Podróże Backup

 

034ZarZywiec033Leba032Kotlina031Gdansk030Sudety029MazuryPodlasie028SPB027Gibraltar026Portugalia025APWsch024Orient023Fiordy022Laguna021Chiny020Litwa019USA&CA018AntykOrient017UznamTaurusIIik

Powrót do spisu treści

——ooo——

Krótka podróż tam gdzie nie byłem.

1-3 sierpnia 2019 r. Żar, Żywiec, Wadowice, Ojców

Wisła jest jedynym miastem w Polsce, w którym większość mieszkańców, około 60%, jest wyznania luterańskiego. Najbardziej znani to Adam Małysz i Jerzy Pilch. W mieście tym jest aż pięć parafii tego kościoła.

Powodem naszej podróży nie było jednak zwiedzanie Wisły – ani miasta, ani rzeki. Chcieliśmy spotkać się z dziećmi, które z Gdańska wybrały się na weekend w góry, w okolice Szczyrku. Ja także chciałem zobaczyć miejsce, które od czasów licealnych, a więc od ponad sześciu dekad było dla mnie tajemnicze i nieosiągalne. To góra Żar (wiki, szczegóły), na której, jeszcze jako uczeń podstawówki, uczył się latać na szybowcach mój nieżyjący już kolega licealny. Chciałem też naocznie sprawdzić dlaczego jedne góry podzielono na dwie części i nazwano inaczej – Beskid Śląski i Beskid Żywiecki. Dodatkową ciekawostką był hotel zarezerwowany na dwie noce, czyli Zameczek Dolny, udostępniona obecnie wszystkim część rezydencji Prezydenta RP u źródeł Wisły, zbudowany w latach 1929-1930 dla Ignacego Mościckiego i jego następców. To adres Wisła, ul. Zameczek 1, obecny też na booking.com.

Historia tego miejsca jest interesująca. W 1907 r. arcyksiążę Fryderyk Habsburg wystawił tu myśliwski modrzewiowy „zameczek” wykorzystywany podczas polowań. W 1927 r. budowla ta spłonęła, a w jej miejscu, w 1930 roku ze środków społeczności śląskiej wybudowano nowoczesną rezydencję Prezydentów Rzeczypospolitej według projektu prof. Adolfa Szyszko-Bohusza, z wnętrzami Andrzeja Pronaszko. Dziś, po pracach konserwatorskich przeprowadzonych w latach 2004-2008, obiekt ten nadal prezentuje się znakomicie. W jego skład wchodzi Zamek Górny z drewnianą kaplicą oraz Zamek Dolny wraz z Gajówką – te ostatnie to ogólnodostępny dziś hotel i restauracja.

Zameczek

Zameczek Dolny Rezydencji Prezydenta RP w Wiśle oraz widok z jego tarasu na Jezioro Czerniańskie, które tworzą Biała i Czarna Wisełki. Z tego jeziora, a ściślej z  zapory tworzącej jezioro wypływa już jedna rzeka, nasza Wisła

Wydawało się, że dojazd będzie prosty, GPS nie miał wątpliwości. W rzeczywistości utknęliśmy, bo droga była w remoncie, zupełnie rozkopana. Co więcej GPS zgłupiał i nie wskazał innej trasy. Uratował nas jadący z nami syn, który mając mapę turystyczną znalazł wąską kamienistą drogę zboczem Baraniej Góry. Droga ta była mniej więcej pozioma, ale z lewej mieliśmy strome zbocze w dół, po prawej w górę. Za mną jechał jeszcze drugi samochód co okazało się korzystne, bowiem gdy nagle z przeciwka pojawił się trzeci, to on właśnie musiał się cofnąć do jakiejś poprzecznej stromej ścieżki by nas przepuścić. Przy okazji prawie zdobyliśmy samochodem Baranią Górę.

Droga z Wisły Malinki do Szczyrku robi wrażenie, choć, po straszliwym poprzednim przejeździe zboczem Baraniej Góry, nie tak duże. Ponadto oglądanie latem wczasowisk głównie narciarskich jest smutne i lepiej jest już wtedy chodzić wyżej, po górach. Do podnóża góry Żar dojechaliśmy szybko. Gorzej jechało się w górę, do dolnej stacji kolejki linowo-szynowej zlokalizowanej w pobliżu budynku szkoły szybowcowej. Do budowy tej kolejki wykorzystano istniejące tory dawnego wyciągu szybowcowego oraz stary tabor zakopiańskiej kolejki z Gubałówki. Prace wykonano w ciągu 130 dni. Kolejka ta została otwarta 14 lutego 2004 roku. Obok torów wytyczono trasę turystyczną i zimową zjazdową.

Zar

U góry: Górska Szkoła Szybowcowa „Żar”. W środku: mijanka kolejki, górskie „atrakcje turystyczne” przy torze, górna stacja kolejki. Na dole: panorama z szczytu góry Żar z widokiem na Jezioro Żywieckie

Historia szkoły szybowcowej na górze Żar jest fascynująca. Wszystko zaczęło się 1935 r. Znakomite warunki termiczne, tzw. noszenie, czyli silne tu wstępujące prądy powietrzne zdecydowały o rozwoju. Szkoła przeżyła zniszczenia wojenne i okres stalinowski. W połowie lat 50-tych ubiegłego wieku szkołę odtworzono pod zarządem Aeroklubu PRL i uruchomiono szeroki program szkolenia lotniczego młodzieży. Tu właśnie zaczynał szybowcową przygodę mój kolega Piotrek, który jeszcze przed ukończeniem liceum zdążył zdobyć jakieś Szybowcowe Diamenty. W latach 70-tych  wybudowano we wnętrzu góry oraz 50 m pod powierzchnią leżącego u jej stóp Jeziora Międzybrodzkiego pierwszą w Polsce elektrownię szczytowo-pompową. Jej górny zbiornik „wydłubano” na szczycie góry pozostawiając tu jedynie budynek stacji meteorologicznej oraz jeden stok dawnego lotniska, obecnie używany głównie przez paralotniarzy.

GoraZar

W rzędzie górnym: budynek stacji meteorologicznej z czasów międzywojennych, zbiornik górny elektrowni Porąbka-Żar oraz budynek górnej stacji kolejki linowo-szynowej. Na dole: stok paralotniarzy na tle nasypu szczytowego zbiornika elektrowni oraz widok z tego stoku na Jezioro Czanieckie

W drodze powrotnej wpadliśmy na żywca do Żywca. To już ziemia krakowska, nie śląska. Pięknie odrestaurowany rynek otoczony podupadłym miasteczkiem. Dalej zwiedziliśmy Koniaków i Istebnę oraz przełęcz graniczną z Czechami, gdzie w nocy 25 na 26 sierpnia 1939 roku padły pierwsze strzały II Wojny Światowej (tzw. incydent jabłonkowski). W Koniakowie zjedliśmy obiad w gospodzie z panoramicznym, prawie 360-stopniowym widokiem na góry. Ani tu, ani w  Istebnej koronek nie było. W ogóle nic ciekawego nie było.

Zywiecwadowice

Po lewej Starówka i Rynek w Żywcu. Po prawej kościół na rynku w Wadowicach, gdzie wpadliśmy na papieskie kremówki

Po koszmarze jakim był długi przejazd w litym korku niby autostradową 1-ką, z ratunkowym objazdem przez wsie, postanowiliśmy wracać na Mazowsze 7-ką, omijając Kraków. Naturalne więc było odwiedzenie Ojcowa i Maczugi Herkulesa.

Byłem tam – nie do wiary – prawie dokładnie 50 lat wcześniej. 21 lipca 1969 roku wędrując Szlakiem Orlich Gniazd. W środku nocy, w namiocie rozbitym na polanie vis–à–vis Maczugi (współrzędne 50.242862, 19.783009), słuchałem na małym radyjku transmisji z Księżyca. Usłyszałem wtedy to słynne that’s one small step for man, one giant leap for mankind Neila Armstronga. W tym samym miejscu, obecnie parkingu, zatrzymaliśmy się teraz mając ten sam widok na Maczugę i Zamek na Pieskowej Skale.

Ojcow

Ojców, widoki z parkingu. Maczuga Herkulesa i Zamek na Pieskowej Skale. Niżej: restauracja w pobliżu Ojcowa.

Czy teraz już wiem, dlaczego są dwa Beskidy – Śląski i Żywiecki? Nie wiem, ale sądzę, że wynika to nie z geografii, a historii: różnicy kultur, wiary i języka. Góry bowiem są takie same.

——ooo——

Powrót do spisu treści

Piąta krótka podróż sentymentalna

16-18 czerwca 2019 r. Łeba & Mierzeja

Nie była to od początku podróż sentymentalna, bo w Łebie przedtem nie byłem. Była więc to podróż sensowna bo nigdy nie miałem okazji zobaczyć naszych słynnych wędrujących wydm. Prawdziwe pustynie odwiedziłem w Omanie, ciekawy więc byłem czy te nasze to nie jest jakaś ściema.

Łeba właściwie nie leży na morzem, a w lesie, co widać poniżej. Z morzem łączy ją kanał portowy, dzieli zaś wspomniany las. Rzeka Łeba ma kształt: trójramiennej ośmiornicy (widać to wyraźnie np. na Google Maps), Łbem tej ośmiornicy jest port jachtowy wskazany białą strzałką na zdjęciu. Vis-a-vis leży mały port morski, a za lasem, w biegu Łeby płynącej przez miasto – port rybacki i miejski (strzałka czerwona). W porcie jachtowym ulokowano gustowny przyzwoity hotelik z restauracją. Wydmy Łebskie leżą na wąskim pasku ziemi kilka kilometrów na zachód od miasta między Bałtykiem a jeziorem Łebsko.

AirViewMapkaMarina.jpgKanał portowy Łeby widziany z drona (fot. magazynswiat.pl) oraz mapka okolic Łeby (wg lebaksiestwo.pl). Niżej: port jachtowy Łeba z wody i z brzegu

Na dwie noce „stanęliśmy” w hoteliku portu jachtowego. Spanie w marinie to bliskie sercu stare przyzwyczajenie z pływania w poprzek Europy. Wodniackie towarzystwo to coś miłego i spokojnego zarazem. Stąd pieszo do miasta to prawie kilometr. Miasteczko bardzo prowincjonalne, ożywia się w lipcu i sierpniu. Jest tam wtedy 6-krotnie więcej ludzi, niż poza sezonem. Ale Łeba słynie z z plaży, podobno najlepszej nad Bałtykiem. Rano na wydmy. Najpierw naszym samochodem 5 km do siedziby Słowińskiego Parku Narodowego czyli zarządcy wydm. Dalej, pod same wydmy, za niewielką opłatą turystów wożą melexy.

Wydma

Łebskie wydmy robią jednak wrażenie, mimo że udostępnia się ich tylko fragment…

Po wydmach spacer przez miasteczko na plażę. Jest podobnie jak w wielu miejscach nad morzem. Ale tu, z plaży widać jakieś zamek, prawie umoczony w Bałtyku. Jest to dawny pałac letni z 1908 roku, później przez wiele lat dom wczasowy FWP (Funduszu Wczasów Pracowniczych) Neptun, obecnie luksusowy i drogi hotel.

ZamekLeba

Zamek na plaży w Łebie. Od początku XIX w. opiera się morzu.

Ciekawa jest jego historia. Wybudowany w latach 1906-7 przez barona Herberta von Massowa stał się jego wspaniałą rezydencja letnią. W 1911 r. potężny sztorm z północy, zniszczył część wydmy. Komisja budowlana nie zezwoliła na dalsze korzystanie z obiektu. Właściciel nie miał pomysłu na jego uratowanie i sprzedał go za bezcen właścicielowi hotelu z centrum Łeby. Nowy właściciel, Maximilian Nitschke, zlecił niezwłocznie wykonanie betonowej ściany oporowej u podnóża wydm i odtworzenie wydmy przed obiektem, co wiązało się z przemieszczeniem dużych ilości piasku. W 1914 r. kolejny sztorm ponownie zniszczył wydmę. Wszystkie wcześniej wykonane zabezpieczenia zawiodły. Ściana oporowa okazała się za niska i za słaba. Wtedy właściciel zorganizował prawdziwe „pospolite ruszenie” i zwołał do pomocy ludzi z całej okolicy. Licznie zgromadzeni napełniali worki piaskiem, przewozili je na brzeg i rzucali w morze. Nowa ściana oporowa i rzędy pali wbite w dno morskie rzeczywiście sprawiły, że już żaden kolejny sztorm nie zagroził budynkowi.

Front II Wojny Światowej ominął okolice Łeby. Zamek ostał się bez zniszczeń. Nowe władze podjęły decyzję upaństwowienia obiektu i przywrócenia mu funkcji rekreacyjnej. Już w latach 50-tych budowla stała się domem wczasowym FWP Neptun, który bez remontów funkcjonował prawie do końca wieku. Po transformacji ustrojowej lat 90-tych, niewykorzystany popadał w ruinę.

Nowa Polska, nowe życie łebskiego Zamku

Transformacja ustrojowa zupełnie przeobraziła gospodarkę naszego kraju. Polska została otwarta na Europę i jej inwestorów. Z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Belgii, a zwłaszcza z Holandii przyjeżdżało do nas wielu energicznych, zdolnych ludzi, by u nas budować gospodarkę rynkową. Trafiali do kraju niezbyt nowoczesnego, ale pełnego ludzi życzliwych, zdolnych i pracowitych, a przede wszystkim pełnego pięknych i urokliwych naszych dziewczyn. To one właśnie były dla nich odkryciem i kotwicą.

AllegroFFP

Twórcy allegro.pl (fot. internet). Po prawej twórca Farm Frites Poland (montaż własny z materiałów FFP)

Jednym z pierwszych był Holender Arjan Bakker. Ożenił się z piękną młodą Polką i zamieszkał u nas. Założył niewielką firmę komputerową, a po kilku latach (w 1999 roku) zarejestrował wraz z żoną Magdaleną oraz dwoma młodymi swoimi programistami Tomkiem Dudziakiem i Grzegorzem Brochockim serwis aukcyjny Allegro. Tak, ten właśnie. Chłopcy nie docenili swojego pomysłu i po roku serwis sprzedali za dziesiątki tysięcy euro. Teraz serwis ten jest spółką giełdową o wartości ponad 13 mld zł.

Podobnie „zakotwiczył” w Polsce inny Holender, Ernst Christoph Lehmann Bärenklau. Jesienią 1994 r., wspólnie z macierzystymi holenderskimi firmami wyrobów ziemniaczanych Aviko B.V. i Farm Frites B.V, uruchomił w Lęborku duży zakład produkcji frytek. Okazało się przy tym, że nasze znakomite polskie pomorskie ziemniaki nie bardzo nadają się na światowe frytki, które królują na ulicy. Pan Bärenklau kupił więc leżące w pobliżu Łęborka 4000 hektarów poPGRowskich pól i sam produkuje prawdziwe (czytaj: amerykańskie) frytkowe odmiany ziemniaka dla swojej fabryki. Trzeba to cenić, choć osobiście uważam, że smażenie frytek to psucie królewskiego smaku ziemniaka ugotowanego na sypko lub smaku zalewajki. W tym względzie jestem w mniejszości.

Skąd ten temat tutaj? Otóż dlatego, że państwo Bärenklau odtworzyli w pięknej postaci Zamek Łebski. Jest on teraz luksusowym hotelem wypoczynkowych pani Ewy Bärenklau. Nie jet to jednak historia z happy-endem. Mimo że Zamek Neptun jest piękny i zadbany, nie jest obiektem przynoszącym rozsądne zyski i został wystawiony na sprzedaż. Teraz Polska odpoczywa tanio, głównie w Egipcie, Tunezji lub na Karaibach. Tam zawsze jest pogoda plażowa.

W drodze powrotnej: Krynica, Piaski, Buczyniec

Z Łeby, przez Lębork i północną część Kaszubskiego Parku Krajobrazowego trzeba było odwiedzić Krynicę Morską. Rozwinęła się i zgęstniała, ale tak naprawdę jest taka jak była. Jeszcze krok do Piasków, prawie przy granicy z Federacją Rosyjską. Cisza, pusta plaża i kilkoro ludzi z siateczkami na kijku poszukujących grudek bursztynu. Nic nowego. Więc wracamy na trasę i jedziemy na Buczyniec, zobaczyć wyremontowany Kanał Elbląski.

PowrotBuczyniec

Trasa powrotna i pochylnia Buczyniec na Kanale Elbląskim.

Tą droga wodną przepływałem wielokrotnie: statkiem Żeglugi Elbląskiej, mniejszymi łódkami i kilka razy z przygodami naszym Taurusem II, testując go przed rozpoczęciem wieloletniej podróży rzekami i kanałami Europy. Kanał ten zbudował na zlecenie Fryderyka Wilhelma IV Georg Jacob Steenke, by połączyć szlakiem żeglownym Prusy Wschodnie z Bałtykiem. Prace rozpoczęto w 1844 roku. W sumie, z odgałęzieniami liczy 147 km. W skali światowej unikalny jest zespół pięciu pochylni (Buczyniec, Kąty, Oleśnica, Jelenie i Całuny), przez które jednostki pływające przewożone są na specjalnych wózkach napędzanych siłą wody, pokonując różnicę wysokości 99 m. W roku 1978 ten zespół pochylni uznano za zabytek techniki, w 2011 nadano mu rangę pomnika historii, a w 2007, w plebiscycie Rzeczpospolitej, został uznany jednym z siedmiu cudów Polski.

Niegdyś w Buczyńcu był niewielki bar ze znakomitymi naleśnikami z serem. Dziś stoi jedynie przyczepa campingowa z nuggetsami. Ale jest za to zbudowane od podstaw Muzeum Kanału.

Post scriptum o Łebie… i małe podziękowanie

Po przyjeździe do Łeby okazało się, że nie zabrałem ze sobą jednego z leków regulujących ciśnienie, który muszę codziennie łykać. Poszedłem wprost do apteki, w której poinformowano mnie grzecznie, że bez recepty ani rusz. Ruszam więc do przychodni. Tam kolejka. Pojechaliśmy zatem najpierw na wydmy, a koło południa z powrotem do lekarza. Było pusto. Starszy, pogodny i sympatyczny lekarz, dr Greczko, zapisał w dokumentach informacje o moim stanie zdrowia oraz stale branych lekach i napisał receptę. Poplotkowaliśmy nieco. Okazało się, ze jesteśmy równolatkami, a na dodatek jednocześnie studiowaliśmy niegdyś w Warszawie – on na Akademii Medycznej, a ja obok, na Politechnice.

Apteka

Główna ulica, moja apteka i deptak Łeby (fot. Google Maps)

Z receptą poszedłem do łebskiej apteki. Tam okazało się, ze na recepcie w nazwie leku jest literówka. Farmaceutka niezwłocznie przekazała sprawę kierowniczce, która stwierdziła: proszę wydać lek Panu, poprawimy to później w porozumieniu z lekarzem… Ot, Łeba jest łebska!

——ooo——

Powrót do spisu treści

Czwarta krótka podróż sentymentalna

22-25 sierpnia 2018 r. Kotlina Kłodzka

Po drugiej krótkiej podróży sentymentalnej w czerwcu 2018 roku po południowo-zachodnim krańcu Polski, czyli Karkonoszach w Sudetach, Nizinie Śląsko-Łużyckiej oraz ziemi Zielonogórskiej (zobacz poprzedni wpis – Sudety-Lubuskie) brakowało mi ponownej wizyty w górach okalających Kotlinę Kłodzką. Te stare góry, powstałe jeszcze w karbonie (już po świętokrzyskich), tworzą prostokątny kawałek Polski filuternie przekrzywiony w stosunku do równoleżników i południków. Są one źródłem wielu moich wielu wspomnień z tej właśnie, niewielkiej Kotliny.

Ogolne700

Trzy piętra Kotliny Kłodzkiej: kamienny płaskowyż Szczeliniec,  Stare Kłodzko

i kopalnia złota w Złotym Stoku

To region bogaty w atrakcje turystyczne, pokryty zarówno gęstą siecią drogową, jak i siecią pieszych szlaków. Jest tu park narodowy Gór Stołowych, pruskie twierdze w Kłodzku i Srebrnej Górze, Kaplica Czaszek w Czermnej, bazylika Wambierzycka, Jaskinia Niedźwiedzia i stara kopalnia uranu w Kletnie, a także kopalnia – muzeum złota w Złotym Stoku. Jest tu również wodospad Wilczki w Międzygórzu oraz liczne uzdrowiska o wieloletniej tradycji, powstałe wokół źródeł wód mineralnych – głównie szczaw – m. in. w Kudowie, Polanicy, Dusznikach, Długopolu czy Lądku.

Jest to kraj nadal słabo zaludniony, w którym tylko cztery miejscowości (Kłodzko, Nowa Ruda, Bystrzyca Kłodzka i Kudowa) liczą więcej niż 10 tys. mieszkańców, a substancja zabudowy jest w większości stara i zniszczona. Teren ten nie miał bowiem nawet kilku chwil na rozwój. Najpierw nikt się tu nie osiedlał i nie inwestował, bo przez ponad 20 lat po wojnie nie było traktatu pokojowego z Niemcami Zachodnimi. Potem z trudem rozwijał się Wrocław i Sudety Zachodnie. A gdy już wszystko się uspokoiło przyszły nowe czasy i inwestycje lokowane są przede wszystkim w dużych centrach gospodarczych.

SrebrnaGóra700.jpg

Srebrna Góra i trasy zwiedzania z niej Kotliny Kłodzkiej. Hotel Srebrna Góra z daleka i z bliska na zboczu, przy drodze wiodącej do twierdzy na szczycie góry, stara rycina (fot. dolny.slask.org.pl), a także panorama Kotliny i widok rynku w Srebrnej Górze. Zadziwiająco podobny do tego zakopanego w Miedziance (por. wpis 3-16 czerwca 2018 r.)

Punktem startowym odwiedzenia Kotliny była Srebrna Góra, małe miasteczko z hotelem na stromym stoku tejże góry, zapewniającym widok prawie po Wrocław. Stąd wyjazd do Skalnego Miasta Adršpach. To najciekawszy fragment gór z piaskowca w Czechach. Dwa polskie fragmenty tych gór to malutkie obszarowo Błędne Skały i wielki trudno dostępny płaskowyż Szczeliniec, przypominający w wyobraźni Zaginiony Świat sir Arthura Conan Doyle’a. Oba polskie fragmenty Gór Stołowych można odwiedzić jedynie pieszo (parkingi daleko i niestrzeżone) i raczej będąc młodym i sprawnym. Adršpašskie Miasto Skalne to łatwo dostępny fragment Gór Stołowych. Oprócz Adrspachu sąsiedzi mają jeszcze tuż obok Teplickie Skały, trudne, rozległe i dzikie, podobne do Szczelińca.

MapaTrasa700.jpg

Adrspach na kolejnych zbliżeniach mapy

Adršpach jest europejskim ewenementem, bowiem w połowie XIX wieku został spustoszony pożarem, który wypalił wszystko poza skałami, a je same tak rozgrzał, że popękały. Roślinność nieśmiało po latach wróciła, ale góry i bloki piaskowca stały się łatwo dostępne. Już w XIX wieku opleciono je ścieżkami, pomostami i schodkami z poręczami. Dziś mogą tam chodzić wszyscy: od rodzin z dziećmi w wózkach, przez młodzież szkolną, do staruszków o lasce włącznie. Oczywiście nie wszędzie – gdzieniegdzie trzeba się przeciskać i chodzić po schodkach, ale jednak w pewnym komforcie.

DoAdrspachu700.jpg

W drodze ze Srebrnej Góry do Skał. Twierdza na szczycie, polski korek i parking u celu

Do Adrspachu najpierw trzeba jednak dojechać, co nie zawsze jest łatwe. Np. 23 sierpnia Nachodsky Deník pisał, że od 15 do 19 sierpnia był tak wielki napór turystów z Polski, że czescy policjanci drogowi razem z wolontariuszami ekologicznymi pomagającymi pilnować pastwisk wokół skał nie mogli sobie poradzić z naporem setek samochodów z naszego kraju. Zamknięto nawet skrzyżowania na drogach dojazdowych. Na szczęście my nie jechaliśmy od północy, a ze wschodu i w następnym tygodniu po długim weekendzie, więc znaleźliśmy, choć z trudem, miejsce na wielkim parkingu, na przynajmniej tysiąc pojazdów.

Samo Skalne Miasto jest tak wielkie, że turyści w nim znikają. Niekiedy tylko spotyka się grupkę. Raczej na schodach lub przy najbardziej zdumiewających skałach, które górują nad ludźmi tak jak Olbrzymi z krainy powieści Jonathana Swifta. Nie da się tego opisać, trzeba po prostu zobaczyć samemu.

