opłacaliśmy tani pokoik na Sadybie z minimalnego stypendium i… teraz dopiero nie było.
W końcu pierwszego roku po egzaminach, szukałem więc pracy na wakacje by trochę zarobić i odłożyć na następny rok. Udało się. Zatrudniono mnie jako technika przy montażu zdalnie sterowanych zabawek samochodzików w ówczesnej Spółdzielni Pracy Zespół Techniczny w Warszawie, przy ul. Senatorskiej 6.
Traf chciał, że akurat wtedy prowadził tam swoje pomiary inż. Edmund Koprowski z Centralnego Laboratorium Polskiego Radia, dopracowując swój wynalazek – magnetofonowe głowice ferromagnetyczne. Gdy dowiedział się, że jestem studentem pierwszego roku Wydziału Łączności PW, a więc początkującym elektronikiem, poprosił Zarząd Spółdzielni o przydzielenie mnie do pracy przy szlifowaniu i pomiarach głowic. Otrzymałem też ofertę rocznej pracy w mojej wymarzonej dziedzinie, z niezłym, jak na studenta, wynagrodzeniem.
Postanowiłem więc przerwać studia, wykorzystać tzw. urlop dziekański i pójść na rok do pracy. W końcu września udałem się więc z prośbą o ten urlop do prodziekana ds. studenckich. Był nim młody, 42-letni wówczas profesor chemii Andrzej Górski. Przeczytał moje podanie i powiedział, że nie zgadza się na mój urlop. I dodał: – wiem z doświadczenia, że jak Pan pójdzie do pracy, to po roku już Pan nie wróci. A ponieważ ma Pan niezłe oceny (tak naprawdę byłem dobry tylko z chemii, bo on i jego asystenci byli komunikatywni i lubili nas, studentów). Proponuję więc Panu dżentelmeński układ. Jeśli w następnej sesji egzaminacyjnej uzyska Pan średnią ze wszystkich ocen nie niższą niż 4, na następny semestr przyznam Panu stypendium naukowe (dość wysokie, niezależne od dochodów, rodzaj stałej nagrody za wyniki w nauce). A co dalej zobaczymy…

Student2
Charakterystyczny dobrotliwy uśmiech prof. Andrzeja Górskiego*) dla studentów.
Ponoć jego muszka była inspiracją autorów obu mozaik znajdujących się na obu frontowych ścianach tzw. małych audytoriów Gmachu Elektroniki, widocznych wprost z Placu Politechniki. (fot. ze zbiorów kolegi Stefana Wilka)

Zaśmiałem się w duchu: ja, znany leser i lekkoduch, prawdziwy student dostateczny ledwie, który szczyci się tym, że studiuje, a nigdy jeszcze nie był na żadnym wykładzie (poza chemią) mam być prymusem? To wstyd! Ale prof. Górski sprytnie nadepnął na moje ambicje, przekraczając przy tym swoje uprawnienia.

Student3
W czasie przerwy na wykładzie Ja w prawym, dolnym rogu (fot. nn)

No i do końca studiów otrzymywałem to stypendium, bo choćby ze względów ambicjonalnych starałem się, aby moja średnia nie spadła już poniżej 4. Od drugiego roku stałem się nawet niezłym studentem, choć braki szkolne musiałem nadrabiać nocami. Ku mojemu nieskrywanemu obrzydzeniu stałem się kujonem. Okazało się jednak, że czasy (albo ludzie) zmienili się bardzo. Młodzież zaczynała cenić sukcesy. Bimbanie i lekceważenie wszystkiego, tak charakterystyczne dla lat 50-tych, stało się niemodne. Agnieszka Osiecka napisała wtedy kultową piosenkę Okularnicy z odrobiną drwiny o ówczesnych studentach: …między nami po ulicy, pojedynczo i grupkami, snują się okularnicy ze skryptami… Tak, byłem takim okularnikiem, choć okularów nigdy nie używałem.
Kiedyś, chyba w połowie drugiego roku spotkałem przed gmachem Elektroniki moją nauczycielkę języka niemieckiego z Rejtana, która prowadziła lektorat niemiecki również na Politechnice. Była to znana całym rzeszom młodzieży, bardzo lubiana starsza pani dr Selma Bukowska. Serdeczna, ale obcesowa i bezpośrednia, szczera do bólu, Z nieukrywanym zdziwieniem wypaliła:
Nowakowski! Co ty tutaj robisz, chyba nie studiujesz? Elektronika to trudny kierunek, tylko dla zdolnych! Nie dla Ciebie! Ty powinieneś być jakimś handlowcem, albo artystą! (dla osób kulturowo bliskim narodom niemieckojęzycznym artysta to zajęcie bardzo niepoważne, coś jakby komediant). Odpowiedziałem, by zrobić jej przyjemność:
Studiuję, ale nie wiem jak długo dam sobie radę…
Skończyłem studia w regulaminowym czasie ze średnią 4,5. Zostałem też pracownikiem naukowym macierzystej uczelni. Tylko dzięki tej jednej propozycji mądrego Profesora Górskiego. Ale Frau Bukowska miała trochę racji. Końcówka moich studiów nie była pozbawiona elementów artystyczno-scenicznych.

*) PS. Profesor Andrzej Górski, ur. 1920. Walczył w Powstaniu Warszawskim. W latach 1946-48 roku studiował na Wydziale Chemicznym PW, a w 1952 r. uzyskał stopień doktora nauk chemicznych. Prowadził nowatorskie prace dotyczące otrzymywania germanu ze źródeł krajowych, za które otrzymał w 1955 roku Nagrodę Państwową II stopnia. W 1961 roku zorganizował Zakład Chemii na Wydziale Łączności. Prowadził wykłady dla studentów pełniąc jednocześnie w latach 1962-1966 obowiązki prodziekana ds. Studenckich. W 1970 roku powrócił na Wydział Chemiczny Politechniki Warszawskiej gdzie, aż do przejścia na emeryturę w roku 1990, prowadził Zakład Chemii Nieorganicznej.

8 ‎grudnia ‎2018 roku.