Kolega szkolny. Stefan

Do 85-ki chodziłem od trzeciej klasy, po przeprowadzce całej mojej rodziny z Podkowy Leśnej do Warszawy. Był to w roku 1950, a więc w połowie tzw. ciężkiego polskiego stalinizmu. Przyznam szczerze, że nie zauważyłem zupełnie tego niedemokratycznego okresu. Raz tylko, ale to już dopiero po trzech latach, 5 marca, zebrano nas wszystkich uczniów na korytarzu. Grano różne hymny, a nauczycielki płakały prawdziwymi rzewnymi łzami, bo umarł jakiś nasz kochany wódz. Dziś by się powiedziało – lider.
Od początku miałem szkolnego przyjaciela, Stefana. Nasze kolegowanie się wynikło z prostego powodu. Do i ze szkoły mieliśmy dość daleko, ale po tej samej linii wędrówki. Ja już po 300 metrach spotykałem Stefana i szliśmy wspólnie jeszcze kilometr. W drodze powrotnej zaczynaliśmy tym kilometrem, ale było niezwykle atrakcyjnie, bo już naprzeciwko szkoły czynny był sklep papierniczy. Bogato zaopatrzony, choć w istocie nie miało to znaczenia, bo nie mieliśmy pieniędzy. Ale zawsze parę groszy w kieszeni starczało na jakiś drobiazg, na przykład na nową stalówkę (stalka w gwarze, kto nie wie co to jest, to trudno), albo zeszyt 16-kartkowy w kratkę.
Ale bliżej domu była największa i niecodzienna atrakcja. Po prostu połamane rurki szklane. Kawałki krótkie, ale też i półmetrowe, średnicy kilku milimetrów. Był tam bowiem malutki zakład rzemieślniczy produkujący bombki na choinkę. Oni je na gorąco dmuchali i malowali od wewnątrz farbami i srebrem. Niepotrzebne kawałki rurek wyrzucali na kupę do wywiezienia, a my w tych szklanych skarbach, codziennie innych, grzebaliśmy.
Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że były fabrycznie czyste i można było brać je do ust, by strzelać z nich papierowymi kuleczkami, oczywiście raczej na przerwach niż na lekcjach, ale za to w kolejnych dniach. Ale też i po to by w tych cieńszych obserwować menisk. Wklęsły – wodny i wypukły – rtęci z rozbitego mamie termometru od gorączki. Potem szliśmy do domu koło kina Stolica. Mieliśmy metodę by cichutko, drzwiami wyjściowymi przemycać się na salę kinową i podglądać filmy od lat 18-tu. Na bajki nie traciliśmy czasu.

52Nasza buda na Narbutta. Po szkole, przy kinie Stolica. Obserwowali nas tajniacy, na których nie zwracaliśmy uwagi. Stefan, ale już po szkole podstawowej (fot. internet)

Każdy powie – marne atrakcje. Może, ale dla nas był to raj.