Montaz700

Skalne Miasto Adrspach. Gotycka Brama (sztuczna konstrukcja z XIX w.). Wspinaczka. Przejście szerokie. Przejście wąskie. Okno czarownika. Słonie. Kochankowie. Pęknieta skała. Głowa cukru. Podejście. Starosta i Starostowa. Niektóre z tych wolno stojących baszt skalnych mają prawie 100 m wysokości!

Dzień drugi – wschodnia część Kotliny. Jest ona zdecydowanie bardziej dzika i pusta. Przejazd przez centrum Kłodzka i Bystrzycy Kłodzkiej zaskakuje degradacją przestrzeni miejskiej. Wszystko stare, poniemieckie i zużyte. Nieśmiałe drobne inwestycje, głównie prywatne. Celem pierwszym jest Międzygórze, we wschodniej otulinie Śnieżnika, drugiej góry Sudetów o wysokości 1425 m. Tu m. in.  tętniło wczasowe życie PRL, podobnie jak w Kudowie, Polanicy, Dusznikach i Lądku. Dziś jest smętnie i pustawo, choć trochę gości i turystów jest. Magnesem dla wielu jest tutejszy wodospad na Wilczce, dopływie Nysy Kłodzkiej, ze źródłami w masywie Śnieżnika.

Miedzygorze700

Wodospad Wilczki w 1910 roku i obecnie. Centrum Międzygórza

Wilczka w Międzygórzu wcina się w skały tworząc jar o stromych skalnych ścianach. Jar ten ma 150 m długości, 10 m szerokości, a jego ściany sięgają 40 m wysokości. Jej wodospad, dawniej nazywany także Wodogrzmotami Żeromskiego, liczy obecnie 22 m w jednej siklawie. Jest to drugi wodospad w polskich Sudetach po Kamieńczyku (27 m). Ciekawostką jest fakt, że przed powodzią 1997 r. wodospad Wilczki był o 5 metrów wyższy i bardziej efektowny niż równy mu Kamieńczyk, który toczy większe wody, ale spada w trzech kaskadach. Dzisiejszy stan wodospadu Wilczki to popowodziowy skutek wyrzucenia z progu umieszczonego tu wielkiego głazu, który tworzył w gardzieli sztuczny próg.

Po Wilczce atrakcji już wokół Śnieżnika nie było. Po wschodniej stronie tej góry rodzi się jednak nowe życie i to z rozmachem. Rozbudowuje się nowe Zakopane, czyli rejon Czarnej Góry. Pracują wielkie spychacze i budowlańcy. Powstaje, mówiąc nową polszczyzną – Czarna Góra Ski Resort.

KletnoOkolice700.jpg

Obraz satelitarny tras narciarskich Czarnej Góry i mapa topograficzna okolic. W dolnym rzędzie: pawilon wejściowy do Jaskini Niedźwiedziej, dinozaur i jego jaja w muzeum w Kletnie oraz chodnik tamtejszej kopalni uranu

Pozostałe atrakcje Kletna to stara kopalnia uranu z podziemną trasą turystyczną, hałda minerałów z tej kopalni, duża Jaskinia Niedźwiedzia (długość jej korytarzy to ponad 4,5 km, natomiast różnica pomiędzy poziomem najwyższym i najniższym wynosi 100 m) oraz prywatne Muzeum Ziemi, a raczej nasz Jurassic Park budzą niewielkie zainteresowanie.

Koniec podróży to Lądek Zdrój, śpiące i zaniedbane uzdrowisko oraz Złoty Stok z nieprzebraną liczbą turystów zwiedzających tutejszą kopalnię złota. Nastrój jarmarczny, do obejrzenia niewiele. Złota już nie ma, nawet w muzeum.

pejzaz.jpg

——ooo——

Powrót do spisu treści

Trzecia krótka podróż sentymentalna

6-8 lipca 2018 r. Gdańsk i Gdynia

Pierwszy raz w życiu zobaczyłem Gdańsk w 1958 roku, dzięki akcji Autostop tygodnika Dookoła Świata, zorganizowanej z inicjatywy grupy czytelników pisma. Akcja ta polegała na formalnym uporządkowaniu prawnym znanej od zawsze metody wędrowania na tzw. „łebka”, polegającej na zatrzymywaniu pojazdów (nie tylko samochodów, głównie wtedy ciężarowych, ale także innych, czasem np. pojazdów konnych).  Po zarejestrowaniu się i zakupieniu książeczki (za cenę 20 zł, równą wtedy w przybliżeniu 10-ciu bochenkom chleba), można już było wychodzić na drogę i wędrować po kraju zatrzymując rzadko wtedy przejeżdżające pojazdy.

Cena tej ważnej przez rok kalendarzowy książeczki obejmowała koszt jej druku, składkę roczną ubezpieczenia NWOC oraz niewielkie koszty administracyjne biura akcji. W książeczce były wydrukowane odrywane kupony na 1000 kilometrów jazdy w odcinkach 20, 50 i 100 km, wręczane uprzejmym kierowcom przy opuszczaniu pojazdu. Jedni brali, inni nie, mówiąc, że prowadząc samotnie nie mają z kim pogadać. Byliśmy przecież dla nich sympatycznymi młodymi ludźmi, na ogół z większych miast, których na co dzień nie widywali. Niektórzy kierowcy byli „hurtownikami”; brali „na pakę” na ogół bez plandeki nawet 80 osób. Bywało różnie. Jechałem kiedyś na skrzyni ciężarówki razem ze świniami, brodząc w gnoju, a te bestie ślizgały się tam i z powrotem przy każdym hamowaniu lub przyspieszaniu pojazdu.

Autostop1Książeczka Autostop. Po prawej jedni z pierwszych autostopowiczów Bogusław Laitl (właściciel tej książeczki) i Tadeusz Sowa. Rok 1957. Fot. L. Fogiel, źródło: http://plecakwspomnien.pl/2012/06/krotka-historia-autostopu/

Autostop to było pierwsze po wojnie wielkie BUM! polskiej turystyki młodzieżowej. Wtedy jeszcze nie było wolno wyjeżdżać poza granice swojego powiatu bez zgody władz. Książeczka Autostop zwalniała z takiego obowiązku, bo rejestrowano nas po jej kupnie. Ja oczywiście zakupiłem taką książeczkę chociaż brakowało mi trochę do ukończenia 16-tu lat, a był to podstawowy wymóg. Na szczęście w biurze Autostopu sprawdzano tylko rocznik.

Rodzice zgodzili się na wyjazd. Dali mi kieszonkowe 300 zł (mniej więcej warte tyle co dziś) licząc, że po dwóch-trzech dniach wrócę z braku środków. 1 lipca 1958 roku dojechałem więc tramwajem na Żerań i wyszedłem na drogę z Warszawy do Gdańska. Pierwsza ciężarówka zatrzymała się już po 15 minutach, ale jechała tylko do Płocka. Stamtąd, po kolejnych wsiadkach i wysiadkach dotarłem już po ciemku do Oruni na przedmieściach Gdańska. W każdej książeczce Autostopu był spis schronisk i campingów PTTK (towarzystwo to było współorganizatorem akcji Autostop). Znalazłem w niej, że taki camping jest Kamiennym Potoku (dzielnica Sopotu), z dostępnymi noclegami w namiotach obozowych, chyba 20-osobowych. Dotarłem tam przed 24-tą, głodny i zmęczony, ale dumny. W plecaku miałem tylko jedną konserwę rybną, słynne Byczki w sosie pomidorowym, otrzymaną jeszcze w domu „na czarną godzinę”. Chleb niestety zjadłem już po drodze. Siedziałem więc w namiocie wśród chrapania i jadłem samą rybę bez zagryzania, popijając wodą z publicznego kranu. Rano obudziłem się szczęśliwy jak nigdy. To był mój pierwszy poważny samodzielny wyjazd z domu, i… pierwszy  Gdańsk.

Potem bywałem w Gdańsku wielokrotnie – zarówno turystycznie jak i służbowo, na Politechnice. Tam też zaczęła się moja największa podróż życia – rodzinne przepłynięcie Europy w poprzek, hausbootem czyli jachtem mieszkalnym Taurus II (opisana dalej na tej stronie) budowanym w Gdańsku przez 2 lata.

TaurusMarina1„Taurus II” we Francji  (rok 2000) oraz macierzysta marina w Gdańsku (rok 2018) już bez tej jednostki

Celem tegorocznego wyjazdu, oprócz względów rodzinnych, było rozejrzenie się po Gdańsku i bierny udział w XXII Zlocie Żaglowców Baltic Sail 2018. Planowałem także spędzenie nieco czasu w Gdyni, pamiętnej z moich pływań.

23

Baltic Sail z lotu ptaka. Mercedes na Zatoce Gdańskiej. Na pokładzie. Port w Gdańsku.

Fot.: trojmiasto.pl (1), materiały prasowe armatora (2), zdjęcia własne (3, 4)

Przygoda żeglarska była ekscytująca. Na szczęście wiało słabo i przechyły były akceptowalne. Nigdy nie pływałem tak dużym żaglowcem. Mercedes jest brygiem turystycznym od 2005 r. Został zwodowany wcześniej, w 1958 r., w Holandii, jako kuter rybacki do połowów atlantyckich. Linie kadłuba zapewniają mu, jak nas zapewniano, znakomitą dzielność morską, a rybacka przeszłość żaglowca nie przeszkadzała w dość skromnej, ale eleganckiej zabudowie wnętrz. Rejon żeglugi to przede wszystkim Morze Śródziemne, wybrzeża Atlantyku oraz Morze Północne ale też, jak widać, Bałtyk.

Gdynia niestety jakby podupadła. Poza budowanym nowym luksusowym portem dla bogaczy na dawnym nabrzeżu Dalmoru (vis a vis polskiego niszczyciela w stanie spoczynku ORP Błyskawica oraz Białej Fregaty Dar Pomorza) powstaje luksusowe osiedle z portami i nabrzeżami jachtowymi. Też Dalmoru, ale już nie firmy rybackiej, a dewelopera. Jedynym dla mnie nowym akcentem Skweru Kościuszki było największe w Polsce koło widokowe, z którego, z 60-tego metra wysokości, widoki były wspaniałe. Spadania z tej wysokości na innej, szaleńczej maszynie ramieniowej, nie byłem już w stanie spróbować.

KoloGdynia

——ooo——

Powrót do spisu treści

Druga krótka podróż sentymentalna

3-16 czerwca 2018 r. w Sudety i nie tylko

 

Samochodowe podróże krajoznawcze czterodniowe są chyba lepsze niż trzydniowe. Ta również jak i poprzednia była sentymentalna, bo ponad pół wieku temu często bywałem w tym  skrawku Polski. I na rajdach studenckich, i z rodziną na popularnych wówczas wczasach FWP. Chyba bym się ponownie nie wybrał, ale kupiłem sobie w internecie audiobooka Filipa Springera „Miedzianka. Historia znikania”. Reportaż ten zrobił na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłem przeżyć go jeszcze raz, ale na miejscu.

Udało się to po kilku miesiącach Przygotowałem krótką, sentymentalną wyprawę objazdową w południowo-zachodni kąt Polski. W planie była oczywiście Miedzianka, ale też Karpacz, Szklarska Poręba, Świeradów, Sami swoiZamek Czocha, Bogatynia, a nawet Świetoszów, Zielona Góra i największy Jezus Chrystus na świecie.

Miedzianka

Dzięki nowym autostradom podróż z Mazowsza do Miedzianki to niecałe 5 godzin. W tym zakopanym spychaczami w latach 70-tych miasteczku jest zaledwie kilka domów-ostańców i tylko jeden nowy. To Browar Miedzianka, gdzie są znakomite piwa i nie gorszy od nich niewielki i niedrogi (!), ale przytulny i gustowny hotelik. Tu właśnie, od Cycucha Janowickiego zaczęliśmy przygodę z historią opisaną w książce Springera.

Browar

Browar2

Browar Miedzianka i Ci, którzy go stworzyli: Ewa Jurkiewicz i Jarosław Kądziela.

Fot. Browar Miedzianka. Zobacz więcej: [1], [2], [3]

Dodam tylko, że właściciele browaru, mający jeszcze inne niemałe biznesy, jak np. hurtownię tworzyw sztucznych we Wrocławiu, na milionerów się nie snobują, są skromni i sympatyczni. Browar wybudowali dlatego, że chcieli tu pomieszkiwać, może również zarabiać, ale przede wszystkim dlatego, że znaleźli tu piękny widok.

Powodem mojego przyjazdu nie był jednak browar, ale wielowiekowa historia Miedzianki i to, że miasteczko to zostało zasypane ziemią.  Trzeba było po prostu tej ziemi „dotknąć”.

fot-dolny-slask-org-pl-oraz archiwum wyd- Czarne i Filip Springer

Rynek w czasach świetności miasta i teraz. fot. dolny-slask.org.pl oraz archiwum wyd. Czarne i Filip Springer

dwaOstatnieMiedzianka teraz – stary browar i była gospoda „Pod czarnym orłem”. W Miedziance jest jeszcze kościół katolicki i kilka domów

Nie napiszę nic więcej. Trzeba samemu zanurzyć się w tym temacie. Warto przeczytać stale wznawianą książkę Filipa Springera, lub – choćby na początek – ten artykuł zaimportowany tu z Polityki.

Karpacz, Szklarska Poręba i Świeradów-Zdrój

Pierwsze powojenne wczasowiska w Polsce. Było głównie dlatego, że cały region jeleniogórski ostał się w całości w czasie II Wojny. Działań wojennych nie było tu wcale, a w ciągu roku po wojnie większość ludności niemieckiej została wywieziona na zachód. Pod Karkonoszami bywałem wielokrotnie, ale tylko w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Dobrze poznałem te trzy rejony, kilka razy byłem też na Śnieżce i Szrenicy,

Teraz to zupełnie inny świat. W Karpaczu i Bierutowicach (nazwanych obecnie Karpaczem Górnym) morze dużych willi z pokojami na wynajem, barów i hoteli. Miasto przytłacza olbrzymi moloch, luksusowy hotel sieci Gołębiewski.  Jest w nim 880 luksusowych pokoi i apartamentów, wiele sal konferencyjnych oraz restauracji, a także park wodny i plaże. Schronisko więc jest, nawet bardzo duże, ale gór nie widać. Brakuje tylko portu żeglarskiego, ale podobno też go zrobią. W istocie żaden to problem – zalać sąsiednią kotlinkę, a przy jachtach motorowych postawić górskie schronisko!

Karpacz2

Niewielki przytulny hotelik górski. Fot. Hotel Gołębiewski

Szklarska Poręba prawie wcale się nie zmieniła. Jedyną nowością oprócz tłoku, jest innowacyjny pomysł umieszczenia jedynej stacji benzynowej tyłem do głównej arterii przelotowej i bez wjazdu. To robi wrażenie.

Stacja2 Stacja benzynowa w Szklarskiej Porębie. W tej budce jest wszystko: Cafe i WC

Świeradów Zdrój jest taki jak był, senny i pełen kuracjuszy odpoczywających w parku zdrojowym po parkiecie i nocnych zabiegach. W drodze zatrzymałem się na Zakręcie Śmierci. Nowy asfalt i poprawione mury oporowe. Miło – pierwszy raz w życiu byłem tu 65 lat temu, będąc dzieckiem na kolonii szkolnej.

Zamek Czocha, i dziura w Ziemi. Dwie granice

Nie wypada na tej trasie nie wpaść do Lubomierza. To małe miasteczko było plenerem wielu polskich filmów, również legendarnych trzech komedii „Sami swoi – Nie ma mocnych – Kochaj albo rzuć” w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego, wg scenariusza Andrzeja Mularczyka (czytałem wszystko co napisał i cenię go bardzo wysoko), z muzyką Wojciecha Kilara i urzekającym aktorstwem Wacława Kowalskiego (Pawlaka) i Władysława Hańczy (Kargula). Zwłaszcza „Sami swoi”, pierwszy z serii, uważany jest przez polskich widzów za najlepszy film XX stulecia. Zwykła publiczność bowiem niżej ceni filmy uznawane za wybitne przez krytyków i profesjonalistów.

Samo muzeum jest skromne i bardzo przaśne, ale zobaczyć warto, ze względu na szacunek dla twórców wspomnianych trzech komedii.

Lubomierz1Kargul z Pawlakiem w Lubomierzu (fotos), muzeum dzisiejsze. Obok zapora na Kwisie

W drodze na Zamek Czocha można przejść się po zaporze wodnej na Kwisie, w Jasnej. Zapora ta, o wysokości 36 m i szerokości w koronie 8 m, jest najstarszą zaporą wodną w Polsce. Jej budowa trwała 4 lata. Zużyto 20 tys. mpiasku, 150 tys. worków cementu, i 460 ton stali zbrojeniowej. Powstałe w wyniku budowy zapory Jezioro Leśniańskie ma długość 7 km i szerokość do 1 km. Towarzysząca zaporze elektrownia wodna to zespół 6 turbin Francisa o łącznej mocy 2,64 MW.

Zamek Czocha powstał jako warownia graniczna na pograniczu śląsko-łużyckim w latach 1241–1247 z rozkazu króla czeskiego. W 1253 roku został przekazany biskupowi miśnieńskiemu (Miśnia i Łużyce były wówczas częścią korony czeskiej). Potem miał wielu właścicieli. Na początku XV wieku był bezskutecznie oblegany przez husytów. W 1909 roku został kupiony, a po trzech latach przebudowany przez drezdeńskiego producenta cygar Ernsta Gütschowa. Starano się mu nadać wygląd zachowany na rycinie z 1703 roku. Gütschow mieszkał w zamku aż do marca 1945 roku.

Czoch1Zamek Czocha: widok od frontu i z lotu ptaka. Mury obronne od strony północnej

Po II wojnie światowej opuszczony zamek był wielokrotnie okradany z mebli i wyposażenia. Na początku lat 50-tych na krótko zasiedlono go uchodźcami z Grecji, którzy w sali rycerskiej trzymali zwierzęta gospodarskie. W 1952 roku zamek poddano renowacji i wykorzystano na wojskowy dom wczasowy. Był to obiekt utajniony i nie występował na mapach. W 1996 roku stał się udostępnionym publicznie hotelem Agencji Mienia Wojskowego.

Zamek Czocha wart jest odwiedzin i noclegu. Należy koniecznie zarezerwować pokój z widokiem na zalew Kwisy. Ciekawy jest też spacer naokoło zabytku.

Od Zamku Czocha to już tylko krok do Bogatyni, zwłaszcza jeśli się jedzie przez czeski Frydlant. W tym miasteczku też jest zamek, ale z braku czasu zatrzymałem się tylko w lokalnym dyskoncie by kupić legendarne Lentilki i Tyčinkę Rumbę. Były niestety tylko Lentilki. Za Bogatynią szukam wielkiej dziury w ziemi, czyli wyrobiska kopalni węgla brunatnego Turoszów. Nareszcie jest, ale jakieś takie płytkie. Robi wrażenie raczej wielką powierzchnią, a nie głębokością.

Czas było jechać dalej, na północ. Droga wzdłuż zachodniego brzegu turoszowskiego worka jest jednak zupełnie zniszczona. Trzeba było podróżować przez Niemcy, czyli przez Sieniawkę i Görlitz.

Świętoszów, Zielona Góra i Jezus, podobno największy na świecie

W planie podróży był Świętoszów, siedziba 10-tej Brygady Kawalerii Pancernej im. gen. Stanisława Maczka, wyzwoliciela Bremy. Generał do dziś jest pamiętany tam, w Holandii. Chciałem przede wszystkim zobaczyć czarnoskórych żołnierzy naszego aktualnego sojusznika. Niestety. Czy to z powodu remontu, czy też tajemnicy wojskowej, droga tuż przed Świętoszowem była zamknięta. Trudno. Zgodnie z planem jedziemy do Zielonej Góry.

Hotel w samym centrum daje możliwość zwiedzenia tego miasta. Po pierwsze, nigdzie nie widziałem tam góry, a i z zielenią było trudno. Zobaczyłem jednak wiele: Starówka, Teatr Lubuski, Filharmonia. Wszystko to w zasięgu spaceru, bo miasto jest nie za duże. Natomiast trafiliśmy na dobry obiad. Niestety, tanio nie było.

zgora1 Restauracja u Szwejka w Zielonej Górze. Widok na ulicę. Knedliki i piwo

To, czego nam wcześniej zabrakło: obiadu w Czechach (z braku czasu) i amerykańskich żołnierzy w ich wielkich, szalejących maszynach (z powodu remontu drogi), znaleźliśmy w Zielonej Górze i po drodze z tego miasta do najwyższej figury Chrystusa na świecie. W Świebodzinie, naprzeciwko równie wielkiego centrum handlowego. I to był już koniec atrakcji czterodniowej wyprawy.

swiebodzin1

——ooo——

Powrót do spisu treści

<

Pierwsza krótka podróż sentymentalna

 

25-26 sierpnia 2017 r. Mazury i Białostocczyzna

 

Wyprawa na północny Bałtyk w czerwcu 2017 roku (zob. wpis następny)  zakończyła wieloletnią serię naszych rejsów statkami wycieczkowymi po całym świecie. Odwiedziliśmy wszystkie kontynenty z wyjątkiem Ameryki Południowej, Afryki i Australii. Odbyliśmy więc już z żoną wszystkie interesujące nas i jednocześnie bezpieczne miejsca na świecie.

Pojawił się więc problem, co robić podczas wakacji. Pomysł był rewelacyjny: a może po prostu poznać lepiej swój kraj? Nie będzie to łatwe, bo w latach 1955-95, a więc przez czterdzieści lat to nasz kraj właśnie był stałym celem moich wycieczek, obozów, urlopów i podróży. Wydawało się, że znam w nim każdy skrawek.

A jednak nie. Po prześledzeniu mapy okazało się, że w pewnych rejonach nie byłem. Dzięki Google StreetView doszedłem ponadto do wniosku, że miejsca gdzie byłem kiedyś, bardzo się zmieniły, niekiedy niemal nie do poznania np. Karpacz, Pobrzeże Bałtyku czy choćby Wrocław. Na dodatek w garażu stoi 8-letni, prawie nie używany samochód, ponieważ w XXI wieku podróżuje się daleko i  głównie samolotem.

Stąd pomysł na krótkie podróże sentymentalne pod hasłem „przeżyjmy to jeszcze raz”. Okazało się, że tak naprawdę to tylko trochę jest „jeszcze raz”. A prawie wszystko jest zupełnie inaczej…

Popielno i Wierzba

W dawnym zespole dworskim Popielno, na samym końcu półwyspu między jeziorami Bełdany, Mikołajskim i Śniardwy utworzono w 1955 roku Zakład Doświadczalny Hodowli Zwierząt PAN. Opodal, w odległości 2 km na zachód, nad brzegiem rynnowego jeziora Bełdany rozsiadła się niewielka mazurska wioska Wierzba z przeprawą promową przez jezioro (nawet dla pojazdów ciężarowych) oraz przystanią statków pasażerskich regularnie kursujących miedzy Rucianem (teraz Rucianem-Nidą) a Mikołajkami. Popielno z Rucianem łączyła bezpośrednio leśna droga gruntowa.

MapkaPopielno2

Dyrektorował tej placówce badawczej inż. rolnictwa SGGW Kazimierz Ubysz (1905-2000) delegowany tam przez macierzysty Instytut Hodowli Zwierząt PAN w Jastrzębcu koło Warszawy, prywatnie przyjaciel moich rodziców. Mówiliśmy do niego Wujek.

Mazury po wojnie były opustoszałe. Ludność miejscowa emigrowała za porozumieniem rządów na zachód. Rząd nasz powoli zasiedlał te ziemie. W latach 50-tych ubiegłego stulecia było tam jednak jeszcze pusto, jak w Bieszczadach. Stacja PAN w Popielnie to zaledwie punkt wśród lasów. Czasy te wspominał prof. Zbigniew Jaczewski, naukowiec pracujący w Popielnie od 1958 roku:

…Nie było wówczas w Popielnie wody bieżącej ani prądu elektrycznego na stałe. Czasem rano i wieczorem funkcjonował  często psujący się agregat. Niejednokrotnie tygodniami nie było prądu. Wodę czerpało się ze studni lub z jeziora, a prace pisaliśmy przy świeczkach lub lampach naftowych…

Łączność Popielna z macierzystym Zakładem PAN pod Warszawą zapewniał tylko telefon na korbkę i jeden samochód ciężarowy GAZ-51, na szczęście z plandeką. Ze względu na niebezpieczne w owym czasie mazurskie drogi, kierowca tego samochodu zawsze jeździł z osobistą bronią krótką.

Popielno2Popielno. Samochód GAZ-51. Spichlerz z połowy XVIII w. Czworaki – tu mieszkałem. Zdjęcia współczesne. W ramce dyr. Kazimierz Ubysz (1998). Fot. muzeumgryf.pl, Sylwester Górski, http://www.it.mragowo.pl

Ale dla mnie i mojego brata Andrzeja była to Ziemia Obiecana. Dostaliśmy mały pokoik na piętrze i opłaconą na prawie dwa miesiące stołówkę robotniczą. Pamiętam, że na kolację zawsze był świeży ciemny chleb, smalec ze skwarkami, ogórek kiszony i kawa zbożowa. Było to dla nas, warszawskich dzieci, wspaniałe jedzenie. Chodziliśmy do niedostępnego dla obcych lasu rezerwatowego na poziomki, jagody i maliny i jedliśmy je ze śmietanką zlewaną z otrzymywanego codziennie 1 litra mleka. Z różnych odpadowych kawałków desek i belek zbudowaliśmy tratwę z piracką flagą na krótkim maszcie i pływaliśmy na niej po płytkich wodach jeziora do pierwszego pasma trzcin łowiąc płocie i wzdręgi pływające stadami w kryształowo czystej wodzie. Kiedyś nawet spadły mi z tratwy i utonęły jedyne spodnie, które zdjąłem do kąpieli. W końcu sierpnia wracaliśmy do Warszawy pociągiem w małych, pożyczonych szorto-majtkach.

Opiszę je kiedyś te wspaniałe wakacje szerzej, na podstronie Life Story

Popielno i Wierzba po 60-ciu latach

W Popielnie, w byłej Stacji Naukowej PAN teraz jest przede wszystkim wczasowisko, które nieco przygniotło funkcje naukowe. Pałacyku dyrekcji już nie ma. Co natomiast jest? Oto cytat z Wikipedii: „W Popielnie funkcjonuje w sezonie letnim rozwinięta baza turystyczna i noclegowa, plaża, sklepy ogólnospożywcze, a także firmy czarterowe. Port jachtowy w Popielnie zarządzany jest przez pobliski Dom Pracy Twórczej PAN w Wierzbie. Dom ten, a właściwie cały zespół inwestycyjny jest de facto molochem który zalał cały obszar Wierzby, z wyjątkiem maleńkiego skrawka przy przy przeprawie promowej. Jest też i mało wykorzystywany, bo jego standard jest bardziej zbliżony do minionej epoki niż obecnej, reprezentowanej tu przez pobliski Hotel Gołębiewski w Mikołajkach.

Mazury6gotPo lewej Wierzba z lotu ptaka. Niewielki czerwony dach w dali przy przystani jachtowej to w zasadzie jedyny dom nie należący do kompleksu PAN. Jest w nim dość prymitywny bar widoczny na zdjęciu z prawej, bardzo przydatny oczekującym na przeprawę.

Fot. booking.com (1) i własne

Tykocin, Białystok i Supraśl

Po żurku i przeprawie w Wierzbie jedzie się zwykle do Mikołajek. Jedyną drogą, gruntową(!), tą samą, z której korzystałem pieszo 60 lat temu. Mikołajki natomiast są przykryte turystycznym tłumem, biedniejszym w porcie jachtowym i bogatszym w Hotelu Gołębiewski. Bez zatrzymania jedziemy więc środkiem, przez stare miasteczko na Orzysz. To kiedyś administracyjna stolica południowych Wielkich Jezior, dziś głównie garnizon wojskowy. Dalej mamy po drodze Bemowo Piskie, również ważny teren wojskowy, dawniej nieprzejezdny. Wojska nie widać, tylko ogrodzenia. W Szczuczynie wjeżdżamy na stare polskie tereny, łączące Mazowsze z Wileńszczyzną. Podlasie, płaskie i podmokłe, ale bardzo zielone. Był koniec dnia i trzeba było się zregenerować. Jeszcze przed wyjazdem zarezerwowaliśmy pokój w zamku Tykocin. W zupełnie nowym zamku, wybudowanym według starych rycin przez prywatnego inwestora, miłośnika ziemi białostockiej.

Tykocin1Nowy zamek w Tykocinie, znany m. in. z Sienkiewicza. Wybudowano go z wyczuciem historycznym bez ukrytego celu zarobkowego. Cena noclegu ze śniadaniem przystępna. Na górze widok o świcie na dolinę Narwi

Rano do Białegostoku. Miasta w którym nie byłem nigdy. Z braku innych atrakcji plan podróży przewidywał tylko przejście główną ulicą od dworca PKP do Pałacu Branickich. Niewiele, jak na główna ulicę Podlasia, ale cóż, czasu mało.

BialystokM700Katedra, Ratusz, Pałac Branickich w Białymstoku

Na północny wschód od Białegostoku jest szczególny kawałek Polski. Są tam inne narody, inne religie i zwyczaje. Folklor. Prawosławni, a także Tatarzy zaimportowani chyba jeszcze przez Kmicica. W Supraślu istnieje duży prawosławny zespół klasztorny i uniwersytecki tej wiary (1 km na 1 km) z wieloma budynkami o różnym przeznaczeniu. W Supraślu żyje także wielu potomków polskich Tatarów, walczących swego czasu w wojskach I Rzeczypospolitej. Warto więc zwiedzić to kresowe miasteczko, a także zjeść prawdziwy tatarski obiad w niewielkiej gospodzie, gościnnie usytuowanej w skromnym budynku gminnego Centrum Kultury.

Suprasl700Supraśl. Zespół klasztorny. Gospoda „Przysmaki Tatarskie

W drodze powrotnej mogliśmy jeszcze zobaczyć zachwalany przez wędkarzy zbiornik retencyjny na Narwi o nazwie Jezioro Siemianowskie. Duże, bezludne, raj dla wędkarzy, choć podobno ryby maja tam swoje humory i raz biorą, a raz nie. Blisko stąd do granicy z Białorusią. Ciekawostką jest biegnąca przez jezioro linia kolejowa Hajnówka-Wołkowysk.

Siemianowka2

——ooo——

Powrót do spisu treści

Stolice północnego Bałtyku

 

24 czerwca – 1 lipca 2017 r. Ostatni (?) rejs wycieczkowy

 

W naszych planach ostatnim rejsem wycieczkowym miała być podróż do Azji Południowo-Wschodniej (Indie–SriLanka–Malezja–Singapur–Tajlandia, zobacz dalej). Wydawało się bowiem, że zobaczyliśmy już na świecie wszystko, co chcieliśmy zobaczyć. Planowaliśmy następne wyjazdy, ale raczej już lotniczo-samochodowe. Jednym z nich była Rosja, a ściślej Sankt Petersburg. W tym mieście bowiem byliśmy 40 lat wcześniej, w ramach modnej w tym czasie organizowanej przez instytucje wymiany turystycznej rodzin liczonej w osobodniach (zapraszamy Was, a potem Wy nas). Zaproponowano nam wtedy wymianę turystyczną z podobną do naszej rodziną 2+2 z ówczesnego Leningradu. Jak się okazało trafiliśmy na bardzo sympatycznych, otwartych i miłych ludzi, z którymi utrzymujemy nadal kontakt telefoniczny. Pomysł na podróż był więc prosty: Rosja, Petersburg, może też Moskwa.

Peter1St Petersburg: Nasi wymiennicy. Newa. Kolumna Aleksandrowska na pl. Pałacowym.

Pomysł dobry, ale realizacja już nie. Warszawa nie ma dziś bezpośredniego połączenia kolejowego lub lotniczego z Petersburgiem. Ponadto trzeba starać się o wizę (wyjątek stanowią wycieczki grupowe). Pomysł lepszy: wycieczkowiec! Znalazłem w internecie tygodniowy rejs wycieczkowy Sztokholm–Helsinki–Petersburg–Tallinn–Sztokholm. 7 dni i trzy europejskie stolice, w których nie byłem! A do Sztokholmu mam prawie spod domu loty, z Modlina. Po 100 zł od osoby! W Petersburgu statek stoi 2 dni – akurat tyle, by spędzić ze znajomymi jedną białą noc na ulicach starej stolicy Rosji!

Nie było łatwo to zrobić. Uzyskanie wiz rosyjskich z prawem samodzielnego wyjścia do miasta (bez grupy wycieczkowej) wymagało mnóstwa formalności, kilkuset złotych i ponad 6-tygodniowego oczekiwania. Łatwiej było z Ryanairem. Bilety do Skavsta, wykupione z wszelkimi luksusami (odprawa bez kolejki, 20 kg bagażu, pierwszeństwo wejścia na pokład i zarezerwowane miejsca) to razem bez mała 400 zł od osoby w obie strony. LOT-em by to kosztowało ponad 1200 zł.

TamGotKarta pokładowa Ryanair, mapka podróży i wejście na statek

Lot przebiegł planowo. Zarezerwowane internetowo w Polsce i opłacone kartą (ok. 160 euro za 2 osoby) TAXI do portu w Sztokholmie (120 km) czekało w Skavsta z napisem Wojciech na dachu, bo uznali moje imię za nazwisko klienta. Był to jedyny samochód jaki stał na parkingu lotniska wojskowego z dumą nazywanego airportem. Półtorej godziny później zaokrętowaliśmy się na statku. Firmą Ryanair leciało się bez luksusów, ale skutecznie.

Helsinki, Finlandia

Wypłynięcie wieczorem. Po eleganckiej kolacji spanie w luksusowej kabinie. Rano nasz statek był już zacumowany przy nabrzeżu portu Helsinki. Można wyjść i zwiedzać, mamy na to cały dzień.

HelsinkiGotMewy w Sztokholmie jedzą z reki. Pokład słoneczny statku. Helsinki, Hop-on Bus

Bardzo wygodną i popularną już na całym świecie formą zwiedzania obcego miasta są piętrowe autobusy hop-on-hop-off (co znaczy wskakuj-wyskakuj) z otwartym zwykle pokładem wyższym. Karnety pokładowe są 24- lub 48-godzinne, a kupuje się je u kierowcy lub w internecie, nawet na miesiące z góry. Bilety te w okresie ważności upoważniają do wsiadania na każdym przystanku. Trasy są ustalone; w wielu miastach jest ich kilka. Są nawet trasy wodne, z których można korzystać z tym samym biletem, jeśli tylko jeździmy autobusem i stateczkiem tej samej firmy, bo w większych miastach firm typu hop-on-hop-of może być kilka. Bilet dzienny kosztuje około 20 euro.

HOP1700Autobusy hop-on-hop-off  są już chyba we wszystkich metropoliach świata

Dla pasażerów wycieczkowców to znakomity sposób na poznawanie miasta i odwiedzenie wielu zabytków czy muzeów. Po zwiedzaniu wraca się po prostu takim autobusem na statek. Na prysznic i kolację. Tak było w Helsinkach, Tallinnie i Sztokholmie.

Sankt Petersburg, Rosja

W Petersburgu jednak nie. Tam w porcie czekali na nas nasi przyjaciele sprzed 30 lat. Zaprosili nas na chwilę do swego domu, potem pojeździliśmy po mieście. Wieczorem spektakl baletowy w Teatrze Maryjskim, kolacja w knajpie i czekanie nad Newą na białą noc. Teatr Maryjski zbudowano na polecenie carowej Katarzyny II działa nieprzerwanie od 1783 roku, choć był przebudowywany.

PetersburgNoc700iW Teatrze Maryjskim. Sala teatru Maryjskiego. Nocny Newski Prospekt Piotra I

Następny dzień został przeznaczony na spanie i wypoczynek na pokładzie. Po kolacji wyszliśmy w morze. Rano statek był już przy nabrzeżu w Tallinnie, nieopodal miejsca gdzie stał internowany polski okręt podwodny ORP Orzeł.

Tallinn, Estonia

Tallinn był silnym ośrodkiem gospodarczym już w X wieku. Jako gród, występuje w kronikach ruskich pod dawną nazwą Kaluri już od 1223 r. W 1219 r. król duński Waldemar II Zwycięski, podczas wyprawy krzyżowej przeciwko pogańskim Estom kazał zburzyć stary zamek i zbudować nową twierdzę. Wynika z tego, że miasto to funkcjonowało nie najgorzej jeszcze na długo przed chrztem Polski.

Tallinn700Port Tallinn. Na rynku Starego Miasta. Mury obronne, po lewej w tle nowy wieżowiec

Tallinn jest przepiękny. Ludzie sympatyczni, chyba czują, że szybki rozwój turystyki przyjazdowej pomoże pokonać smutny okres skutków przyłączenia ich kraju na dziesięciolecia w strukturę wielkiego sąsiada. Włączanie się ich państwa do Europy odbywa się jednak, głównie ze względów geograficznych, przez morze i powietrze. Nastrój Tallinna przypominał mi trochę polskie wczesne lata 90-te, czyli czasy naszej transformacji.

Sztokholm. Powrót do domu

Po nocy w kabinie na statku, następnego dnia rano budzimy się już w Sztokholmie  przy nabrzeżu, z którego odbiliśmy. Program rejsu przewiduje cały dzień na zwiedzanie miasta, bowiem wyjechać musimy dopiero rano następnego dnia. Jak zwykle wypuszczamy się czerwonym piętrowcem hop on hop off, który w tym mieście oferuje dwie linie lądowe i jedną wodną.

Ciekawy byłem tego miasta, które w Polsce zawsze budziło cieple emocje, zwłaszcza wśród młodzieży, ale też u wszystkich w okresie wczesnej komuny.

Stockholm700Ulica. Port wewnętrzny. Uliczka starego miasta. Poniżej: Policja konna. Sklep z bibelotami (specjalność Szwedek). Uliczna sprzedaż biletów hop-on-hop-off

Sztokholm można określić trzema słowami: solidny, solidny i solidny. Ani piękne, ani urokliwe, polotu za grosz. I nie wygląda bogato, ale oszczędnie po prostu. Wiele jest takich miast w Europie jak to. Nie jest ono tak ekscytujące jak Tallinn, głównie dlatego, że jest już nieco przyszarzałe, takie samo od dziesięcioleci. Sympatycznie natomiast wyglądała  uliczna sprzedawczyni biletów (z prawej na dole). Chciałoby się zaśpiewać za Rosiewiczem: „Szwedki są wysokie, zgrabne, higieniczne, zdrowe. Ale ponoć dosyć chłodne, bo… polodowcowe…”

Następnego dnia w sobotę, już po 8-ej schodzimy z wycieczkowca. Od razu dostrzegamy stojącą na nabrzeżu za barierką jedyną taksówkę. Z Nyköping koło Skavsta, więc chyba nasza, zamówiona i opłacona jeszcze w kraju. OK, za dwie godziny mamy odprawę Ryanaira w Skavsta. Zdziwiony kierowca firmy taksówkowej, inny niż poprzednio, ucieszył się na nasz widok: Panie, ze statku wychodzi na brzeg tysiące ludzi! Jak ja bym Was znalazł gdybyście sami nie podeszli?

Skavsta, port lotniczy

Kolejka do bramki, ponad 150 osób. Do bramki priority, zapewniającej wykupione  wcześniej pierwszeństwo wejścia na pokład samolotu Ryanair tylko trzy osoby, w tym ja. Nagle z tamtej kolejki podchodzi do mnie Pani i mówi niemal jak słynne Pan tu nie stał! z komedii Stanisława Barei Co mi zrobisz jak mnie złapiesz? z 1978 roku. Teraz było bardziej rozbudowane: „proszę Pana, Pan próbuje wejść do samolotu bez kolejki! My proszę Pana wszyscy stoimy, proszę iść na koniec”. Ot, polskie spotkanie. Z kłopotu wybawiła nas terminalowa stewardesa, która wyjaśniła aktywnej pasażerce ze zwykłej kolejki, że gdyby sobie wykupiła usługę priority, mogłaby także korzystać z pierwszeństwa wejścia na pokład. Ta usługa kosztuje około 20 zł…

——ooo——

Powrót do spisu treści

Twierdza, której bronią małpy. Bank konkwisty

7-9 września 2016 r. Gibraltar i Sewilla

Podróż do Portugalii planowaliśmy już od kilku lat. Myśląc nie twórczo, szukaliśmy jakiegoś rejsu wycieczkowego, np. z Southampton lub Kilonii do Lizbony. Nic z tego. Były takie rejsy, ale przelotowe – np. na Majorkę. W Lizbonie zaś, i tylko w Lizbonie, jeden dzień.

Pozostał jedynie samolot. Ale jak zwiedzić cały ten kraj? A przy okazji trzeba jeszcze zobaczyć Gibraltar, miejsce pamiętne z naszej historii! Okazało się, że jest na to sposób. Samolotem do Lizbony, a tam, od razu na lotnisku wynająć samochód i jazda! Tak też zrobiliśmy.

Muszę jednak zauważyć, że lot był nieznośny z powodu jak zwykle głośnego, rubasznego podpitego towarzystwa moich współobywateli. Tego typu zachowania grupowe znane mi są doskonale od lat z wycieczek grupowych Polaków. Niegdyś autokarowych, teraz lotniczych. Dlatego wybrałem samolot TAP Air Portugal‎, a nie LOT. Zabieg ten nie okazał się jednak wystarczający.

Wynajętym na lizbońskim terminalu samochodem ruszyliśmy natychmiast po odebraniu bagażu. Nocleg w Setubal. Rano do Gibraltaru. W drodze przestał działać nasz GPS. Świat jednak jest już tak „znormalizowany”, że w ciągu pół godziny znaleźliśmy Carrefoura i kupiliśmy nowy. Obiad jedliśmy już w graniczącym z Gibraltarem hiszpańskim mieście o pięknej nazwie La Línea de la Concepción.

MapkaGotMax1. Droga Lizbona-Linea. Przebiega blisko Kadyksu i miejsca bitwy pod Trafalgarem. 2. Cieśnina Gibraltarska – Gibraltar leży nieco na wschód od tej cieśniny. 3. Mapa terenowa miasta-państwa Gibratar z zaznaczonymi: hotelem w Linea, przejściem granicznym, miejscem kolejki linowej i pomnikiem gen. Sikorskiego na południowym cyplu półwyspu. 4. Widok Gibraltaru z powietrza od strony północnej

Gibraltar jest malutki, więc jedynie sensowne jest zwiedzanie go pieszo. Tym bardziej, że kolejka samochodów do przejścia granicznego z Hiszpanią sięga niekiedy kilku kilometrów. Ponadto w samym Gibraltarze trudno jest zaparkować. Pieszo nie oznacza jednak na piechotę, bo można przecież korzystać z miejskich autobusów komunikacji publicznej. Najlepiej autobusem linii 2 przejechać wpierw całą jego trasę, bez mała od przejścia granicznego po sam południowy cypel półwyspu, a wrócić spacerem przez cały Gibraltar, odwiedzając wszystkie atrakcje tego miasta-państwa.

GibraltarTamWyżej: droga z hotelu przez przejście graniczne i pas startowy gibraltarskiego lotniska z obowiązkowym zdjęciem na jego środku. W rogu pierwszego zdjęcia miniatura pomnika hiszpańskiego Robotnika. Niżej: autobus linii 2 na przystanku startowym. Cypel południowy – pomnik Generała i nieudana próba pieszego sforsowania cieśniny

Powrót do hotelu był już spacerkiem, ale trwał całą resztę dnia, ze względu na liczne atrakcje. W połowie półwyspu kolejka linowa i wjazd na Skałę. Z góry rewelacyjne widoki na cztery strony świata.

FourView700Od góry: widok na południe, widoczna jest Afryka i cieśnina gibraltarska. W środku: widok na zachód i wschód, w centrum kolejka linowa. U dołu: widok na północ.

Na Skale Gibraltaru jest pełno małp. Nie są, choć mogą być agresywne. Ale potrafią przeszukiwać kieszenie i torby turystów aby znaleźć jakieś jedzenie, zwłaszcza kanapki. Są wszędobylskie, traktują zaś nas jako jakieś głupsze małpy. Niesamowite jest to, że na ich mordach widać obojętność, zniecierpliwienie, albo złość. Po jednym bliższym kontakcie trzeba było iść na prawdziwe gibraltarskie piwo.

Malpy700

Małpy Gibraltaru. I piwo ratunkowe

Powrót spacerem przez cale miasto z urokliwą starówką pokazał nam całe piękno tego miejsca. Wszystko jest małe, przytulne, angielskie. Nawet mają funta, co prawda gibraltarskiego, ale wygląd i wartość tego pieniądza jest identyczna z funtem angielskim. Na dodatek obie te waluty mogą być i są używane i w Gibraltarze i w Anglii. Natomiast z płaceniem w euro może być w Gibraltarze kłopot.

Spacer700Uliczki Gibraltaru

Następnego dnia, wracając z Gibraltaru do Portugalii, postanowiliśmy poświęcić dzień Sewilli, stolicy Andaluzji. Ominęliśmy ją uprzednio z braku czasu. To ciekawe miasto ma „dziurawą” historię: tylko znakomitą przeszłość w okresie wielkich odkryć geograficznych oraz dopiero teraz budzącą się przyszłość. Był to niegdyś znany port na rzece Gwadalkwiwir przejmujący złoto dla władców Hiszpanii z hiszpańskich galeonów wracających z Nowego Świata. Do dziś stoi nad rzeką Torre del Oro czyli Złota Wieża z XIII wieku, w której przechowywano złoto łupione w XV i XVI wieku w Ameryce Południowej i Środkowej. Później, począwszy od przełomu XVII i XVIII wieku, rolę skarbca łupów oraz wymiany handlowej z koloniami pełnił dumnie Kadyks, wielka baza wojenna i handlowa dzisiejszej i ówczesnej Hiszpanii.

Sewilla700

Od lewej: wieża skarbca, w którym przechowywano złoto z Nowego  Świata katedra i jej wieża; paradna dorożka hiszpańska. Po prawej obrazek z centrum Sewilli: zbieracz staroci na tle muru warsztatów stoczni Real Maestranza de Artillería de Sevilla króla Alfonso X z 1252 r.

Sewilla w XVII wieku była najludniejszym miastem Hiszpanii, z Katedrą Najświętszej Marii Panny – największym i jednym z najwspanialszych gotyckich kościołów na świecie (powstałym w latach 1402–1506 na miejscu meczetu z lat 1184–1196), oraz Alkazarem – dawnym pałacem królewskim. W tym właśnie pałacu podejmowano decyzje dotyczące pierwszych wypraw do Nowego Świata. Tu Krzysztof Kolumb został przyjęty przez Izabelę Kastylijską i Ferdynanda Aragońskiego i otrzymał pomoc oraz zgodę na wyprawę do Ameryki. Tu też znajduje się słynny renesansowy budynek giełdy handlowej, w którym Karol III umieścił Główne Archiwum Indii, zbiory dokumentów związanych z dziejami odkrywania i podboju nowych ziem, wpisane na listę zabytków UNESCO.

——ooo——

Powrót do spisu treści

Daleko, ale jak w Polsce. Nocleg u Polki

6-14 września 2016 r. Porto i Lizbona

Druga część urlopu w Portugalii rozpoczęła się wyjazdem z Sewilii (por. tekst poprzedni). Była to ponad 500-kilometrowa droga „na skróty”, w poprzek kraju, w kierunku Porto, portugalskiej „drugiej stolicy”. Baza na dwie noce to niewielki hotelik  Residencial Hotel Celeste w Águeda, 75 km przed Porto. To teren górzysty, zupełnie inny niż nizinne, atlantyckie rejony Portugalii. Krajobrazowo w tej północnej, chłodniejszej części kraju, dominują lasy (ostatnio przerzedzone pożarami) oraz kanion wielkiej rzeki Douro o długości 100 km i głębokości do 400 m. Rzeka ta ma prawie 900 km, ale źródła są daleko, w centralnej części Hiszpanii. Jest to najbardziej zasobna w wodę rzeka na Półwyspie Iberyjskim.

RejonDouroKmpl

U góry: hotelik Celeste, przełom Douro, winnice oraz szkoła muzyczna w Agueda. Niżej: Rzeka Douro w okolicy Peso da Régua (zdj. 2, 3 wikipedia).

Po objeździe kanionu rzeki Douro „zakotwiczyliśmy” w Porto na cały dzień. Samochód został na parkingu podziemnym, a miasto zwiedzaliśmy czerwonym piętrusem hop-on-hop-off, wielokrotnie wysiadając.

Obrazki

Migawki z Porto. Jest biedniej niż w stolicy…

Przy okazji pobytu w Porto chciałem zobaczyć dom wielkiego reżysera Manuela de Oliveiry (dokł. Manoel Cândido Pinto de Oliveira, 1908-2015), który w tym mieście żył i pracował. Pojawił się on w mojej świadomości za sprawą Andrzeja Poniedzielskiego, który częstokroć cytował następującą anegdotę: w 2007 roku 99-letni wówczas Oliveira został zapytany w wywiadzie przez młodą dziennikarkę: – Mistrzu, jak Pan to robi, że w tak zaawansowanym wieku tak dużo Pan jeszcze tworzy, publikuje, reżyseruje? Oliveira odparł:   – Proszę Pani, młodość przychodzi z wiekiem!

Zobaczenie domu Oliveiry było jednym z powodów wyjazdu. Niestety stary, drewniany dom, w którym mieszkał reżyser musiał zostać rozebrany. Miasto jednak zbudowało The house of Cinema – Dom Kina Oliveiry, czyli muzeum jego filmowej twórczości.

Najbardziej spektakularną budowlą w Porto jest Ponte Dom Luís I, czyli piętrowy, szynowo-samochodowy most stalowy o długości  385 m i wysokości 45 m w centrum tego miasta. Wybudowany w latach 1881-86 był wówczas najdłuższym mostem na świecie w swojej kategorii. Projektantem mostu był inżynier Teófilo Seyrig z grupy Gustave Eiffel’a.

ObrazkiGot700

Most Ludwika I z drugiej strony niż na poprzednim zdjęciu – na pierwszym planie widoczne są tory kolejki linowo-szynowej dla pieszych, łączącej oba poziomy miasta. Tramwaj miasta Porto. Kośćiół Św. Ildefonsa. Niżej: deptak nad rzeką Douro, ja w kasie kolejki linowej i Most Ludwika I w nocy

Nareszcie Lizbona

Takie było założenie: odlot z Lizbony, więc pojedźmy tam na końcu. Lizbona to stolica i największe miasto Portugalii, położone nad szerokim rozlanym ujściem rzeki Tag do Atlantyku. Tak korzystne położenie, bezpośrednio przy Oceanie ale na spokojnych wodach, zawsze decydowało o znaczeniu miasta, zamieszkanym od co najmniej czasów rzymskich. Sądzi się nawet, że był to punkt handlowy Fenicjan. W VIII wieku miasto zostało zajęte przez Maurów. W 1147 roku Lizbona została zdobyta przez pierwszego władcę Portugalii, Alfonsa I Zdobywcę. W 1255 roku król Alfons III przeniósł stolicę Portugalii do Lizbony z ważnego średniowiecznego miasta Coimbra. W pobliżu właśnie tego miasta  zatrzymaliśmy się w hotelu  jadąc do Porto.

Już w 1290 roku powstał w Lizbonie uniwersytet. Obecnie miasto jest centrum politycznym, ekonomicznym i kulturalnym kraju. W aglomeracji mieszka prawie 3 mln mieszkańców, co stanowi prawie jedną trzecią populacji państwa. Region Lizbony jest najbogatszym regionem Portugalii wytwarzającym 40% dochodu narodowego kraju.

Lizbona700

Położenie Lizbony w Portugalii. Czerwony punkt położony najwyżej na pierwszej mapce to Santiago de Compostela. miejsce licznych pielgrzymek, również z Polski. Środkowy czerwony punkt to Hotel Celeste, punkt etapowy tych pielgrzymek. Po prawej: centralny plac Lizbony Praça do Comércio.

Nie byłoby tu sensowne opisywanie i pokazywanie Lizbony. Robi to internet i wiele wydawnictw. Ale od początku mojego w nim pobytu miałem wrażenie, że to miasto jest takie, jaka byłaby przedwojenna Warszawa, gdyby ominęła ją zawierucha ostatniej wojny. Dokładnie tak. Warszawa na filmach i starych zdjęciach jest oczywiście podstarzała i podniszczona, ale dodajmy je te ostatnie 70 lat rozwoju! I byłaby właśnie taka, jak dziś Lizbona. Wąskie uliczki i stare tramwaje… I luksusowe hotele, jak dziś Bristol. Ale i nowoczesne dzielnice i szerokie arterie. Tuż obok, albo nad zabudową.

LizbonaTheatro700

Hotel Teatro w centrum Lizbony i uliczny akordeonista pod tym hotelem. I dziewczyny równie dobre jak w Warszawie

Hotel Teatro w centrum Lizbony udało się zarezerwować na booking.com stosunkowo tanio, bo była to noc z niedzieli na poniedziałek. Było to miejsce szczególne. Urządzono je inspirując się wielkimi dziełami opery i teatru. Nasz apartament poświęcony był operze buffo Don Pasquale Gaetano Donizettiego.

Wylot z Lizbony jak z Warszawy. Samolot TAP Portugal był wypełniony krajanami. Tym razem jednak cichszymi, niż podczas lotu tam (zob. wpis poprzedni), bo nastrój raczej smutny, pourlopowy.

LizbonaNoc

——ooo——

Powrót do spisu treści

Tropiki Azji. Sri Lanka, Malezja, Singapur, Tajlandia. Ponownie Dubaj. 15 listopada – 2 grudnia 2015 r.

Trasa700

Trasa podróży wycieczkowcem przez najważniejszą cieśninę świata, Malakka

Najpierw pociągiem na Okęcie. Stamtąd samolotami Emirates przez Dubaj do Cochin w Indiach. Z Cochin statkiem wycieczkowym do Bangkoku, stolicy Tajlandii. W programie rejsu Indie, Cejlon, Malezja, Singapur i Tajlandia. Dla wielu to niewątpliwie podróż marzeń. Dla mnie trochę też, ale po pierwszych dużych podróżach na antypody – wokół Ameryki Środkową i Północnej w 2009 roku oraz do Chin w dwa lata później (zobacz następne wpisy na tej podstronie), była to raczej okazja do wspominania przygód Fileasa Fogga, bohatera Verne’a.

Indie1-700.jpg

Trasa lotu do Cochin, terminal w Cochin i ulica w tym mieście, stolicy Kerali

Lądujemy w Cochin, 600-tysięcznym mieście na wschodnim wybrzeżu, stolicy stanu Kerala – dawnej kolonii portugalskiej, później holenderskiej i brytyjskiej. Cochin to od XIV wieku główny port handlu przyprawami z Arabami, nazywany niegdyś Queen of the Arabian Sea.

Po wyjściu z samolotu uderza duszny wilgotny upał, ponad 44°C. Natomiast w klimatyzowanej hali lotniska dopadają nas łowcy pasażerów, którzy starają się złapać „łebka” i doprowadzić go do prywatnych samochodów, czekających z kierowcami opodal. Skorzystaliśmy z tej usługi dzięki czemu wiózł nas nie zawodowy taksówkarz, lecz przypadkowy młody Hindus. On był czysty i zadbany, czego o jego samochodzie, prawie nowym, powiedzieć nie było można. Wkrótce okazało się, że w Indiach jest to standardem. Mieszkańcy są czyści, lecz otoczenie już nie.

Po półtorej godzinie 40-kilometrowej szaleńczej jazdy wśród pieszych, tuk-tuków, riksz i samochodów ciężarowych wyprzedzanych jak się dało, lewą i prawa stroną, dotarliśmy wreszcie do miasta i do naszego wycieczkowca, który stał w morskim terminalu. Wręczyłem kierowcy przywiezionych z kraju 400 rupii (około 20 PLN), na które on zareagował niemal upadkiem na ziemię z wrażenia. Była to bowiem dla niego wielka, niespodziewana kwota. Nigdzie na świecie nie czułem się bogaczem, a tu niespodzianka!

PortCochin700

Lotnisko i port w Cochin na zachodnim brzegu subkontynentu Indii. Miejsce cumowania wskazuje czerwona strzałka. Palec wskazuje balkon naszej kabiny, wybranej bardzo asekuracyjnie, po sąsiedzku z szalupą i tratwami ratunkowymi (to te beczki).

AIDAbella stała w porcie jeszcze cały następny dzień, by zaokrętowani pasażerowie mogli dokładniej poznać Indie, a przynajmniej Keralę. Indie są dużym subkontynentem o ponad miliardowej ludności, niegdyś bardzo zróżnicowanym kulturowo, religijnie i gospodarczo. Z zewnątrz wydają się krajem zjednoczonym i scalonym. W istocie jest zupełnie inny niż kraje, które widziałem wcześniej. W tym jednym dniu odniosłem wrażenie niebywałej duchowości kraju i ludzi, dla których doczesność i otoczenie mają małe znaczenie. Ta duchowość jest na co dzień. Nie było tam miejsc publicznego kultu hinduizmu, choć widziałem meczet i kościół katolicki. Inne religie są w Indiach obecne, ale niewidoczne Uduchowienie Hindusów widać w twarzach, wesołych i smutnych, zawsze i wszędzie.

Ludzie700

Komentarz tylko jeden: ten skrzypek nie brał pieniędzy

Bieda i bałagan zdaje się nie robić na tubylcach żadnego wrażenia. Świat rzeczywisty jest dla nich obok albo i nie istnieje. Dla mnie było to zaskoczenie. Ducha Indii zrozumiałem jednak dopiero po powrocie, po przeczytaniu znakomitej książki-reportażu pt. Indie. Miliony zbuntowanych (ponad 500 stron, ISBN 978-83-7536-566-5). Podczas jej czytania miałem przed oczami obrazy z Cochin.

iNDIE700

Indie. U góry: cztery typy interesów – bierny, very small (wulkanizacja), small i szmal

U dołu: transport, rybołówstwo, tuk-tuk z niezbędną cegłą w folii pod pedałem, uczniowie

Po dwóch dniach w Indiach nasz statek cumuje w Kolombo w dawnym Cejlonie, obecnie Sri Lance. Kolombo jest wieloetniczną i wielokulturową metropolią. Obok Singapuru i Dubaju zaliczany jest do najważniejszych portów na szlaku morskim z Europy na Daleki Wschód. Sri Lanka jest państwem, w którym dominuje buddyzm (70%), w Indiach religią przeważającą jest hinduizm (80%).

Kolombo700.jpg

Kolombo, Sri Lanka. Nowy i kolonialny port. Centrum miasta.

Przepływamy Zatokę Bengalską przez dwie noce i dzień. Wbrew złej sławie tej zatoki, po spokojnym morzu docieramy do Cieśniny Malakka, u której początku znajduję się piękny archipelag Langkawi z centralną wyspą o tej samej nazwie.

Bengalska

Langkawi jest atrakcyjnym zapleczem turystycznym stolicy Malezji, Kuala Lumpur. Leży na zachodnim wybrzeżu. Są tam piękne plaże nad ciepłym morzem oraz góry sięgające 1000 m wysokości n.p.m. Choć tak naprawdę atrakcji jest niewiele: kolejka linowa z portu na szczyt pobliskiej góry (to około 900 m do góry netto, czyli prawie tyle co  na Kasprowy Wierch, szklana wisząca platforma widokowa na tej samej w przybliżeniu wysokości i dość ubogie ogrody botaniczne na dole. W porcie Langkawi stał duży jacht zacumowany na przeciwko naszego kolosa.

Langkaw700.jpg

Port w Landkawi, jacht Ocean Victory, platforma widokowa i wagonik kolejki

Był to 140-metrowy Ocean Victory, jeden z największych prywatnych jachtów na świecie, należący do Wiktora Rasznikowa (1948), rosyjskiego biznesmena, magnata żelaza i stali z uralskiego Magnitogorska. Jak się okazało z pogawędki w porcie, właściciel tego jachtu miał czas jedynie by go mieć, ale już nie na nim pływać. Ocean Victory został wyczarterowany firmie oferującej wszystkim chętnym luksusowe rejsy po ciepłych oceanach i morzach. Nawiasem mówiąc, Rasznikow od czasów studenckich związany jest z Magnitogorskiem, gdzie ukończył studia metalurgiczne i przez całe życie pracował w należącym obecnie do niego kombinacie, poczynając od stanowiska zwykłego mechanika do głównego inżyniera i dyrektora. Na początku lat 90-tych ubiegłego wieku przejął bankrutujący kombinat (znacznie większy od naszej Nowej Huty) i doprowadził go do świetności.

KualaLumpur700.jpg

Główna Jaskinia Batu. W jej wnętrzu zmieściłaby się wielka europejska katedra. Petronas Towers i widok z pomostu  między nimi

 W aglomeracji stolicy Malezji Kuala Lumpur mieszka ponad 7 mln mieszkańców. Miasto zalicza się do tzw. metropolii globalnych, czyli grupy największych miast świata. Mimo to nie jest wielką atrakcją turystyczną. Jest znane głównie z najwyższego bliźniaczego budynku na świecie Petronas Towers (452 m). Do końca XIX w., a nawet do 2004 r. był to najwyższy drapacz chmur świata. Wieże Petronas połączone są przejściem o długości 58 m na poziomie 41 i 42. piętra.

Jedną z największych atrakcji turystycznych otoczenia stolicy Malezji jest zespół jaskiń Batu, odkryty w końcu XIX w. Są to formacje wapienne położone w odległości 13 km od centrum Kuala Lumpur. Jaskinie są ważnym centrum pielgrzymek mniejszości hinduistycznej Malezji, zwłaszcza podczas corocznego święta Thaipusam. Do głównej jaskini o wysokości 100 m  prowadzą z parkingu zewnętrzne schody o 272 stopniach, na których buszują między wiernymi i zwiedzającymi całe rodziny małp. Sama jaskinia przytłacza ogromem. Wchodzący turyści milkną przytłoczeni wysokością sklepienia i wielką światłością nieba widocznego nad głównym ołtarzami dostępnymi po pokonaniu kolejnych stu kilkudziesięciu stopni.

Singapur

To główny całej wyprawy. No bo cóż będzie dalej? Tajlandia. Już od siedemdziesiątych lat ubiegłego wieku kraj ten był zjeżdżony przez jeszcze socjalistycznych Polaków z tego prostego powodu, że już od wtedy nasze linie lotnicze LOT oferowały stałe bezpośrednie loty do Bangkoku z warszawskiego Okęcia?

Singapur to wyspa na końcu Półwyspu Malajskiego, lecz przylegająca do niego ściśle. Jakkolwiek na południe od Singapuru, po drugie stronie Cieśniny Singapurskiej są jeszcze wyspy należące do Indonezji, ale jedyny bezpieczny szlak morski z Europy do Chin prowadzi właśnie tędy. Cieśniny Malakka i Singapurska są gęste od statków, a sam Singapur, jak się okazało, jest najkorzystniejszym na świecie miejscem na budowę „stacji” paliwowej.

Singapur700

Singapur to koniuszek półwyspu Malajskiego. Czerwona wyspa to Palau Bukom, strzałką oznaczono centralny punkt miasta

I taką właśnie, 120 lat temu zbudował na wyspie Palau Bukom koncern Shell. Jest to teraz największa rafineria Shella na świecie. Destyluje 500000 baryłek ropy dziennie, produkując olbrzymie ilości paliw i produktów ropopochodnych, np. surowców tworzyw sztucznych. Wyspa Bukom płonie bez przerwy – jest doskonale widoczna z portu w Singapurze.

Pierwotnie wyspę tę porastały wilgotne lasy równikowe i zarośla namorzynowe rozciągnięte wzdłuż wybrzeży oraz na brzegach rzek. Najwcześniejsze wzmianki osadnictwie pochodzą z III w. W 1298 r. powstały pierwsze osady. W XIV wieku ten mały skrawek lądu nazwano w sanskrycie Simha Pura, czyli miastem lwa, ponieważ dostrzeżono wówczas dziwne zwierzę podobne do lwa. Simha Pura położone na styku szlaków morskich rozkwitło jako faktoria dla chińskich dżonek, arabskich dhows, portugalskich okrętów i malajsko-polinezyjskich żaglowców. Współczesny Singapur został założony przez podróżnika Thomasa Raffles, który na zlecenie brytyjskiej Kompanii Południowo-Wschodniej wynalazł w 1819 roku i wydzierżawił od miejscowego władcy wyspę na założenie stacji handlowej. Z czasem Singapur stał się kolonią Korony Brytyjskiej.

Singapur12-700

Historia Singapuru. Singapur dopiero w roku 1965 stał się niepodległym państwem. Na zdjęciu drugim na górze centrum Singapuru: Clifford Pier – pierwsze nabrzeże portowe (1), Merlion – lew morski, symbol miasta (2), stadion na wodzie 120×83 m (3), Muzeum Sztuki i Techniki (4), Marina Bay Sands Hotel, współczesna ikona miasta (5)

Państwem niepodległym Singapur stał się dopiero w 1965 roku. Było to wówczas niezbyt zamożne miasto portowe. Obecnie dochód narodowy na głowę jest wyższy niż w USA. Singapur jest miastem czterech kultur: chińskiej, malajskiej, hinduskiej i angielskiej oraz mieszaniną narodów. 74% ludności stanowią singapurscy Chińczycy, 14% Malajowie, 9% hinduscy Tamilowie, a tylko 3% Anglicy. Religie Singapuru to chrześcijaństwo (19%), buddyzm (34%), islam (15%) i taoizm/hinduizm (16%). Singapur trudno jest jednak opisać, najlepiej zobaczyć.

SingapurGot700.jpg

Obrazki z Singapuru

Na koniec Tajlandia. Królestwo Tajlandii to dawny Syjam. „Thai” w języku tajskim oznacza „wolny”. Jest to kraj nizinno-górzysty z najwyższy szczytem 2595 m, o długiej linii brzegowej, ponad 2600 km. Ma dostęp zarówno do Zatoki Bengalskiej (poprzez Morze Andamańskie) jak i Zatoki Tajlandzkiej. Państwo Tajów powstało w X–XII wieku. Tajlandia w zasadzie zawsze była niepodległa, z ograniczeniami jednak w okresie kolonialnym. Obecnie jest demokracja parlamentarną, choć bezustannie wstrząsaną zamachami stanu i niepokojami granicznymi. Większa część Tajlandii leży w strefie klimatu zwrotnikowego wilgotnego.

Powierzchnia kraju zbliżona jest do powierzchni Polski, populacja natomiast jest ponad dwukrotnie większa od naszej. Dochód narodowy na głowę jest dwukrotnie mniejszy niż w Polsce. Religie to prawie wyłącznie buddyzm, z niewielkim udziałem islamu i chrześcijaństwa. 75% społeczeństwa stanowią Tajowie, a 14% – ludność pochodzenia chińskiego. Dość duży odsetek to muzułmańscy Malajowie. Gospodarka opiera się na turystyce i rolnictwie, przy czym dochody kraju z turystyki są pięciokrotnie wyższe niż w Polsce.

Masaze700

Położenie Tajlandi. Jeden z wielu terenowych gabinetów masażu

Turyści cenią egzotykę i gościnność kraju, a zwłaszcza stosunek do nich Tajów. Na całym świecie słynne są ich masaże. Masaże te mogą być rozszerzane o usługi z pogranicza erotyki, co turyści, zwłaszcza niemieccy, bardzo sobie cenią. Oto przykładowe ceny Thai Massage za 1 godz. w batach tajlandzkich THB (kurs 0,13 PLN), wykonywanego w warunkach terenowych na wyspie Koh Samui:

Thai Massage 300, Oil Massage 300 Foot scrub (peeling) 300, Back&Shoulden Massage 400 Thai with Oil Massage 400, Manicure/Pedicure 400, Coconut Oil Massage 500, Aloe Vero Massage 500, Sport Massage 500, Aroma Massage 500.

Największą jednak atrakcją Tajlandii jest zwiedzanie Bangkoku i znajdującego się w tym mieście kompleksu Wielkiego Pałacu Królewskiego.

Tajlandia700.jpg

Rząd 1. Uliczny stragan. Komunikacja w Bangkoku. Centrum Taxi. Kable uliczne. Rząd 2. Sprzedawca lodów. Ulica w Bangkoku. Drzewo kauczukowe. Dach światyni. Rząd 3. Królewskie miasto Bangkok

Burj Khalifa Dubaj

W drodze powrotnej z Bangkoku do Warszawy, podobnie jak w trakcie lotu do Cochin, znów „międzylądowaliśmy” Dubaju. Było to zaplanowane w tej podróży. Cóż to w końcu za problem zanocować w podróży i mieć dodatkowy dzień na „zdobycie” najwyższego budynku na świecie, który rok wcześniej oglądaliśmy z poziomu ulicy. Nie mogło być wtedy inaczej, gdyż bilety na najwyższy budynek świata trzeba kupować w internecie z półrocznym wyprzedzeniem czego nie wiedzieliśmy będąc w Dubaju po raz pierwszy.

Górujący nad Dubajem wieżowiec Burj Khalifa został oddany do użytku w 2009 roku. Ma wysokość 829 m. Jest najwyższą konstrukcją zbudowaną kiedykolwiek przez człowieka. Należy do niego też kilka innych światowych rekordów: największa liczba pięter (163), najwyżej i najszybciej wjeżdżająca winda, a także najwyżej położony taras widokowy. Koszt budowy sięgnął 1,5 miliarda dolarów. Na 76 piętrze znajduje się basen, na 158 – meczet. Dwa tarasy widokowe umieszczono na piętrach 125 (452 m) i 148 (555 m). W budynku może jednocześnie przebywać 35 tysięcy osób – zwiedzających, stałych mieszkańców i pracowników. Jest on widoczny z odległości 100 km. Dla porównania: nasz Pałac Kultury i Nauki ma wysokość 237 m, wieża Eiffla – 324 metry, Empire State Building – 443 metry, Petronas Twin Tower w Malezji – 410 m zaś 101Taipei na Tajwanie – 509 m. By ubiec innych, w Dubaju powstaje już kolejny super wieżowiec, The Towers, który ma być otwarty na Expo 2020 i mieć ponad 1000 m wysokości.

Tym razem zdobyliśmy Wieżę Kalifa. Nie tracąc czasu wjechaliśmy na górę, na oba tarasy. Ku zaskoczeniu widoki nie okazały się jednak wyjątkowo rewelacyjne. Im wyżej, tym gorzej. Zanikają szczegóły, wszystko traci rozmiar i perspektywę. Ale zrobiliśmy to!

 

DubajZKalifaPo lewej: moje widoki z Burj Khalifa: w dół (w rogu widoczny fragment barierki), pod katem 45 stopni i w dal. Z prawej cała Wieża o zmierzchu (to ujęcie z tickets.atthetop.ae)

——ooo——

Powrót do spisu treści

Orient. Ze średniowiecza w nowoczesność

4-13 grudnia 2014 r. Dubaj i Zatoka

Wydawało się, że po Wenecji i fiordach norweskich, to nie ma już gdzie popłynąć wycieczkowcem. Za mną było Morze Śródziemne, Chiny, obie Ameryki. Okazało się jednak, że są stale nowe wyzwania, np. Zatoka Perska czyli arabski Orient. Niewielki to i tłoczny akwen, ale bogaty w atrakcje i zupełnie odmienny od innych. 

ZatokaKraje Zatoki Perskiej – akwenu, do którego jest tylko jedno wejście, cieśnina Ormuz. Niżej: trasa rejsu wycieczkowego Brązowe, ciemnoczerwone i czarne plamy to złoża ropy w południowej części Zatoki

Najciekawszą była propozycja firmy Aida. To jedna z narodowych linii należących do północnoamerykańskiego giganta Carnival, która po wchłonięciu kapitałowo przez wielkiego brata zachowała swoje standardy: niemiecki język pokładowy, czystość, kuchnię tradycyjną, kulturę i rozrywkę spokojnych, cichych pasażerów.

Najpierw jednak trzeba było dolecieć. Najtaniej wyszło z przesiadką w Zurichu.  Przed godzina 22 wylądowaliśmy w sławnym z czystości i porządku Dubaju. Od początku go doświadczyliśmy. Nie ma przepychanek. Jest sterowana urzędowo kolejka do odprawy i wyjścia, stykająca się w jednym tylko punkcie z długą kolejką taksówek, podjeżdżających i zabierających pasażerów. Naszym kierowcą okazała się milcząca i dość obszerna kobieta w białej szacie. Na pytające spojrzenie pokazałem kartkę z nazwą hotelu Ramada Jumeirah wydrukowaną jeszcze w kraju. Noc bez niespodzianek. Rano mieliśmy już prawo zaokrętować się w naszej kabinie statku AIDADiva.

Dubaj

Oczekujący statek przy nabrzeżu Dubaju. Rejs po Dubai Creek i małe abry zastępujące most na na tej wielkiej niby-rzece. Bazar, „złote” witryny i morze przypraw

Jeszcze tego samego dnia po południu mieliśmy wykupioną wycieczkę o nazwie Dhau-Bootstour auf dem Dubai Creek, czyli rejs po lejkowatym, słonowodnym wcięciu Zatoki Perskiej w dubajską Pustynię, wyglądającym jak ujście wielkiej rzeki. Po nim pierwsze zwiedzanie miasta, a ściślej wizyta na wielkim bazarze, czyli dzielnicy złota, przypraw i odzieży. Nazajutrz wypłynięcie do Omanu, ale do Dubaju mamy jeszcze wrócić.

Oman. Pustynia

AIDAdiva płynęła do Omanu przez najważniejszą na świecie cieśninę Ormuz. Proszę zwrócić uwagę na mapkę: czerwone plamki to tereny roponośne. Ropa jest też w Jemenie, więc nic dziwnego, że stale trwa tam wojna domowa…

Ormuz.jpg

Niższy rząd: na niedostępnym dla nas dziobie tylko dziewczyna kapitana, na rufie nie ma nikogo. Pasażerowie w większości są na pokładzie słonecznym. Inni korzystają z atrakcji sklepów wolnocłowych, barów, wykładów o celu podróży lub kasyn

Do stolicy Omanu Muskat płynęliśmy dzień i noc. Po śniadaniu powieziono nas do bazy samochodów terenowych (same nowe toyoty), którymi nasza kilkudziesięcioosobowa grupa udała się na pustynię Wahiba. Ostatnie kilka kilometrów nasze toyoty jechały poprzez grzbiety wydm osuwając się często na ich zboczach.

W drodze na pustynię przejeżdżaliśmy pasmo górskie, którego najwyższy szczyt, Jebel Shams. ma prawie 3000 m. Gdzieś w środku pustyni zobaczyliśmy zagubioną w piaskach prostokątną zagrodę, która, jak się okazało, była celem naszej wyprawy samochodowej i główną atrakcją wycieczki.

Oman

Na górze: nasza AIDAdiva w Omanie. przejazd przez góry Omanu, dzikie kozy. Na dole: pustynia Wahiba Sands, Fotografujemy i zwiedzamy samotną zagrodę

Na pustyni jest łatwo. Jest ona drogą i parkingiem jednocześnie, gdziekolwiek się jest. GPS działa i tu. Zagroda zapewne jest obiektem wystawowym, rodzajem żyjącego skansenu. W furtce trzcinowego ogrodzenia witają nas dwie urocze dziewczynki, niezdarnie podające swoje malutkie rączki każdemu wchodzącemu turyście. W wewnętrznym trzcinowym przewiewnym domku przygotowano dla nas tradycyjny beduiński poczęstunek i wystawę regionalnych wyrobów. Siedzieliśmy boso pod „ścianami” pijąc tradycyjną mocną niepaloną kawę, podawaną w malusieńkich filiżankach. Tak właśnie pito kawę w krajach arabskich. Palona, czyli spalona jest skutkiem wiedeńskiej wiktorii króla Sobieskiego.

Goscina

Wizyta w pustynnej beduińskiej zagrodzie (chyba pokazowej)

W stolicy Emiratów, czyli Abu Zabi (Abu Dhabi)

Abu Zabi, to jeden z emiratów, ale też stolica emiratu Abu Zabi. Miasto to jest również stolicą całego państwa czyli Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Gospodarka tego emiratu to wydobycie i przerób ropy naftowej, a także produkcji cementu. Miasto Abu Zabi położone jest na niskich terenach brzegowych kraju. Podobnie jak Dubaj liczy około 3 mln obywateli. Jednak w przeciwieństwie do Dubaju, który jest ośrodkiem handlu Wschód-Zachód z milionami pracowników sezonowych z Indii i Pakistanu, jest tu sennie i spokojnie. 

Największą atrakcją stolicy Emiratów jest jeden z największych na świecie Wielki Meczet Szejka Zajida. Inicjatorem budowy tej świątyni był pierwszy prezydent ZEA, szejk Zajid ibn Sultan Al Nahajjan. Budowla, przy której prace trwały dwanaście lat (1996-2007) kosztowała prawie pół mld euro i zajmuje ponad 2 ha gruntu. Jej dziedziniec posiada 1048 kolumn, ma 82 kopuły. Kopuła główna jest największą kopułą na świecie – ma 85 m wysokości i 32,8 m średnicy. W całym meczecie może jednocześnie przebywać 42 tys. wiernych, a w głównej sali modlitewnej – ponad 7 tys.

AbuDhabi

Na górze Wielki Meczet Szejka Zajida – widok z parkingu, instrukcja wymaganego ubioru i portal wejściowy. Na dole: radiowóz policji ZEA, muzeum historii oraz prezentacyjne wieżowce Abu Zabi

Konstrukcje betonowe zostały wyłożone greckim i włoskim białym marmurem. Dekoracje wnętrz wykonali artyści z całego świata. Wersety z Koranu wypisane zostały w trzech rodzajach kaligrafii arabskiej. Dziedziniec o wielkości 17000 mzostał pokryty mozaiką. W meczecie znajduje się siedem pozłacanych żyrandoli o różnych rozmiarach, wykonanych ze szkła Swarovskiego. Największy z nich jest jednocześnie największym żyrandolem na świecie.

Bahrajn. Dawniej emirat, dziś królestwo

W 1932 roku Wielki Światowy Kryzys sięgnął dna, a młody jeszcze podpalacz świata Austriak Adolf Hitler uzyskał niemieckie obywatelstwo. Wtedy właśnie, a dokładnie 1 czerwca 1932 r. trysnęła pierwsza ropa w Zatoce Perskiej. Stało się to na głównej wyspie Bahrajnu, 35 km na południe od jego stolicy Manamy, 82 lata po otwarciu pierwszej na świecie kopalni ropy Łukasiewicza w Bóbrce i 60 lat po powstaniu Standard Oil Company Rockefellera w USA.

Do ropy tej dowierciła się po półrocznej pracy grupa brytyjsko-nowozelandzkiego aptekarza Franka Holmesa, inżyniera górnictwa, geologa i łowcy koncesji naftowych, czule zwanego potem na Półwyspie Arabskim Ojcem Ropy (Abu Naft). To on bowiem, już w 1923 r., przekonał szejka Bahrajnu, by dał mu koncesję na poszukiwania ropy w zamian za bezpłatne wiercenie studni wodnych.

Bahrajn

Niewielkie, ale bogate w ropę naftową wyspiarskie Królestwo Bahrajnu. Szyb Franka Holmesa i on sam

Pierwszy odwiert był skromny i mało wydajny. Dziś jest wielką pamiątką, a arabskie złoża ropy są największe na świecie. Cały obszar Bahrajnu oplatają rury, bowiem działki roponośne są małe i prywatne. Na nich właściciele stawiają domy lub tylko namioty mieszkalne i tłoczą swoją ropę do dużych zbiorników, chyba wspólnych. Wygląda to podobnie jak w polskiej gospodarcze mlecznej.

Bahrajn niegdyś znany był z bogactwa wody pitnej. Dziś, poza żyznym skrawkiem ziemi na północy, wyspę tworzą skały wapienne pokryte do różnej głębokości jałowym i słonym piaskiem, porośniętym wyłącznie roślinnością pustynną. Może jednak szczycić się piękną stolicą Manamą, atrakcyjnymi gospodarczo strefami przemysłowymi i strefą wolnocłową w porcie. Jest też cenionym ośrodkiem usług bankowych z licznymi przedstawicielstwami banków międzynarodowych.

Bahrajn2.jpgPierwszy szyb naftowy Zatoki Perskiej. Pola naftowe. Bahrain World Trade Center – kompleks bliźniaczych wieżowców w Manamie wys. 240 m. Drzewo życia – zbliżenie i panorama. Niżej: tor formuły 1 w Bahrajnie, modły arabskiego zaopatrzeniowca dokładnie w południe i mądre spojrzenie wielbłąda z Bahrajnu

Największą atrakcją wyspy jest Drzewo Życia. To jedyne na wyspie, wielkie i rozłożyste drzewo. Jest to prosopis cyneraria, kwitnące drzewo z rodziny bobowatych, które rośnie na jałowych glebach Azji Zachodniej. Drzewo Życia rośnie na szczycie piaskowego wzgórza, z dala od widocznego źródła wody. Drzewo to ma prawie 10 m wysokości, a korona – 27 m średnicy. Jego wiek szacuje się na 400 lat. Drzewa tego gatunku mogą mieć korzenie sięgające do 50 m w głąb ziemi. Wody podziemne w jego okolicy występują już na głębokości kilkunastu metrów, więc susza mu nie zagraża. Inne atrakcje Bahrajnu to znany tor wyścigowy Formuły 1 i wielkie fermy wielbłądów.

Ponownie Dubaj (czwartek 11.12.2014 r.)

Nasze arabskie kółko, a w zasadzie ósemka, kończy się w Dubaju. Odwiedziliśmy wszystko co ważne. Niestety okazało się, że nie było możliwe wykupienie wjazdu na górę Burj Khalifa. Ta atrakcja została więc odłożona na przyszłość.

Dubaj2

Jedyna pamiątka historii Dubaju – stary fort obronny Al Fahidi, z 1787 r. Potem były w nim koszary i więzienie, a obecnie jest muzeum. Dalej: widok portu na Creek. Jedna ze stacji metra. Niżej: park fontann przy Burj Khalifa, akwarium i narciarski tor zjazdowy w centrum handlowym Mall. Po prawej tęskne spojrzenie na wieżę

W Dubaju wszystko się zaczyna i kończy na w porcie lotniczym, który został otwarty w 1960 r. Obsługiwał wtedy samoloty DC-3 na 1800 m pasie z ubitego piasku o długości 1800 m. Dziś (2019) to trzeci port lotniczy na świecie wśród jedenastu największych 70-milionowców. Oto one:

Hartsfield-Jackson Atlanta International Airport (ATL 107 mln)

Beijing Capital International Airport (PEK 101 mln)

Dubai International Airport (DXB 89 mln)

Los Angeles International Airport (LAX 88 mln)

Tokyo Haneda Airport (HND 87 mln)

O’Hare International Airport, Chicago (ORD 83 mln)

London Heathrow (LHR 80 mln)

Hong Kong International Airport (HKA 75 mln)

Shanghai Pudong International Airport (PVG 74 mln)

Paris Charles de Gaulle Airport (CDG 72 mln)

Amsterdam Airport Schiphol (AMS 71 mln)

Airport

Port lotniczy DXB. Niedawno jeszcze był drugi. ale został zdystansowany przez chiński PEK (Beijing czyli Pekin)

Post Scriptum 2019. W styczniu 2018 roku, w Dubaju oddano do użytku nową atrakcję turystyczną. Jest to tzw. The Frame, czyli wielka rama widokowa o wysokości 150 m, w którą „oprawiono” panoramę miasta (fot. http://www.archdaily.com).

Frame

——ooo——

Powrót do spisu treści

Kopenhaga i fiordy czyli góry w wodzie.

Stamtąd przyszła cywilizacja Rusi! 6-13 lipca 2013 r.

Rejs na fiordy był modny tego roku, więc namówiono nas na taką podróż. Atrakcyjne było także to, że do portu wypłynięcia, do Kilonii, mogliśmy dojechać samochodem. Na wszelki wypadek pojechaliśmy w przeddzień i po 9 godzinach podróży własnym samochodem stanęliśmy już w małym kilońskim hoteliku na kolacji. Po śniadaniu, na nabrzeżu portowym przed statkiem oddaliśmy samochód kierowcy, który odjechał naszym samochodem nie wiadomo gdzie. Był to przedstawiciel wykupionej jeszcze w kraju usługi VALET Parking. Za 140 euro mieliśmy samochód z głowy na tydzień.

AutoTrasa.jpg

Pokwitowanie za samochód. Plan rejsu i nasz  wycieczkowiec. Po nowopolsku – kruz

Pierwszy etap to nocny rejs do Kopenhagi. Rano byliśmy już w porcie z syrenką. Dania to kraj bliski nam kulturowo i bezpieczny. Zwiedziliśmy więc miasto pieszo i transportem miejskim.

W Kopenhadze jest wiele ikon turystyki, ale ogólne wrażenie jest średnie. Duńczycy żyją skromnie nie wysilając się zbytnio by liftingiem robić wrażenie. Miasto sprawia więc wrażenie wyludnionego, jest szare i zaniedbane. Może dlatego, że była to niedziela… Choć poniższe obrazki sprawiają lepsze wrażenie, ale jednak takie są tylko cztery.

Kopenhaga

Kopenhaga: Syrenka, Stary Port, wejście do Tivoli i Pałac Królewski Amalienborg

Następnego dnia nasz kruz ruszył na północ. Noc, dzień i noc trwała ta podróż byśmy mogli zobaczyć prawdziwy duży fiord. No i był, Po przekroczeniu linii brzegowej Morza Północnego płynęliśmy Storfjordem przez góry do Geiranger jeszcze ponad 100 km! Na końcu okazało się, ze nie tam normalnego portu z nabrzeżem. Do miasteczka wożono nas szalupami.

HellesyltGeiranger

Z Morza Północnego do Geiranger. Na tle mapy kontur Norwegii.Sklep w miasteczku nazywa się swojsko Fjordbuda

Po wyjściu na morze z fiordu Storfjorden i przepłynięciu Morzem Północnym około dwustu km na południe weszliśmy w jeszcze dłuższy fiord Sognefjorden. Przepłynęliśmy nim ponad 170 km, by przycumować w urokliwym miasteczku Flåm. Było tam nie tylko nabrzeże dla olbrzymów ale i urocza stacja kolejowa kolejki, dzieło norweskiej inżynierii ekstremalnej pierwszej połowy XX w. Kolejka prowadziła malowniczą trasą z górskiego Myrdal (865,5 m npm) do stóp Sognefjordu we Flåm (2 m npm). Pierwsze plany budowy linii kolejowej Bergen-Oslo-Sztokholm, były już w 1871 r. W 1909 r. otworzono linię kolejową pomiędzy Oslo a Bergen. Brakującym odcinkiem było właśnie odgałęzienie do Sognefjordu. W 1924 r. rozpoczęto trudną budowę, zaś w 1940 r. linię Flåmsbana oddano do użytku.

Flam

Wpływamy do Sognefjorden. MSC Poesia stoi we Flåm w górach. Stary wagonik kolejki Flåmsbana służy obecnie jako kawiarnia

Kolejny port to Stavanger. Miasto ludzi morza, a od czasu eksploatacji ropy naftowej, również nafciarzy, którzy obsługują platformy wiertnicze na Morzu Północnym. Miasteczko jest zadbane, a białych domków na wielu uliczkach bez liku.  

StavangerOslo

Rząd górny, Stavanger: mewy w Stavanger biorą z ręki, dokładnie jednak obserwując właściciela ręki. Przybijanie do portu z wysokości 10-tego piętra. Wycieczkowiec między domkami Stavanger i uliczka pełna turystów ze statku. Rząd dolny, Oslo: port jachtowy, kolega i koleżanka na ulicy oraz sklep z modą. Super Duper to naprawdę określenie poprawne i powszechne w Europie. Ze słownika Cambridge: extremely good. Przykład użycia: I’ve got a new super-duper computer.

Ze Stavanger jednym skokiem, całonocnym rejsem osiągamy Oslo. Stolica wielkiego kraju ma rozmiar polskiego miasta powiatowego. Wiele rzeźb pomaga zaludnić miasto. Jest chłodno, pusto i elegancko. Sztuka wzornicza Norwegii budzi szacunek.

Powrót z Oslo do Kilonii to tylko jedna noc. Gdy rano zeszliśmy z pokładu, na parkingu czekał już człowiek z kluczykami do samochodu. Usługa VALET Parking sprawdziła się bez zarzutu. W domu byliśmy tego samego dnia wieczorem.

——ooo——

Powrót do spisu treści

Kraina i miasto płytkiej wody. Fascynuje kolorami

23-30 czerwca 2012 r. Wenecja i jej laguna

Wenecja została założona przez uciekinierów z północnej Italii, którzy w 452 r. postanowili schronić się wśród bagien i wysp przed najazdami barbarzyńców. Był to wówczas jedyny ich sposób na przeżycie. W IX wieku, po wielu wojnach między wielkimi ówczesnego świata – cesarstwami bizantyjskim zachodnim Karola Wielkiego – powstała niezależna Republika Wenecka, która później była ośrodkiem handlu między Europą Zachodnią a Bizancjum i Azją. To trwało prawie dziesięć wieków, a więc w przybliżeniu tyle, ile historia Polski.

Nic więc dziwnego, że Wenecja jest mekką turystyczną. Zwiedzałem kilkakrotnie to miasto, mozolnie, w upale, wędrując jego uliczkami. W 2012 r. miałem jednak już za sobą kilka lat pływania po Europie hausbootem. Świadomie używam tego niemieckiego słowa, bowiem nie istnieje polskie określenie na mieszkalne jachty do zwiedzania szlaków wodnych. Znane z angielskiego określenie houseboat oznacza nie łódź, a dom stałego zamieszkania na wodzie. W języku polskim na mobilne jachty mieszkalne lansuje się nazwę barka, ale to jednak zbyt szerokie pojecie, obejmuje bowiem również wielkie barki towarowe… Ten problem nazewniczy do dziś nie jest rozwiązany.

Tak więc postanowiliśmy rodzinnie wynająć tego typu łódkę i popływać po weneckiej lagunie, łącznie z Wenecją.

LeBoat

Morskie imperium weneckie sięgało od dzisiejszej Wenecji po Lewant (kolor żółty, to „wenecka” część Morza Śródziemnego). Po prawej i niżej: hausboot, którym pływaliśmy po Lagunie – pokład słoneczny i kabina dziobowa. Podobna była na rufie, a w środku salonik z kuchenką, oraz 2 prysznice i 2 wc (zdjęcia z oferty Le Boat)

Nie było to tanie, ale łącznie dla kilku osób chyba relatywnie tańsze niż hotel. W Casale nad rzeką Sile zaokrętowaliśmy się na łódce Royal Mystique, zostawiając samochód na parkingu, w pewnym sensie jako kaucję. Nasza jednostka była imponująca: ponad 13 m długości i 4 m szerokości, dwie sypialnie, dwie łazienki z prysznicem i wc, kabinę dzienną z kanapą i sterówką (powtórzoną na pokładzie słonecznym), klimatyzację, telewizor, kuchnię z lodówką, kuchenką gazową i zlewozmywakiem oraz naczyniami i przyborami kuchennymi, a także pokład słoneczny ze stołem, grillem elektrycznym, siedziskami, parasolem i tentem inaczej zwanym bimini, czyli składanym tropikiem.

Wypływamy z Casale kierując się na Lagunę. Cumujemy z wizytą na wyspie Burano, wyspie kolorowych domów i pochylonej dzwonnicy.

LagunaBurano

Laguna na mapie fizycznej i administracyjnej z naszą tygodniową trasą. Niżej: w śluzie. Wypływamy na lagunę. Stacja benzynowa dla łodzi i spacer po Burano

Laguna Wenecka jest unikalnym tworem natury. W 1987 wpisano ją na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Laguna jest piękna ale płytka. 80% jej powierzchni (550 km²) to płytkie (0-50 cm) błotniste akweny, często odkrywane przez odpływ. Tylko 8% stanowią grunty stałe – to sama Wenecja i kilka mniejszych wysp. Zaledwie 11% powierzchni stanowią wody stałe lub pogłębiane kanały. Niestety, wtedy tego nie wiedzieliśmy i mieliśmy problem, o którym jeszcze wspomnę. Aby ułatwić nawigację, kanały laguny są oznaczone rzędami drewnianych pali (niekiedy nawet potrójnych) zwanych też dalbami lub bricole. Na takich palach miejscowi rybacy budują swoje działki, na których gromadzą nie mieszczące się w domu szpargały. To odpowiedniki naszych piwnic.

Dalby

Bricole na lagunie. Tam gdzie drewno styka się z wodą, której poziom jest zmienny, osadzają się małże, które działają tak, jak bobry w podmokłym lesie. Jedyną receptą jest stosowanie pali betonowych

Opłynęliśmy od wschodu i południa wyspę wenecką oglądając ją z wody, Mijaliśmy cmentarz i  tereny sportowe. Przedefilowaliśmy przed palcem Św. Marka i weszliśmy do mariny na wyspie przy bazylice San Giorgio Maggiore. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce nocowania. Mieliśmy piękny całodobowy widok na centrum Wenecji, a przystanek tramwaju wodnego pod bokiem.

AirView

Oto Wenecja z satelity, samolotu i lotu ptaka

Miejsce postoju było rzeczywiście niesamowite. Patrzyliśmy na tę Wenecję i żal było odpływać. Cumowaliśmy tu trzy dni za niewielkie pieniądze. Koszt hotelu byłby wyższy, wielokrotnie.

Front.jpg

Widok na Plac Św. Marka. Santa Maria della Pieta – kościół, w którym Vivaldi grał na organach (nowy, oryginalny nie dotrwał). Nasz hausboot w marinie. Wycieczkowiec „trzymany za ogon” przez holownik w trakcie wychodzenia na Adriatyk

Ruszyliśmy na południe laguny. Po drodze przepływaliśmy obok wielu wysp, wysepek a nawet pojedynczych rybackich magazynów i domów na palach. Tuż przed portem jachtowym w Chioggii  zobaczyliśmy drewniane konstrukcje z licznymi zwisającymi do wody sznurami – to hodowle muli. Cumujemy i dwa dni siedzimy w Chioggi. Budzi sentyment ta wizyta gdyż wiele lat wcześniej oglądałem we Współczesnym komedię Carla Goldoniego Awantura w Chioggi z 1762 roku! Miasteczko nie zmieniło się chyba wiele od tego czasu.

DoMariny

U góry: Dopływamy do Chioggi, rybacy zdejmują ze sznurów mule. Śniadanie na pokładzie. Uliczka, a w zasadzie kanał w Chioggi. Adriatycka plaża. Niżej: Lido weneckie, luksusowa dzielnica Laguny. Smażymy karkówkę. Domek rybaka na Lagunie. Spotkanie na wąskim kanale: my, kuter rybacki i wycieczkowiec rzeczny

Powrót z Laguny do Casale to cały dzień. Ponownie podziwialiśmy krajobrazy Laguny i rzeki Sile. Nie obeszło się jednak bez przygody. W pewnej chwili, w połowie rejsu z Chioggi do Wenecji nasza łódka nagle stanęła w miejscu. Utknęliśmy w mule. Nic nie pomógł bieg wsteczny, ani żadne spychanie. Okazało się, że zeszliśmy z toru wodnego zaledwie na kilka metrów! Przygoda zakończyła się szczęśliwie, dzięki przepływającemu obok kutrowi rybackiemu, z którego rzucono nam linę. Ciągnąc nas, za przeproszeniem, za dupę, postawili nas znowu na szlaku.

Venice

Czas wracać – pamiątkowe zdjęcie części załogi. Wyjazd z Casale do domu

——ooo——

Powrót do spisu treści

Chiny, Państwo Środka.

Wstąpił do Anglii. Po drodze mu było…

30 maja – 16 czerwca 2011 r.

Już w poprzednim, w 2010 r. zainteresowała nas oferta rejsu rzecznego po Jangcy firmy Viking River Cruises. Nie była to oferta bardzo droga, choć droższa niż oceaniczna. Jej zaletą było to, że oprócz rejsu po środkowym biegu Jangcy z całym odcinkiem Trzech Przełomów z największą na świecie Tamą obejmowała także część lądową, w tym stolicę Chin – Pekin, a także Xian (odkopana armia), Chongqing (największe miasto zachodnich Chin, uniwersytecki Wuhanu i Szanghaj, kolonialną stolicę Chin.

Był to program atrakcyjny i o wysokim standardzie, bowiem wszystkie nierzeczne odcinki podróży realizowano drogą lotniczą, a noclegi zarezerwowano w hotelach pięciogwiazdkowych, np. Ritz-Carlton w Szanghaju. Oferta ta była przygotowana na rynek USA i w istocie oferowana przez kalifornijskie biuro Vikinga. Znaleźliśmy ja i kupiliśmy przez internet, który znosi granice…

Rejs.jpgMapka imprezy lądowo-rzecznej Imperial Jewels of China firmy Viking River Cruises,

oraz statek Viking Emerald realizujący rejsy na Jangcy przez Tamę Trzech Przełomów

(fot. vikingcruises.com)

Ofertę Viking River Cruises wybraliśmy ze względu na atrakcyjny tytuł: Imperial Jewels of China oraz ciekawą historię i już wówczas wysoką renomę firmy. Jej twórcą i właścicielem jest Torstein Hagen. Urodził się i wychował w Norwegii. Studiował w Norweskim Instytucie Technologii, gdzie uzyskał dyplom fizyka i grant Fulbrighta na studia podyplomowe w Stanach Zjednoczonych. Ukończył je w 1968 roku z tytułem MBA Harvard Business School. Jego pomysłem na życie było stworzenie luksusowego segmentu wypoczynkowej żeglugi śródlądowej.

HagenTorstein Hagen i jego dwie floty. Rzeczne chrzciny  (fot. internet

Interesowało go zwłaszcza szerokie udostępnienie ludziom Zachodu wielkich dróg wodnych Rosji. Kupił więc tam cztery duże rzeczne statki pasażerskie i zrewitalizował je do luksusowego poziomu. Uruchomił także żeglugę wycieczkową na Jangcy. Potem zamówił w stoczni kilkadziesiąt długich wycieczkowców na szlaki śródlądowe Europy Zachodniej. Jeszcze później zaczął budować flotę morską, W pierwszy rejs oceaniczny jego statek wyruszył w 2015 roku. Hagen, choć nie jes dużym graczem na rynku rejsów wycieczkowych, jest już miliarderem. Na jego statkach odczuwa się zawsze europejską klasę i szacunek dla każdego pasażera.  

Do Chin przez Anglię

Londyńskie biuro Vikinga miało z nami kłopot, bowiem byliśmy jedynymi europejskimi uczestnikami rejsu organizowanego przez ich amerykańską centralę. By mieć gwarancję, że dołączymy bez problemów do pozostałych uczestników w Pekinie, zaproponowano nam okazyjną ofertę lotu „swoją” linią British Airways. Oferta rzeczywiście była korzystna, postanowiliśmy więc tylko dokupić przelot z Warszawy do Londynu. Czasu było prawie rok więc bilety LOT-u udało się kupić w groszowej promocji, tyle, że aż na trzy dni przed planowanym lotem do Chin. Tak urodził się dodatkowy pobyt w Anglii. Szybko został wymyślony program uzupełniający.

W poniedziałek 30 maja wieczorem przylot do Londynu i hotel. Nazajutrz wynajętym samochodem prawie 150 km do teatru szekspirowskiego w Stratford upon Avon na spektakl The Merchant of Venice (to realizacja starego marzenia o obejrzeniu Szekspira w oryginale, w jego teatrze). By dokładnie wiedzieć co mówią na scenie, słuchając aktorów zerkałem na przywieziony z domu tekst polski.

Spektakl ten był moim największym, jak dotąd, przeżyciem teatralnym. Zwłaszcza wielkie wrażenie zrobił na mnie powszechnie znany ze Star Treka Sir Patrick Stewart w roli Shylocka. Następnego dnia w drodze powrotnej odwiedziliśmy jeszcze kanały w angielskim interiorze. 2 czerwca pojechaliśmy z kolei do Portsmouth, legendarnego portu floty angielskiej (to też moje marzenie z dzieciństwa, kiedy czytałem książki o korsarzach). Podróżowaliśmy tam Mercedesem 300 Cabrio, bowiem w wypożyczalni, ku naszemu zaskoczeniu, zaproponowano nam ten luksusowy i szybki pojazd zamiast zarezerwowanego Fiata Punto. W biurze po prostu spostrzeżono, że nie mamy żadnych bagaży, co rzadko zdarza się przy lotnisku. Na taki samochód rzadko mieli chętnych i dawali go w cenie najniższej z cennika.

Anglia.jpg

W górnym wierszu: upodabniam się do dziwnego pelikana w Natural History Museum. Kupiec Wenecki z Patrickiem Stewartem. Kanał angielski typowej szerokości 2,20 m na wiadukcie, palec trzymam w wodzie. Niżej: przyjazd, admirał Nelson na tle swojego okrętu flagowego Victory w Portsmouth i wyjazd Mercedesem Cabrio.

W piątek 3 czerwca 2012 roku wylecieliśmy do Pekinu, z międzylądowaniem w Shiphol. Nazajutrz wylądowaliśmy w Pekinie i od razu przedstawiciele Viking River Cruises zabrali nas do hotelu. Spaliśmy długo.

Pekin

Na wycieczkowym rejsie morskim w każdym porcie jest propozycja wielu tzw. shore excursions, czyli extra płatnych wycieczek brzegowych. Na wycieczkowcach bowiem jest tysiące pasażerów. Na rejsie śródlądowym liczba pasażerów nie przekracza dwustu. Program brzegowy jest więc jeden dla wszystkich, wliczony w cenę rejsu, choć można oczywiście nie brać w nim udziału. W Pekinie zwiedzaliśmy centrum miasta czyli Plac Niebiańskiego Spokoju (Tian’anmen), Zakazane Miasto (Gù Gōng, dosł. Starożytny Pałac), grobowce dynastii Ming i rewelacyjną dzielnicę Hutongów, czyli tętniącego życiem zespołu szczelnie połączonych ze sobą parterowych budynków i uliczek.

Pekin

Wyżej: Pod portretem Mao wchodzimy z Placu Tian’anmen do Zakazanego Miasta. To główny pałac cesarski Chin. Olbrzymi teren z wieloma budynkami. Zwiedzanie go potrafi zmęczyć. Dawni mieszkańcy nie musieli tyle chodzić co turyści. Niżej: po wielkim murze chodziliśmy z satysfakcją mimo tłumów. To jedyny obiekt zbudowany przez człowieka widoczny z kosmosu. Letni pałac cesarski przy sztucznym(!) wielkim jeziorze wykopanym ręcznie, a nim marmurowa łódź cesarska, która nie pływa bo jest budowlą stałą wybudowaną na dnie według życzenia władcy. Po prawej: Spektakl teatru chińskiego w Pekinie

W Pekinie jest jeszcze jedna dzielnica masowo zwiedzana przez cudzoziemców. To dzielnica Hutongów, czyli małych domków i uliczek z tętniącym życiem. Nie są to slamsy. Mieszkają tam, handlują i pracują biedni, średni i zamożni. Wszystkich ich łączy niechęć do wieżowców i nowoczesnych bloków. W Polsce powojennej też mieliśmy podobne dzielnice i wcale ich mieszkańcy tak chętnie się nie przeprowadzali. Niestety w Pekinie dzielnice te mają zostać wyburzone.

BeijingHutongs

Wyżej: Grafika artystki malarki mieszkanki Pekinu Liuby. (rys. Liuba Vladimirova, http://www.liubadraws.com). Niżej: My, jak inni turyści zagraniczni zwiedzamy Hutongi rykszami rowerowymi. Jest w tej dzielnicy wszystko. Domy, domy w budowie, samochody, motocykle, rowery sklepy, bary, restauracje i hotele. Czystość uliczek i ich mieszkańców jest godna szacunku

Xi’an, prowincja Shaanxi

Po kilku godzinach lotu lądujemy w Xi’an.  Tu kiedyś zaczynał się Jedwabny Szlak łączący Chiny z Europą. To nieduże jak na Chiny miasto powiatowe (6 mln mieszkańców) stało się światową sensacją z powodu przypadkowego wykopania tajemniczych figur podczas drążenia studni wiejskiej.

Xian

Miałem chęć dać się powozić, reakcja żony była jednak natychmiastowa – chodźmy… Hotel powiatowy, ale pięciogwiazdkowy. Terakotowa Armia. Terakotowy żołnierz po konserwacji

Figury te zostały znalezione w marcu 1974 r. Rozpoczęto wykopaliska. Jak się okazało to wielka liczba wypalonych glinianych figur, cała Terakotowa Armia, która powstała na życzenie pierwszego cesarza Qin (221 r. pne). Wykonało ją 700 tys. rzemieślników i robotników z całego imperium. Każda figura posiada cechy indywidualne, każda twarz jest inna i wyraża inne emocje. Żołnierze przedstawieni są w różnych pozycjach. W pokazanym na zdjęciu sektorze znajduje się ówczesny kompletny pułk piechoty, liczący 3210 żołnierzy, w tym 200 kuszników i łuczników oraz sześć wozów bojowych, każdy z parą glinianych koni. Terakotowa Armia od 1987 roku znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Chongqing i Tama Trzech Przełomów

Chongqing to miasto wielkie, ale mało ciekawe. To trzydziestomilionowa aglomeracja, jedno z czterech miast wydzielonych ChRL, jedyne w głębi lądu (pozostałe trzy to Pekin, Szanghaj i Tianjin, koło Pekinu). Powstało po wydzieleniu aglomeracji z prowincji Syczuan w 1997 roku. Chongqing był siedzibą Czang Kai-Szeka podczas drugiej wojny chińsko-japońskiej (1937–1945). Później generał przeniósł się na Tajwan.

Chongqing jest ważnym portem śródlądowym. Dzięki budowie Tamy Trzech Przełomów stał się możliwy transport rzeką Jangcy od tego miasta aż do Szanghaju. Tu też zaczynają rejsy statków wycieczkowych, które płyną w dół rzeki.

View

Centrum miasta Chongqing nad Jangcy. (fot. wikimedia.org)

 

Tu właśnie miał początek nasz rejs. Przy nabrzeżu oczekiwał na nas luksusowy statek o skromnym wyglądzie i wdzięcznej nazwie Esmeralda, którym mieliśmy pokonać wielką rzekę Jangcy z jej trzema przełomami.

Emeralda.jpg

Pięciopiętrowa klatka schodowa. Kabina. Jadalnia. Fałszywy „armator” tej jednostki

Pierwszy postój to Zhongxian, a ściślej Pagoda Shibaozhai z 1819 r. To około 200 km od Chongqing. Pagoda ta jest w zasadzie fantazyjną klatką schodową. Jej 9-piętrowa struktura została zbudowana bez użycia gwoździ. W związku budową Tamy Trzech Przełomów wokół pagody zbudowano zaporę aby chronić ją przed zalaniem. Dlatego ogrody i budynki znajdują się poniżej poziomu wody, Do Pagody prowadzi szeroki wiadukt dla pieszych na solidnych, betonowych podporach.

Klasztor

Pagoda Shibaozhai,  widziana z przystani w na ogół w mglistym powietrzu. Miejscowi mieszkańcy oferują przeniesienie gości w lektykach. Było to dla nas bardzo krępujące. Na tę usługę nie zdecydował się nikt z naszego rejsu 

Od pagody Shibaozhai w zasadzie zaczyna się już strefa poziomu wody podwyższonego przez Tamę Trzech Przełomów, choć do Tamy jest jeszcze daleko. Rzeka jest teraz wielka i spokojna. Ale reportaż Pawła Jasienicy Kraj nad Jangcy z podróży do Chin w 1956 r.  opisuje inny jej obraz. Była ona górska i trudna, taki 100-krotnie bardziej niebezpieczny Dunajec… Na tym odcinku widać nawet roczne wahania poziomu rzeki, powodowane działaniem dalekiej zapory, dzięki której woda jest w porze suchej wykorzystywana na nizinach. 

Wiadukt

Początek przełomu Jangcy. Wzdłuż jej brzegów buduje się nowe szlaki drogowe

The Three Gorges to kolejne przełomy rzeki przez trzy górskie pasma w środkowym biegu Jangcy. Zaskakują one swą scenerią głębokich wąwozów z subtropikalnym klimatem monsunowym. Długość regionu Three Gorges to około 200 km. Składa się on z trzech odcinków: przełom Qutang Gorge (8 km) z Baidicheng do Daxi, przełom Wu Gorge (45 km) z Wushan do Guandukou i Xiling Gorge (66 km) z Zigui do przełęczy Nanjin i miasta Yichang

Przelom.jpg

Wyżej mapka Przełomu (wg Wikipedii). Niżej: pierwszy przełom Qutang, Brak portów zmusza mieszkańców do karkołomnych wyczynów zaopatrzeniowych. Trzeci przełom (cqtieba.com). Jedna ze śluz, których jest pięć w zespole, po ok. 20 m różnicy poziomów każda.

Zapora Trzech Przełomów jest największą hydroelektrownią na świecie. Posiada one 32 generatory o mocy 700 MW każdy. Pozwala na ograniczenie zużycia węgla o ponad 30 mln ton rocznie, co stanowi połowę wydobycia węgla w Polsce. Zapora ta zmniejsza też o setki mln ton emisję do atmosfery gazów cieplarnianych, pyłów, dwutlenku siarki, tlenku azotu i węgla oraz znaczących ilości rtęci. Ciekawostką jest, że zgromadzenie w zbiorniku zapory 40 mld ton wody spowodowało zauważalne, choć nieistotne w praktyce skutki dla ruchu Ziemi: oś obrotu przechyliła się przesuwając biegun geograficzny o 2 cm, a doba wydłużyła się o 0,06 mikrosekundy (wikipedia).

Satelita.jpg

Tama Trzech Przełomów, widok z GoogleMaps: 1–tama, 2–winda, 3–śluzy, 4–osiedle

Wuhan i Szanghaj

W Wuhanie mieliśmy nieco zwiedzania i przesiadkę na samolot. Lokalna krótka trasa: 1054 km i niecałe 2 godziny lotu… Lądujemy na Pudong (60 mln pasażerów rocznie). Stąd też będziemy wracać do domu.

Aglomeracja Szanghaju jest duża. Pobliskie Changzhou ma 3000 lat historii i kilka uniwersytetów. Sąsiadujące z Szanghajem Suzhou, 2600 lat i prawie 6 mln mieszkańców. Jest ono nazywane Wenecją Wschodu bo leży nad licznymi kanałami łączącymi metropolię z Wielkim Kanałem – najdłuższą na świecie. 1800 kilometrową drogą wodną budowaną od V wieku p.n.e. łączącą Szanghaj z Pekinem. W Suzhou są sławne ogrody, produkcja jedwabiu od wieków, i to wszystko pół godziny jazdy od Szanghaju.

Ale my nie mamy na to czasu. Trzeba lat by naprawdę zobaczyć Chiny. A reszta świata, choćby Indie, Świat Arabski, drugą półkulę? Program na życie. Teraz jestem w Szanghaju, mieście z którego mój ulubiony bohater Fileas Fogg Julesa Verne’a wyruszał statkiem do Japonii.

Najpierw oczywiście zwiedzamy Bund. Ta promenada Szanghaju na prawym brzegu rzeki Huangou ma 1,5 km i jest bardzo kolonialna. Teraz jest już także młodzieżowa.

1930-2016Bund.jpg

Bund w 1930 r. i obok 2011 r. – zmienił się niewiele. Wtedy był kolonią angielską, dziś jest miastem wolnym, pełnym młodych ludzi.

Szanghaj jest tak gęsty i olbrzymi, że właściwie niemożliwy do zwiedzenia. Jest też bardzo zróżnicowany. Wyjście na własną rękę już po kilometrze kończy się zagubieniem. Żadne mapy nie pomagają.

UliceObrazki Szanghaju: czteropiętrowe skrzyżowanie, ulica zamożna i mniej zamożna, pomnik nieskończoności (te białe kawałki to strumień wody), zaułek, widok z balkonu

Niewątpliwie największą atrakcją jest Stare Miasto. To jedne z najbardziej malowniczych miejsc w Szanghaju. Powstało 1000 lat temu. Nieistniejące już mury, zbudowane głównie dla ochrony przed japońskimi napastnikami otaczały miasto wokół dzisiejszych jego granic. W epoce ekspansji państw europejskich Stare Miasto zachowało swoją chińską odrębność. Obecnie obszar ten, ze świątynią City God Temple i Yuyuan Garden jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Szanghaju.

Szanghaj

Stare miasto Szanghaju. To dzielnica chińska. Nie uległa ona obcym wpływom. Rząd górny: Uliczka graniczna. Wejście z dyżurującym policjantem – jego postać jest typowa dla tych Chińczyków, których młodość i dojrzałość przypadła na czasy Mao. Kompleks pałacowy stoi na wodzie, ma niezwykle dużo uroku.

Wreszcie powrót do Polski. Na lotnisko można dojechać pierwszą na świecie komercyjną linią kolei magnetycznej Transrapid Maglev. Pociąg ten osiąga prędkość 350 km/godz. w 2 minuty, a rozpędza się nawet do 430 km/godz (budowa tej linii kolejowej pochłonęła 2 mld € i trwała 2,5 roku; jednostki wyprodukowano w Niemczech, a linia ma 30 km i dwie stacje). Do Europy wracamy również Boeingiem B747 i w dzień. Można było więc zobaczyć jak wysycha Morze Aralskie.

WSamolocieTransrapid. W samolocie ponad 500 osób. Kazachstan – zanikające Morze Aralskie

——ooo——

Powrót do spisu treści

Blisko i daleko równocześnie. Pamiątki po I Unii

12-15 sierpnia 2010 r. Troki, Kowno i Wilno

Po latach 1998-2004, w których podróżowaliśmy po Europie  wodą Taurusem II trudno było przyzwyczaić się do urlopów lądowych. Dlatego właśnie  powstała idea pływania wycieczkowcem po świecie. Ale na potrzeby krajowe trzeba było wymyślić coś mniejszego i własnego. Tak powstał Taurus III

Taurus3Certyfikat

Nasz Sea-Going Yacht w postaci 3,5 metrowej łódki wiosłowej z silnikiem doczepnym (czterosuwowym) Honda 2,3 KM zarejestrowany Polskim Związku Żeglarskim

Dopilnowaliśmy tego, by była to jednostka morska PZŻ, dzięki czemu można było nią pływać na wodach śródlądowych i przybrzeżnych morskich całego świata, nie tylko w Polsce. Trochę było to na wyrost. Pływaliśmy po Polsce, ciągnąc łódkę na przyczepie do naszego samochodu. Pływaliśmy między innymi po Zalewie Włocławskim odwiedzając ujścia licznych małych rzeczek, po jeziorze Żarnowieckim i na Mazurach… Wtedy właśnie powstał pomysł – dlaczego tylko w Polsce? Przecież na Litwie są piękne jeziora, a jedno z nich nawet z zamkiem Księcia Witolda Kiejstutowicza, stryjecznego brata Władysława Jagiełły, co mu był pomógł pod Grunwaldem! I tak się stało.

Mapka2

Nasza trasa na Litwie, ściślej w Republice Litewskiej (Lietuva)

Stanęliśmy więc w Trokach w hoteliku w pobliżu odbudowanego zamku Witolda. Bezpośrednio przy hotelu, na brzegu jeziora mogła cumować nasza jednostka.

Troki

Widok na jezioro Galve z wyspą Witolda na pierwszym planie (trakai-visit.lt). Niżej hotel Salos w Trokach z parkingiem i możliwością cumowania łódki (http://www.google.pl, http://www.salos.lt)

Zgodnie z zasadą, że zwiedzanie należy zaczynać od najdalszego punktu, najpierw pojechaliśmy z Troków do Kowna. To miasto leżące w widłach rzek Wilii i Niemna było niegdyś miastem granicznym między Litwinami a Krzyżakami, potem miedzy Żmudzią a Auksztotą, czyli Litwą właściwą. Do naszych czasów zachowały się dwie baszty, fragment murów, basteja z XVI wieku i fragment fosy. W 2010 rozpoczęto częściowe prace rekonstrukcyjne, a obecnie umieszczono tu niewielkie muzeum.

Kowno

Most w Kownie na rzece Niemen. Starówka kowieńska. Z prawej: odrestaurowane ruiny zamku w Kownie (lit. Kauno Pilis) zbudowanego przy ujściu rzeki Wilii do Niemna w końcu XIV wieku i rozbudowanego w wieku XVI

Pierwszy murowany zamek w Kownie był jedną z kilku warowni litewskich, chroniących Wilno i Troki przed Krzyżakami. W marcu 1362 roku zamek ten został oblężony przez Krzyżaków i całkowicie zniszczony za pomocą katapult. W latach 90-tych XIV wieku Krzyżacy zbudowali w miejscu zniszczonego zamku litewskiego warownię z basztami na narożach, na przemian kolistymi i kwadratowymi, z bramą wjazdową w jednej z baszt kwadratowych. W 1391 wielki mistrz krzyżacki podpisał z Witoldem porozumienie na mocy którego Kowno stało się miastem nadgranicznym pomiędzy Litwą i Krzyżakami posiadającymi ziemie na Żmudzi aż do Niewiaży (to tytułowa rzeka Miłosza, którą na swój literacki użytek nazwał Issą). Interesującym faktem jest to, że w związku z zarazą w Krakowie, zimę 1464 roku król Kazimierz wraz z dworem spędził w Kownie.

Plywanie.jpgPo Jeziorze Galve pływać każdy może. Po prawej w tle pałacyk Tyszkiewiczów

Po powrocie z Kowna trochę pływaliśmy po jeziorze Galve i podziwialiśmy jedną z wielu rezydencji Tyszkiewiczów. Na jeziorze ruch, pływano czym się dało. Najbardziej złowieszcze było wypuszczanie dzieci w balonach pompowanych z kompresora. Strach pomyśleć co by było, gdyby taki balon pękł na wodzie.

Następny dzień był przeznaczony na Wilno, miasto z dużą Polonią i mnóstwem pamiątek. Wilno zawsze było litewskie, ale było i będzie również ważne dla Polski, ponieważ razem z Nowogródczyzną, obecnie stanowiącej kawałek Białorusi, wniosło wiele do naszej historii. Do dziś istnieje tam wielka diaspora. 

Wilno.jpg

Wilno: miasto, Katedra Wileńska, widok na miasto z wieży telewizyjnej. Na dole: Ostra Brama, cmentarz na Rosie – grób matki Marszałka Piłsudskiego z Jego sercem, wejście do izby mickiewiczowskiego Konrada

Po powrocie z Wilna jeszcze parę atrakcji w Trokach. Przede wszystkim domki Karaimów. Zostali oni sprowadzeni na Litwę jeszcze przez księcia Witolda. Stanowili jego przyboczną gwardię. Uzdolnieni wojskowo, sumienni i wierni w służbie, byli jego żołnierzami i pomagali kontaktować się na przykład z Tatarami. Dziś w całej Litwie żyje ich mniej niż trzystu. Festyn, jak w każdą sobotę lata i kolacja w naszym hotelu.

Wyjazd

Uliczka Karaimów. Sobotni festyn na dziedzińcu Zamku. W hotelu przed wyjazdem

——ooo——

Powrót do spisu treści

Wokół Ameryki Północnej i Centralnej (z Południową)

wodą, lądem i powietrzem.

10 kwietnia – 15 maja 2009 r. USA, Karaiby, USA

To była długa i naładowana przeżyciami podróż, planowana jeszcze przed rejsem po Morzu Śródziemnym. Bo chęć przelotnego choćby poznania drugiej strony świata, czyli kontynentu Kolumba, pozostawała niezrealizowana od czasu uzyskania dyplomu na Politechnice w 1967 roku. W czasie pisania pracy wykorzystywałem czasopismo techniczne Hewlett Packard Journal, wiodącej wówczas w świecie elektroniki, niezwykle solidnej i odkrywczej firmy z Palo Alto w Kalifornii. Nie do wiary, ale działo się to wtedy, gdy komputery dopiero raczkowały. HP była w tym czasie firmą przodującą w świecie elektroniki pomiarowej i moim, nigdy zresztą niedościgłym, wzorem.

Pomysł podróży do Nowego Świata przyszedł mi do głowy w roku 2008. Kończyliśmy wówczas przygotowania do naszego pierwszego rejsu wycieczkowego, po Morzu Śródziemnym. Pomyślałem, że przyszedł wreszcie czas na zwiedzanie Ameryki. Było to wyczekane, bo dla elektronika i komputerowca wizyta w USA jest tak ważna, jak dla Polaka odwiedzenie Watykanu. W papieskim mieście byłem zresztą rok wcześniej. Zacząłem więc internetowe planowanie i drobiazgową rezerwację wszystkiego: lotów, rejsu, hoteli i wycieczek. Trwało to parę miesięcy. Podróż nasza miała trwać od 10 kwietnia do 15 maja, dokładnie 5 tygodni.

Wylot zaplanowany był na 10 kwietnia dlatego, że tylko na Wielki Piątek, LOT miał jeszcze bilety. Wszystko zostało opłacone z góry kartą płatniczą, która zresztą miała nam umożliwić wszystkie wydatki bieżące w trakcie podróży bez wymiany pieniędzy. Informuję z góry, że cały program został zrealizowany według planu, choć zdarzyło się kilka niespodzianek, np. świńska grypa. Oto dziennik naszej podróży.

mapUSACA

10.04.2009 r., Wielki Piątek. Przelot W-wa – NY

Wielogodzinny przelot, lądowanie na lotnisku Johna F. Kennedy’ego i zaplanowany hotel przy lotnisku (Ramada Plaza Inn).

11.04.2009 r., Wielka Sobota. Nowy Jork

Już o 8 byliśmy w centrum na przystanku autobusowym, skąd zaczynała się nasza, wcześniej zakontraktowana całodniowa wycieczka objazdowa po Nowym Jorku z miejscowym przewodnikiem. Przywitał się ze wszystkimi. Na nasze wejście żywo zareagował łamaną polszczyzną. Byliśmy zresztą jedynymi Polakami w autokarze.

Przewodnik żywo opowiadał o Nowym Jorku i USA. Gdy mówił o wielkim Amerykaninie von Braunie, wyjaśniłem mu krótko, że w czasie wojny był Niemcem, faszystą i członkiem SS, szczerze oddanym Hitlerowi. Pochodził z Prus Wschodnich, obecnie Polski. Udawał, że mnie nie zrozumiał.

Cały dzień zwiedzania Manhattanu, pieszo, autokarem i niewielkim stateczkiem aż do Statuy Wolności, francuskiego zresztą symbolu USA.

NY

12.04.2009 r., Wielka niedziela. Brooklyn

Jeszcze w kraju, na wieść o naszym wyjeździe, zostaliśmy zaproszeni przez bliską rodzinę Ewy i Jurka, naszych warszawskich współpracowników i przyjaciół na śniadanie wielkanocne w NY. Nasze wyjazdy planujemy wyłącznie na zwiedzanie, ale ten zaczynał się od Świąt Wielkanocnych. Przyjęliśmy więc to zaproszenie. Gospodarze nie tylko podjęli nas wielkanocnym polskim śniadaniem, ale też jeszcze wozili nas samochodem by pokazać Brooklyn, a zwłaszcza Greenpoint, Byliśmy też na krańcu Long Island. a więc tam, gdzie rzeka Hudson topi się w Atlantyku.

NY3

Rząd górny od lewej. W NY również jest jak na Ursynowie. Centrum Brooklynu to stara Anglia. Verrazzano-Narrows Bridge, za nim już Atlantyk. Rząd dolny. Greenpoint: skrzyżowanie Rutledge St. i Bedford Av,  skrzyżowanie Humboldt-St. i Nassau Av.  Brooklyn, chasyd w sztrajmlu z rodziną. Wysypany drewnianymi łupkami Psi Park przy Brooklyn Bridge.

13.04.2009 r., Wielkanocny Poniedziałek. Miami Beach

Lot z NY do Mami to tylko 3 godziny. Samolot wylądował około południa. Do hotelu w Miami Beach dojechaliśmy taksówką w pół godziny. W tym samym dniu chodziliśmy już po atlantyckiej plaży.

Miami

Miami Beach, widok z samolotu

hotel

U góry: nasz hotel w Miami Beach. Po prawej: na przeciwko hotelu plaża. Poniżej: plaża

Miami stało się stałą na prawie tydzień naszą bazą. Aż do niedzieli 19 kwietnia, kiedy to mieliśmy się zaokrętować na statek wycieczkowy by ruszyć w dalszą drogę do Ameryki Centralnej. Mieliśmy prawie tydzień zwiedzania na półwyspie. Mierzeja i miasteczko Key West, bagna Everglades z aligatorami, centrum Miami z lądu i z wody oraz Ośrodek Kosmiczny mojego ulubionego bohatera w Cape Canaveral (granatowy punkt na małej mapce półwyspu poniżej).

Floryda

14.04.2009 r., Wtorek. Key West

Skoro świt wyjazd do Key West, czyli południowego krańca Stanów Zjednoczonych. To całodzienna wyprawa z wieloma atrakcjami, na przykład z pływaniem po płytkim morzu katamaranem ze szklanym dnem…

DoKeywestAirWyżej: wsiadam do coacha. Droga na koniec półwyspu biegnie skokami po wielu wysepkach, głównie morskimi wiaduktami połączonymi obustronnie z wysepkami archipelagu. Niektóre kawałki tej drogi są zniszczone i wąskie. Obok zbudowano więc nowe. Na starych usuwane są pojedyncze przęsła, aby zatrzymać ruch tranzytowy

TramGOTMiasteczko na końcu tego łańcuszka wysp wygląda jakby było dekoracją do filmu Disney’a. Kolorowe ulice i tramwaje na niby (to autobusy miejskie). Ulice bajkowe. Domy, kościoły, sklepy, pawilony usługowe – wszystko w kolorach kredkowych. Było także muzeum, mojego ulubionego pisarza, Ernesta Hemingway’a, autora Pożegnań z bronią, Komu bije dzwon oraz opowiadań Śniegi Kilimandżaro i Stary człowiek i morze 

Nasz przewodnik zadbał o jeszcze jedną atrakcję: godzinny rejs w morze katamaranem ze szklanym dnem. Zapowiadała się szczególna atrakcja: rejs z widokiem na dno. Niestety, mimo że kapitan naszego glassboata starał się jak mógł, krążył po płyciznach, ale widać było jedynie piasek. Raz przepłynęła pod nami jakaś spłoszona mała rybka typu płotka. Największą dla mnie atrakcją Key West okazał się jednak stary samochód dostawczy. (niżej). W takich starociach widzi się prawdziwą Amerykę lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. To General Motors Truck. Nie wiem jedynie co to za firma MAC’S?

GlassboatGOT

15.04.2009 r., środa. Miami

Z historii: Na południe od Fort Lauderdale, aż końca zachodniego wybrzeża Florydy ciągnie się Gold Coast. To Złote Wybrzeże, podobnie jak leżące bardziej na północ Treasure Coast. Nazwy te powstały od tysięcy wraków, galeonów hiszpańskich i innych okrętów, które poszły tu na dno w XVII i XVIII wieku stały się wskutek silnych prądów, wiatrów i podwodnych skał. Nie tylko wypakowanych złotem, ale też wiozących wszelkie dobra z Europy do kolonii. Do dziś morze wyrzuca tu resztki zalegających na dnie skarbów.

Wyspa, na której dziś leży Miami Beach, była w kiedyś długim i wąskim półwyspem powstałym na rafie koralowej. Była znana wcześnie, ale uważano ją za bezwartościową. Od kontynentu oddzielona szeroką i płytką zatoką, nie była dobrym miejscem na jakikolwiek port. Na początku lat 1900-tych wyspę postanowił wykorzystywać John S. Collins, farmer z New Jersey. Próbował uprawiać owoce, warzywa oraz orzechy kokosowe. Planował ich dostarczanie do sklepów rozwijającego się na przeciwległym brzegu miasta Miami. Założono je wcześniej, jeszcze w 1846 roku, ale właśnie na początku XX w. miasto to przeżywało pierwszy boom, związany z otwarciem linii kolejowej niejakiego Henry Flagler’a, łączącej Miami ówczesną stolicą Florydy, St. Augustine. W 1911 roku Collins założył firmę Miami Beach Improvement. Był pierwszym, który oficjalnie użył nazwy Miami Beach. Flagler jednocześnie kupował za bezcen tereny na półwyspie.

Plantacje i ogrody okazały się inwestycją nietrafioną. Collins jednak był już wtedy właścicielem prawie całego obszaru vis-a-vis Miami. Dawny farmer stał się developerem i rozpoczął budowę czterokilometrowego drewnianego mostu łączącego Miami Beach z miastem Miami. W chwili rozpoczęcia budowy miał już 74 lata, ale nie myślał o odpoczynku, zwłaszcza, że zabrakło mu pieniędzy na dokończenie inwestycji.

W owym czasie pojawił się w Miami Carl Fisher z Indianapolis, znany businessman, czarodziej amerykańskiego automobilizmu sportowego z rozległymi kontaktami. Fisher miał pieniądze i cieszył się sławą pierwszego w historii kierowcy rajdowego. To on zbudował tor wyścigowy w Indianapolis i pierwsze amerykańskie autostrady. Podczas pobytu w Miami bajecznie bogaty Fisher spotkał się z Collins’em i zaproponował dofinansowanie dokończenie budowy mostu. Most ten otwarto z wielką pompą 12 czerwca 1913 roku. Przejechało po nim 145 rowerzystów i ponad 200 aut, które musiały jednak zawrócić z powrotem do Miami, ponieważ w Miami Beach nie było jeszcze wtedy żadnej drogi.

FloridaBridge2

Otwarcie pierwszego mostu między Miami a Miami Beach (fot. Florida Memory)

Podczas budowy mostu i pogłębiania płycizn zatoki okazało się, że na dnie jest wyłącznie piasek. Wydobywanym piaskiem zasypywano przybrzeżne bagna od strony lądu tworząc piękne plaże, pozbywając się przy okazji miliardów dokuczliwych komarów. Wkrótce więc zaczęły powstawać hotele, restauracje i domy wczasowe. Piasek wysypywano też na północ od mostu Collinsa. W ten sposób stworzono archipelag Wysp Weneckich – wiele mniejszych i większych wysepek, którym nadano fantazyjne, włoskie nazwy np. San Marco, San Marino, Rivo Alto. Wysepki te połączono w 1925 roku wieloma stalowymi mostami zwodzonymi i nowa droga do Miami Beach nazwana Venetian Causeway stała się faktem. Działki na tych sztucznych wysepkach do dziś są najdroższe na Florydzie. Nie ma już śladu po moście Collinsa, a nowa droga łącząca wysepki jest od wielu już dziesięcioleci wygodną drogą publiczną.

WyspyMiamiZdjęcie lotnicze sztucznych wysp między Miami a Miami Beach (fot. Google Maps)

Podczas dalszego pogłębiania zatoki usypano kolejne sztuczne wyspy, na których powstały najdroższe rezydencje bogaczy: Palm Island, Hibiscus Island, Star Island i kilka mniejszych wysepek. Na południe od nich powstała Dodge Island, największa sztuczna wyspa zatoki, na której zbudowano Port Miami oraz, nieco później, Cruise Terminal dla statków wycieczkowych. Nieco na północ od tej wyspy przeprowadzono też czteropasmową autostradę A1A łączącą centrum Miami z centrum Miami Beach.

Dziś ważnym zabytkiem Miami jest przepiękny, utrzymany w stylu Art déco basen Venetian Pool, jedyny basen w rejestrze miejsc historycznych USA. To przepiękna oaza, inspirowana architekturą śródziemnomorską, jest pomnikiem historii Miami. Są tu palmy, koralowe, formacje skalne, kapryśne wodospady i jaskinie do odkrycia. Basen Wenecki wybudowano w dawnym kamieniołomie i otwarto w 1924 r. Od początku był basenem publicznym. Wypełniany jest w lecie z podziemnych warstw wodonośnych. Bywa zamykany, (obecnie na przykład z powodu epidemii Covid-19. Niestety w czasie mojego pobytu basen ten był w gruntownym remoncie.

VenetianPool

Basen Wenecki. Po lewej – w remoncie. Po prawej (fot. wikipedia) już odnowiony

Poniżej mozaika obrazków z Miami. Od lewej z góry kolejno do prawej na dole:

Rząd górny: budynek poczty w stylu Art déco – Dade, prowadzący na Wyspy Weneckie główny bulwar Miami – wielopiętrowy „parking”  jachowy – ujście Miami River do zatoki Biscayne.

Rząd środkowy: solidna willa w Miami – Miami Biltmore Hotel – fotka z kolegą przecież z Miami University, na jego życzenie

Rząd dolny: Uniwersytet Wolfsonian – klub Golfowy – tablica pamiątkowa, o której niżej – słynny w świecie pomnik Holokaustu.

MiamiMozaika

Pokazany wyżej hotel sieci Biltmore w Coral Gables był pierwszym w Miami hotelem tej markowej sieci założonej przez Johna McEntee Bowmana i George’a Merricka. Jego wieża inspirowana jest katedrą w Sewilli. Coral Gables to najstarsza dzielnica Miami, leżąca na południe od centrum aglomeracji. Jego budowę ukończono w 1926 roku. Hotel ten stał się najwyższym budynkiem na Florydzie (96 m). Przechodził różne koleje losu. Podczas II Wojny Światowej był szpitalem na 1200 łóżek, a potem kampusem uniwersyteckim. Od 1988 r. jest znów luksusowym hotelem, często wykorzystywanym w filmach i TV, np. Bad Boys czy Miami Vice.

Dalej na południe leży pełna zieleni dzielnica Coconut Grove, z licznymi przystaniami i klubami żeglarskimi. Ciekawym drobiazgiem jest pokazana wyżej, w rzędzie trzecim, tabliczka pamiątkowa firmy Cocoanut Grove Public Utilities Company. Firma ta została założona w 1916 roku by zapewnić mieszkańcom usługi wodne i telefoniczne. Wodę, z odwiertów głębinowych dostarczały dwie pompy napędzane silnikami wysokoprężnymi. Centrala telefoniczna rozpoczęła działalność z zaledwie sześcioma abonentami, a w roku 1925 r. obsługiwała już 300 abonentów.

W Miami istnieje też diaspora kubańska, która stała się  liczna po rewolucji Fidela Castro w 1959 roku i obaleniu dyktatorskiego rządu Fulgencio Batisty. Wówczas Kubę opuściło prawie 300 tys. obywateli, w tym głównie ludzie związani z obalonym reżimem. Dzielnica kubańskich emigrantów przy 8 ulicy, zwanej też Calle Ocho, to jedno z najbardziej znanych i kolorowych miejsc Miami. Murale na domach i murach, sklepiki z pamiątkami, a od czasu do czasu pianie koguta. Kubańczycy przesiadują w kafejkach, grając w domino, warcaby czy szachy. W powietrzu unosi się zapach cygar. Czuje się kubańską atmosferę tej urokliwej dzielnicy.

LttleHavana

Na koniec w ramach wycieczki opłynęliśmy stateczkiem wszystkie Wyspy Weneckie, by móc z bliska obejrzeć letnie domy miliarderów świata. Ja wybrałem sobie na drugie życie ten poniżej. Uważam, że jest bardzo skromny, a jednocześnie gustowny. Ma nawet wieżyczkę do oglądania wschodów i zachodów słońca.

Lodka

16.04.2009 r., Czwartek. Everglades

Kolejną wycieczką wykupioną w internecie jeszcze przed wyjazdem była wyprawa na bagna Everglades, olbrzymi obszar bagnisto-namorzynowy, zajmujący południowo-zachodni kraniec półwyspu. To królestwo dzikiej przyrody, a zwłaszcza aligatorów.

Everglades

Pod hotel o godz. 9 rano podjechał po nas samochód agencji turystycznej z kierowcą. Jak się okazało była to miła pani około czterdziestki w prywatnym samochodzie z typowym rodzinnym bałaganem. Właśnie odwiozła swoje dzieci do szkoły i przyjechała po nas. Taka jest jej praca – kobieta domowa dorabia, w wolnym czasie wożąc turystów jako dyspozycyjny kierowca agencji turystycznej. Miała też przyjechać po nas za kilka godzin po programie zwiedzania. Po ponad godzinie jazdy dotarliśmy. Otrzymany prospekt pokazywał planik obiektu, z portem łodzi śmigłowych i innymi atrakcjami

GatorPark

AligatorFarmPo krótkim oczekiwaniu na pomoście nadjechała nasza airboat, czyli połączenie polskiej tratwy typu Dunajec z samolotem. Była to wielka płaskodenna, prostokątna wanna z kilkoma drewnianymi ławkami i ustawionym na tyle silnikiem lotniczym, który napędzał wielkie 2-metrowe śmigło obudowane siatką. Pojazd był strasznie głośny. Poruszał się po wodzie, łanach trzciny i bagnach, ale cholerny hałas silnika i śmigła odstraszał wszystko co żyło w pobliżu. Były jednak momenty, kiedy nasz kapitan o wyglądzie karaibskiego pirata zatrzymywał ten pojazd, by w ciszy kontemplować przyrodę. Potem jednak ogarniał go szał i zamieniał krypę w ślizgacz, pędząc z rykiem po bagnach oraz biorąc szybkie i groźne wiraże. Kapitanowie innych airboatów robili to samo, a mijanki takich oszalałych bolidów budziły tyle samo strachu co radości, że jeszcze żyjemy.

AirBoat

To była chyba była zaplanowana przez gospodarzy procedura neutralizująca, by po wyjściu na pomost turyści mieli już za sobą tyle przeżyć ekstremalnych, że ciesząc się z uratowania życia spokojnie zwiedzali dość nudny obiekt startowy: małe krokodylki, węże, ptaszyska i inne dyrdymały.

Każdy mógł na przykład dostać we własne ręce małego aligatorka, zabezpieczonego opaską na pysku. Ja też wziąłem takiego gada do zdjęcia, bo był podobny do jednego z moich kolegów. Ot, fotka z przyjacielem.

JaKrokodylCien

Na parkingu czekała już nasza poranna hostessa i wróciliśmy do hotelu. Ale nie na długo. Jeszcze tego samego dnia trzeba było wynająć samochód na następny dzień, w którym zaplanowałem wizytę w ośrodku kosmicznym na Cape Canaveral.

17.04.2009 r., piątek, Kennedy Space Center

Kolejną wycieczką wykupioną w internecie jeszcze przed wyjazdem z Polski była wyprawa do Centrum Kosmicznego na przylądku Canaveral. Była to wycieczka samochodem, po to wynajętym. Karty wstępu zostały zakupione również w Polsce, przez Internet.

Centrum Kosmiczne na Florydzie oferuje zwiedzanie swojego muzeum, dużego budynku, w którym mieści się na leżąco i z zapasem największa amerykańska rakieta Saturn 5 o długości 111 i  średnicy 10 m, oraz tzw. kompleksu startowego nr 39, czyli miejsca gdzie kompletuje się rakiety i promy kosmiczne oraz strzela je w niebo z platform startowych. Bilety więc były dwa.

Najpierw zawieziono nas autokarem NASA z bramy wejściowej daleko na nadmorskie mokradła, gdzie z ażurowej wieży widokowej można było oglądać przez lunety jedną z platform startowych. Stał na niej kolejny space shuttle przygotowywany do wystrzelenia w kosmos. Był to Atlantis, który miał w maju 2009 r. polecieć z misją modernizacji i konserwacji teleskopu Hubble’a.

CapeCanaveraShuttle

Bilety, które zakupiłem 3 miesiace przed podróżą i przesłano mi je mailem. Ten pierwszy można kupić w kasie na miejscu od ręki, ten drugi musi być zamawiany najpóźniej miesiąc przed podróżą, aby służby miały czas na sprawdzenie kandydata na gościa. Niżej: na bramie wjazdowej z plakietką special guest (nazwano tak mnie po raz pierwszy i ostatni w życiu, a kosztowało zaledwie 100 USD) oraz na platformie widokowej.

NasaPlytki

Pawilon wystawowy. Od lewej: Zwiedzanie rakiety Saturn 5 polega na łażeniu pod nią. Tu parę osób pod dyszą o średnicy 4 m. Jest ich pięć. En face z promem Space Shuttle. Przestrzeń ładunkowa tego promu z załadowanym sztucznym satelitą Ziemi firmy Hughes. Powierzchnia promu, który wrócił z kosmosu. Widać nadpalone płytki poszycia ceramicznego na minimalnie wystających krawędziach

Dla mnie nie była to zwykła przygoda. Technologiami przestrzeni interesuję się od dawna. W planie podróży mieliśmy jeszcze jedno podobne miejsce – Smithsonian Museum aero- i kosmonautyki w Waszyngtonie.

Jeszcze wieczorem rzut oka na życie nocne Miami. Był to przecież już weekend! Pojechaliśmy tam by w pełni wykorzystać wynajęty samochód (KIA Sportage, po lewej) . Było co oglądać, miasto kipiało.

NocneMiami

18.04.2009 r., sobota

Ostatni dzień pobytu w Miami został wykorzystany na  samochodowy objazd okolic miasta i zwrot samochodu. Na Virginia Key zobaczyliśmy nawet chrzest jednej z mniejszości religijnych, licznej w USA. Jutro zaczyna się rejs na Morze Karaibskie i Pacyfik.

Chrzest

19.04.2009 r., niedziela. Początek rejsu wokół Ameryki

By liznąć naraz wszystkie trzy Ameryki cały wyjazd oparliśmy na rejsie wycieczkowym statku Norwegian Pearl. To prawie dwa tygodnie 5-gwiazdkowych noclegów, luksusowego wyżywienia a także morskich wschodów i zachodów. Nieporównywalnie tanio do drogi lądowej.

WyplywamyNajpierw wchodzimy do baru, to daje czas na przygotowanie kabin. Statek już płynie.

KabinaMorze

Około 14-tej kabina jest już gotowa, a obok drzwi stoją nasze bagaże. Teraz trzeba się zadomowić, wziąć prysznic i odpocząć. Potem wizyta na pokładzie aby spojrzeć na ocean. Potem na górę, zobaczyć pokład słoneczny…

PokladSloneczny

…i zwiedzić statek w dół. Jest tam co oglądać. To całe miasto. Jednocześnie płynie nim kilka tysięcy ludzi. Są tu urządzenia sportowe, sala widowiskowa na kilkaset widzów, sklepy, bary, całe piętro hazardu i wiele innych atrakcji, m. in. przynajmniej dwie wielkie restauracje, które mają nas karmić. Za darmo, w cenie rejsu.

Restauracja

Mimo tych luksusów rejsy takie są tanie w porównaniu z normalnym podróżowaniem. Gdyby spróbować odbyć 10-dniową podróż samochodem z Miami, przez USA, kraje Amerykę Środkową, do Los Angeles, byłoby to, licząc z hotelami, restauracjami i paliwem wielokrotnie droższe.

20, 21, 22.04.2009 r., środa. Cartagena de Indias, Kolumbia

Dlatego wybrałem rejs wycieczkowy z Miami do Los Angeles, by liznąć naraz wszystkie trzy Ameryki. Etap pierwszy – Kolumbia. Przez trzy noce i dwa dni statek nasz płynął przez Morze Karaibskie do jej drugiego miasta po stolicy, Bogocie.

WidokNaMiastoZSanFelipede

Castelo de San Felipe de Barajas góruje nad Cartageną. Cumowaliśmy w miejscu, które wskazuje kotwica. Czerwony punkt, to własnie twierdza de San Felipe

Stara warownia  Castelo de San Felipe de Barajas widoczna była daleko z morza. To fort zbudowany przez Hiszpanów w 1647 roku. W 1741 fort ten obronił się w czasie oblężenia Cartageny przez Anglików. Przez ponad stulecie był niewielki, jednak upadek Hawany w 1762 roku obudził obawy. Twierdzę zmodernizowano i przekształcono w potężną budowlę, która do dziś góruje nad miastem.

W 1533 r. Cartagena stała się głównym portem wymiany towarowej Hiszpanii i jej zamorskim imperium. W czasach kolonialnych był to kluczowy port eksportu peruwiańskiego i importu zniewolonych Afrykanów. To prawie milionowe miasto jest piątym co do wielkości miastem w Kolumbii, ale jedynym ważnym portem. Obszar miejski Cartagena jest piątym co do wielkości obszarem miejskim w kraju. Działalność gospodarcza obejmuje przemysł morski i petrochemiczny , a także turystykę.

Rynek

Plac Św. Piotra Clavera przed jego kościołem parafialnym. W oddali Katedra

W hiszpańskim okresie kolonialnym Cartagena pełniła kluczową rolę w administracji i ekspansji hiszpańskiego imperium .Wiele obiektów w tym mieście nazwano imieniem Piotra Clavera (1580–1654). Był to jezuita, przybyły z Hiszpanii misjonarz, opiekun niewolników i apostoł Murzynów amerykańskich. Został świętym kościoła katolickiego.

Cartagena jest urokliwym miastem, choć jego stare miasto nie jest wielkie.

 

Koszary

Osobliwością Cartageny są Las Bóvedas, czyli krypty w poszerzonych nadmorskich murach obronnych między fortami Santa Clara i Santa Catalina, zbudowane w latach 1789-1795. Obecnie w celach tych są sklepy, butiki i inne firmy. Dawniej bywały wykorzystywane przez Koronę Hiszpańską i inne rządy jako więzienie

Mozaika

Widoki kolonialnej i tradycyjnej dzielnicy Getsemaní. Kiedyś była to dzielnica charakteryzująca się przestępczością narkotykową. Obecnie jest butikiem miasta. Bocagrande (zdjęcie ostatnie) to dzielnica nowoczesnych hoteli, restauracji i klubów

23.04.2009 r., czwartek. Kanał Panamski

Statek nasz wyszedł w morze z Kartagenyjeszcze wieczorem, by móc wejść ranodo awanportu Kanału Panamskiego, którego przejście jest wielką atrakcją dla pasażerów.  apłynąć doEtap pierwszy – Kolumbia. Przez trzy noce i dwa dni statek nasz płynął przez Morze Karaibskie do jej drugiego miasta po stolicy, Bogocie.

 

KanalMapa

Kanał Panamski. Mapka. Widok na śluzy Miraflores. Przekrój kanału (fot. internet)

Statek nasz wyszedł w morze z Kartageny jeszcze wieczorem, by móc wejść rano do awanportu Kanału Panamskiego, którego przejście jest wielką atrakcją dla pasażerów. Jest to budowla wodna wielka i o ciekawej historii. W erze nowożytnej kanał ten zaczynał budować twórca Kanału Sueskiego, ale zbankrutował. Później była ciekawa historia z oderwaniem części Kolumbii i stworzeniem nowego państwa, satelity USA. Obecnie Panama jest niepodległym państwem, ale strefę kanału wydzielono i zainstalowana tam na wszelki wypadek wojsko.

1komplet

Awanport od strony atlantyckiej. Lokomotywki przeciągające statki już czekają. Wycieczkowiec w śluzie. Pasażerowie śledzą przejście, w perspektywie druga śluza. Lokomotywki jeżdżą w górę i w dół miedzy śluzami dzięki fragmentom toru zębatego.

Wzdłuż zespołu śluzowego statki przeciągane są zwykle 6-cioma lokomotywkami, po 3 na każdej burcie. Większe muszą jeszcze wspomagać się silnikiem i, w poprzek, sterami strumieniowymi. Przez jezioro Gatun tor jest pogłębiony i precyzyjnie znakowany.

2Komplet

Druga część kanału jest wykopana przez niskie wzniesienia

3Komplet

Od strony Pacyfiku kanał zamykają trzy śluzy, w układzie 1 + 2. Na ostatniej jest taras widokowy dla gapiów. Przejście trwa cały dzień

Po wypłynięciu na Pacyfik, największy i najgłębszy zbiornik wodny na świecie, zrozumiałem dlaczego nazywa się spokojny. Przez wiele mil płyneliśmy lustrzanie gładką taflą wody.

24, 25.04.2009 r., sobota. Kostaryka

 

Linia

Od dziecka wiedziałem, że taki kraj istnieje, bo zbierałem znaczki pocztowe. Wymieniało się na przykład dwie kostaryki za jedną gujanę i tyle. Potem z geografii w szkole dowiedzieliśmy więcej. Choćby to, że Kostaryka jest krajem, który ma wszystko: dwa oceany, góry niskie i wysokie, wulkany, jeziora, potoki i rzeki oraz niezwykłe bogactwo flory i fauny, a jej nazwa – Costa Rica – to po polsku bogate wybrzeże. Jest to jeden z najpiękniejszych z krajów Nowego Świata. A na dodatek wywalczył  niepodległość prawie 100 lat wcześniej niż my.

Od 1839 r. jest niezależną republiką. Od 1871 r. – konstytucyjną.przyjęta została konstytucja Kostaryki, która była później kilkakrotnie poprawiana. Jeszcze w XIX wieku wprowadzono reformy liberalne w dziedzinie prawa i edukacji. W pierwszej połowie XX wieku sytuacja polityczna kraju się ustabilizowała. Jednak po I Wojnie Światowej Wielki Kryzys dotarł i tu. Aż do lat 1940-tych trwał okres rywalizacji konserwatyzmu katolickiego i ruchów lewicowych.

Po 1940 roku przeprowadzono reformy społeczne i gospodarcze. Wprowadzono wówczas reformę rolną i system ubezpieczeń socjalnych. Reformy te rozwijał kostarykański polityk Teodoro Picado Michalski (jego matka to nasza rodaczka, lekarka z Radomska). W 1946 roku Michalski stworzył Narodowy Instytut Geograficzny oraz niezawisły Trybunał Wyborczy. Także prawicowi następcy zachowali demokrację, nawet z zabarwieniem społecznym. Rozwiązano armię, utrzymując jedynie paramilitarną policję. Nadano prawa wyborcze kobietom i nielicznej mniejszości murzyńskiej, wszystkim zapewniono edukację, upaństwowiono banki. Po krótkotrwałej sympatii do bloku socjalistycznego po latach 80-tych ubiegłego stulecia trwa w Kostaryce okres zgody narodowej i współpracy z demokracjami Zachodu. Stolicą Kostaryki jest San Jose, leżące w środku kraju miasto wielkości Białegostoku lub Lublina. Zadbane, niewielkie, o hiszpańskim charakterze.

 

Kostaryka2

Wulkany w Kostaryce są malownicze, niektóre mruczą. Demonstracja związkowa. Teatr narodowy w San Jose (fot. internet)

Nasz pobyt trwał tylko jeden dzień. Jak można było go wykorzystać? Wybraliśmy z pozoru idiotyczną wycieczkę, na muzyczno-taneczny występ dzieci w parku miejskim małego miasteczka Esparza, założonego w 1574 r., jako drugie w historii Kostaryki. Najstarszym było Cartago, pierwotna stolica założona nieco wcześniej, w 1562 r., blisko obecnej, nieistniejącej jeszcze wówczas stolicy – San Jose.

RejsEsparza

1,5-dobowe przejście statku z Kartageny do Kostaryki, przez Kanał Panamski. Niżej: nasz wycieczkowiec w Puntarenas, ulica i bardzo dobrze zachowany kościół w miasteczku, jeszcze z czasów konkwisty, jeden z jego konfesjonałów

Okazało, nie był to głupi pomysł naszej linii wycieczkowej, choć na to się zanosiło. W niewielkim parku miejskim niewielkiego miasteczka, przy malutkiej okrągłej altance zgromadzono liczną młodzież dziecięcą z lokalnego zespołu tanecznego. Dzieci śpiewały i tańczyły w pięknych barwnych kostiumach. Panował nastrój wczesnego społeczeństwa socjalistycznego. Występ był spontaniczny i naturalny.

Na obywatelach USA, a było ich tu z naszego statku kilkuset, ten prowincjonalny, znany nam dobrze z PRL-u pokaz zrobił piorunujące wrażenie. Wiemy wszyscy, że hiszpańska kultura jest gorąca i barwna, ale tu było dodatkowo radośnie i prawdziwie. Nasi współpasażerowie, starsze, nieufne  i ociężałe towarzystwo pobiznesowe – oszalało. Biegali wśród dzieci z kamerami i komórkami prezentując zaskakującą energię. Włączali się nawet do tanecznych łańcuchów, wciskając datki gdzie tylko się dało.

 

Pokaz

Wielokrotnie potem opowiadali na statku tym, którzy np. pojechali oglądać wulkany, że było to największe przeżycie z całego rejsu, a nawet wszystkich ich rejsów

Wracając z wycieczki można było zobaczyć jeszcze inne światy Kostaryki. Opowiadał o nich pilot. Nastroje w autokarze były szampańskie,a bez szampana.

Droga

Sympatyczny pilot. Typowy market lokalnej sieci Megasuper. Naprzeciw supermarketu liczne stragany z konkurencyjnymi towarami. Warto zwrócić uwagę na sprzedawcę, wyglądał i mówił jak wysoko wykształcony europejski Hiszpan. Po prawej liczna w Kostaryce małpa, kapucynka – fot. polarsteps.com/ToriRobinson. Kojarzy się ze wiekową gwiazdą filmową Hollywood.

26, 27.04.2009 r., poniedziałek. Puerto Quetzal, Gwatemala

Następny kraj na trasie to Gwatemala. Statek cumuje w Puerto Quetzal. Jest to port morski stolicy Gwatemali. Antigua Guatemala, poprzednia stolica położona jest na wysokości 1530 m n.p.m., w górzystym regionie środkowej Gwatemali. Nad miastem górują trzy wulkany, w tym jeden aktywny. Na południe od miasta wznosi się Volcán de Agua („wulkan wody”, wysokość 3766 m n.p.m.), którego krater zajmowało niegdyś jezioro kraterowe. Na zachód od miasta znajdują się dwa szczyty: wygasły wulkan Acatenango, 3976 m n.p.m., oraz ciągle aktywny Volcán de Fuego („wulkan ognia”, 3763 m n.p.m.), który charakteryzuje się stałą, aczkolwiek niezbyt intensywną aktywnością wulkaniczną (wydobywają się głównie dymy, rzadko obserwować można wypływy lawy).

Gwatemala

Dwa miejsca Gwatemali: Puerto Quetzal, port gdzie cumują wycieczkowce i Antiqua, z widokiem na Volcán de Fuego (fot. Norwegian Cruises)

Miasto Antigua zostało założone w marcu 1543 roku jako stolica hiszpańskich posiadłości kolonialnych w Ameryce Środkowej. Konkwistadorzy nadali mu wówczas nazwę La Muy Noble y Muy Leal Ciudad de Santiago de los Caballeros de Guatemala, czyli Najbardziej Zaszczytne i Najwierniejsze Miasto Świętego Jakuba od Rycerzy Gwatemali. Największy rozwoju miasta nastąpił w drugiej połowie XVIII wieku. Zamieszkiwało je wówczas ponad 60 tys. osób.

Ant

W 1773 roku miasto nawiedziły dwa silne trzęsienia ziemi, które doprowadziły do poważnych zniszczeń. Zburzonych zostało ok. 30 barokowych kościołów, w większości nigdy nie odbudowanych. Stolicę, nazwaną tak jak całe państwo, odbudowano w nowym, bezpieczniejszym miejscu. Świadectwem tragedii jaka nawiedziła miasto pod koniec XVIII wieku są ruiny licznych kościołów. W roku 1776 nakazano całkowite opuszczenie zniszczonej stolicy. Wielu ludzi jednak pozostało. Miasto podniosło się ze zniszczeń, ale nigdy powróciło do świetności. Dla odróżnienia nadano mu nazwę Antigua Guatemala, czyli stara Gwatemala. Antigua zostało wpisana na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Antigua

Obrazki z Gwatemali: piękne ornamenty ocalałych kościołów, witryny sklepów z pamiątkami, starannie ubrane dzieci szkolne, zaniepokojone napotkaniem cudzoziemca szukającego drogi, małżeństwo Majów na ulicy, mały hotel w mieście.

Gwatemalczycy to stosunkowo młodzi ludzie (40% ludności ma poniżej lat 14). Potomkowie Europejczyków oraz Latynosi stanowią około 60%, reszta to Majowie. Gospodarka kraju opiera się na eksporcie kawy, bananów, cukru i bawełny do USA, Salwadoru Meksyku i Hondurasu. W czasach prekolumbijskich teren Gwatemali zamieszkiwali Indianie związani z kulturą Majów. W 1523 roku tereny dzisiejszej Gwatemali zostały podbite przez hiszpańskich konkwistadorów. W 1839 proklamowano niepodległą republikę. Natychmiast kraj ogarnęły konflikty między liberałami a konserwatystami. Życie publiczne zostało zmilitaryzowane, rządy przejęła oligarchia wojskowa. 20 października 1944 roku w Gwatemali wybuchła lewicowa rewolta, której rząd wojskowy zorganizował pierwsze wolne i demokratyczne wybory prezydenckie. W 1954 roku, w drodze zamachu stanu popieranego przez USA i zorganizowanego przy udziale CIA, junta wojskowa przerwała reformy. Kolejne rządy wojskowe trwały do lat 80-tych.

Obecnie sprawuje władzę koalicja centrowa Wielki Sojusz Narodowy. który zredukował armię i wypłacił odszkodowania ofiarom wojskowych prześladowań. Gospodarka kraju opiera się na eksporcie kawy, bananów, cukru i bawełny do USA, Salwadoru Meksyku i Hondurasu.

28.04.2009 r., wtorek. Huatulco, Meksyk

Po całonocnej podróży obudziliśmy się w bajkowym krajobrazie portu Huatulco w Meksyku. Jest tu awanport dla wycieczkowców, w którym stają one jak w kokonie, oraz w głębi port sportowo-rybacki. W pobliżu, po obu stronach zatoki brzegi są skaliste, bogate w zatoczki a nawet syfony, otwarte jedynie na górze. Jak się okaże, był to istotny element naszego tu pobytu.

Huatulco

Port Huatulco w Meksyku. Niżej port jachtowy i skaliste wybrzeże Pacyfiku

Nasz statek miał planowo zawinąć do dwóch meksykańskich portów. Właśnie do  niewielkiego rekreacyjnego Huatulco, oraz do Acapulco, dużego meksykańskiego miasta i międzynarodowego kurortu. Dla nas, młodych w czasach PRL-u, symbolu czegoś nieosiągalnego, niemal bajkowego. Śpiewał przecież Jan Kaczmarek z Elity – nie odlecimy do ciepłych krajów, choćby nad Nil lub do Acapulco…

Czekaliśmy na to Acapulco może nawet trzydzieści lat. a gdy mieliśmy być tam nazajutrz (miał to być port następny) ogłoszono nam, że w Meksyku szaleje świńska grypa i nie zawiniemy ani do Acapulco ani na Cabo San Lucas. To po polsku przylądek Świętego Łukasza, choć raczej jest diabelski. To koniuszek półwyspu Kalifornijskiego, który cały, razem z Zatoką Kalifornijską należy do Meksyku. Nie ma nic wspólnego z USA.

CabSanLukas

Przylądek Świętego Łukasza. Mało przyjazny. Mieliśmy obok pływać łodzią pół-podwodną…

Wracam do rzeczywistości, czyli do Huatulco. Tu także mieliśmy zaplanowane atrakcje, a mianowicie płytkie nurkowanie z rurką, czyli snorkeling. Mając twarz w wodzie można niby podziwiać życie w wodzie i na dnie. Mnie tylko męczyło pytanie – po co?

Małżonka natychmiast poleciała za tym żółtym skarlałym instruktorem w odmęty i znikła gdzieś w skałach. Podobno z kilkoma takimi samymi, ale nieco grubszymi ryzykantkami zostali przeprowadzeni syfonem do zamkniętej pieczary, skąd mieli piękny widok, ale tylko na niebo (podobno to samo widzi człowiek, który umiera).

KejaM

Trochę czasu trwało, zanim się odpowiednio ubrałem. Dziwacznie, ale trudno. Gdy wszedłem po pas do oceanu i spojrzałem na dno zobaczyłem śledzące mnie oko potwora. To murena. Ludzi nie je, ale dzieci to już chyba tak. Spieprzałem na brzeg w podskokach. By odzyskać równowagę psychiczną wypiłem pośpiesznie dwie tequile w plażowej knajpie i poszedłem ochłonąć w góry. Na kei nadal grała powitalna orkiestra.   

KejaW

Wieczorem ruszyliśmy z Meksykańskich Stanów Zjednoczonych do San Diego leżącego w lekceważących świńską grypę Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej. Minęliśmy z daleka Acapulco i z bliska skały Cabo San Lukas.

29, 30.04, 1, 2.05.2009 r., sobota. San Diego, USA

Nie mieliśmy tu zawijać. Miasto to pokazano nam zamiast utraconych poprzednich dwóch portów meksykańskich, nieodżałowanego Acapulco i San Lucas na przylądku jego tego imienia. Po trzech nocach żeglugi, 2 maja rano zacumowaliśmy w San Diego. Miasto to leży tuż przy granicy z Meksykiem, ale już w USA, gdzie świńskiej grypy oficjalnie nie było.

SanDiegoDworzec kolejowy i autobusowy Santa Fe w hiszpańskim stylu Colonial Revival. W skrzydle mieści się Muzeum Sztuki Współczesnej. Ulica miasta. Wyjazd mieszkańca San Diego na działkę.

Orka oceaniczna (też orka, miecznik) to największy ssak z rodziny delfinowatych, z rzędu waleni, potocznie zwanych wielorybami. Ich długość dochodzi do 10 m, waga do 9 ton, a wodzie mogą pływać z nawet 60 km/h. Występują we wszystkich oceanach i większych morzach, a żyją do 90 lat. Orki są uważane za najbardziej społeczne walenie. Żyją w stadach 5-40 osobników z kilku pokoleń. a każde stado ma własny styl komunikowania, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Orki wykazują podobne cechy osobowości, co ludzie i szympansy, na przykład skłonność do zabawy, wesołość czy uczuciowość. Dlatego też są atrakcją w parkach wodnych, a jednym z najbardziej znanych jest SeaWorld w San Diego. Nic więc dziwnego, że w trakcie nieplanowanego pobytu w San Diego, szefowie naszego rejsu zaproponowali nam tę właśnie atrakcję.

Już zaraz za bramą było widać foczki. Zarówno w alejkach, jak i na estradzie.

FoczkiWejscioweAtrakcyjne foczki w Seaworld w San Diego. Podgląda zafascynowany dzieciak

Mix

Atrakcji było co niemiara. Jedna foczka stała na orce, druga ją karmiła. inna wyszła nawet z wody, by mnie zobaczyć, a jeszcze inna spała znudzona na kamieniu. Na pozostałym zdjęciu widać oznaczenie (soak zone), że pierwsze pięć rzędów widowni jest zachlapywane przez baraszkujące orki. Robią to specjalnie, bo tak zwykle bawią się na morzu – nie są tresowane. Jak wielu, i ja to zlekceważyłem. Wyszedłem mokry…

3.05.2009 r., niedziela. Los Angeles–Pismo Beach

W Los Angeles statek zacumował o 8 rano. Wysypało się tysiące ludzi. Na postoju taxi kilometrowa kolejka. Okazało się jednak, że również w USA potrafią kopiować socjalistyczne wzorce – taksiarze brali wszystkich jak leci parami, które płaciły osobno. W ciągu godziny byliśmy już w zaplanowanej wypożyczalni i obejmowaliśmy zarezerwowany i opłacony jeszcze w kraju samochód.

MapaCaliforniaKor

 

DoSanFrancisco

Pierwszy etap do San Francisco. Planujemy zobaczyć urwiska Pismo Beach

TheCliffs

Docieramy na wybrzeże Pacyfiku. Nie można położyć się bez spaceru na klifie Pacyfiku

4.05.2009 r., poniedziałek. Pismo Beach–San Francisco

 

CliffsRanoDopiero rano można było się rozejrzeć po okolicy hotelu. Wspaniały klif i dno odpływu

Po drodze do San Francisco na chwilę do Monterey. Nazwa ta wydawała się znajoma, bo kojarzyła się ze Szwajcarią (festiwal w Montreux) lub Francją (Montereau nad Yonne). Niestety miasteczko to okazało się brudnym i nieciekawym portem rybackim. Zaraz po wyjeździe na poboczu stał dziwny dzwon.

Monterey

Monterey, z braku czasu tylko na molo. Restauracja dla nielicznych turystów, Na barierce pomostu poobijany cynkowane wiaderka na zabawnym łańcuszku, zabezpieczony kłódeczką. Więc i tu kradną. Dzwon-drogowskaz przy autostradzie

Dzwony misji można zobaczyć przy wielu drogach w całej Kalifornii. Istnieją od początku XX wieku. Oznakowano nimi 700-milową drogę pieszą i konną o nazwie El Camino Real, z San Diego do Sonoma, która łączyła niegdyś 21 misji katolickich założonych przez ojca Junipero Serra. Te miniaturowe żeliwne dzwony były wzorowane na większych, wiszących w kościele Old Plaza Church, w centrum Los Angeles. Z założenia były oddalone od siebie o około jeden dzień konnej jazdy. Zostały zawieszone na 11-metrowych, również żeliwnych słupach o kształcie laski misyjnej. Pierwszy taki „drogowskaz” został zainstalowany w 1906 roku, właśnie przy kościele Old Plaza Church.

DrogaFrisco

W pobliżu San Francisco zaczyna droga prowadzi 12-pasową autostradą. Nie ma żadnego problemu jazdą, bo w ramach przygotowań do podróży, jeszcze w kraju kupiłem nawigację samochodową z dokładną mapą drogowa USA, która prowadziła mnie po polsku, głosem Hołowczyca. Po południu byliśmy już w zarezerwowanym hotelu, w samy centrum miasta, przy przystanku tramwaju linowego. Nie trzeba było szukać parkingu. Recepcjonista hotelu poprosił o kluczyki i odprowadził samochód gdzieś na hotelowy parking.

5.05.2009 r., wtorek. San Francisco

Od rana oczywiście jazda tramwajem linowym (ang. cable car). Albo z góry, albo pod górę, zawsze na stopniu. Jak dzieci. Tramwaj musi być linowy, bo nachylenie ulic sięga 30 stopni i tarcie kół o szyny już nie wystarcza do jazdy.

Wagony nie mają własnego napędu. Korzystają z liny napędowej ukrytej w szparze jezdni, miedzy torami. Każda linia ma swoją linę, która tworzy pętlę i jest w ciągłym biegu, a w ruch wprawia ją wielka maszynownia w mieście. Gdy trzeba jechać prowadzący wagon tramwajarz – bo przecież nie motorniczy –  doczepia się do tej podziemnej liny za pomocą długiej dźwigni z potężną szczęką. Gdy tramwaj ma stanąć na przystanku – to tramwajarz zwalnia uścisk szczęki na linie. Cable Car zatrzymuje się tylko na płaskich skrzyżowaniach, bo na pochyłości mógłby się nie utrzymać swoim słabym hamulcem. Na końcu każdej trasy są obrotnice, na których obsługa obraca wagon o 180 stopni popychając go tyłkiem.

CableCar1183Wszystko działa od 1873 r. Do dziś funkcjonują trzy linie, przewożące 7 mln pasażerów rocznie. Tramwaje linowe San Francisco są zabytkiem narodowym (fot. internet)

Dla mnie jednym z głównych celem całej podróży do USA była tzw. Krzemowa Dolina. To południowy bagnisty kraniec Zatoki San Francisco, w którym narodziła się i rozwinęła światowa elektronika.  Elektronika właśnie, ściślej radiotechnika, a nie półprzewodniki, na co wskazuje później wymyślona nazwa. Nie półprzewodniki i nie technika cyfrowa czy komputery. To wszystko pojawiło się dopiero po II Wojnie Światowej.

Zarodkiem był uniwersytet Stanforda. Jego młodzi absolwenci chcieli zakładać firmy, a podmokła ziemia była, tam na końcu Zatoki, tania. Tu na przykład, w 1938 roku dwaj absolwenci Bill Hewlett i Dave Packard, mając 538 $ zbudowali drewniany garaż 3,5 na 5,5 m i  stworzyli w nim własną firmę Hewlett-Packard (HP). Ich pierwszym produktem był generator akustyczny, a pierwszym klientem Walt Disney z Los Angeles. W 1965 roku, gdy HP był już gigantem jeszcze analogowej techniki pomiarowej ja byłem studentem. Otrzymywałem od tej firmy pocztą regularnie i bezpłatnie Hewlett-Packard Journal. Pismo to było wówczas jednym z podręczników inżyniera elektronika. Krzemowa Dolina zaś do dziś jest technologicznym pępkiem świata. Redwood City, Menlo Park, Mountain View, Sunny Vale, Santa Clara czy San Jose to miejsca znane dziś chyba każdemu.

KrzemowaDolinaW wielu miejscach postawiłem nogę. Przede wszystkim w Google i HP. Wędrując między firmami Doliny, musiałem jednak się posilić. Znalazłem tylko bar z burito. Jedzenie okropne, ale być może obok gazów w jelitach, budzi mózg…   

Objazd Zatoki. Najpierw, na stromym podjeździe w centrum zgasł mi silnik. Stromo. Ruszyłem z jedynki z hamulcem by nie zjechać dupą. Jazda z centrum do Fisherman’s Wharf przypomniała mi jazdę Bullitta czyli Steve McQueena. Tu było równie mocno.

Objazd

Z centrum miasta widać słynną wyspę i więzienie Alcatraz. Siedział w nim miedzy innymi Al Capone. Dalej: port jachtowy, widok Alcatraz z wody, tablica w Berkeley. Tu doprowadziła mnie nawigacja, uniwersytetu nie znalazła. Po prawej widok na San Francisco ze sztucznie usypanej Wyspy Skarbów (Treasure Island), na Bay Bridge – most łączący San Francisco i Oakland

Słynny most Golden Gate Bridge łączy San Francisco z północną Kalifornią oraz odległym Oregon. Jego budowa trwała 4 lata (1933-1937). Jest powszechnie ceniony na świecie za lekką i prostą konstrukcję. Jego twórcy to Joseph Strauss (konstrukcja i projekt) oraz Irving Morrow (wzornictwo). Most ma długość 2737 m (najdłuższy na świecie do 1959 roku) i szerokość prawie 28 m. Został oddany do użytku w kwietniu 1937 roku. Do tej pory jest uznawany za wybitne osiągnięcie inżynierskie. Do dziś jest też najbardziej znanym mostem świata.

MglaBridge

Most Golden Gate widziany od strony północnej. Tuman mgły jest charakterystyczny dla Kalifornii. Ta gęsta mgła o niewielkiej grubości przychodzi z Pacyfiku. W oddali widać szczyt drugiego pylonu, a za mgłą wysokie budynki San Francisco (fot. internet)

 Każda z lin, na których wiszą przęsła, ma 93 centymetry średnicy i składa się z ponad 27 tysięcy oddzielnych drutów stalowych. Od samego początku przęsła i podpory malowane są na kolor tzw. międzynarodowy pomarańczowy, dzięki czemu są lepiej widoczne we mgle. Konstrukcja wytrzymała wiele trzęsień ziemi. Przetrwała również trzęsienie ziemi z 1989 o magnitudzie wyższej od 7. Most zamknięto dla ruchu w czasie jego istnienia tylko trzykrotnie. Z powodu bardzo silnych wiatrów.

GoldenBridgeNoc

Przy bezchmurnej pogodzie wygląda najlepiej. (fot. internet)

6.05.2009 r., środa. San Francisco–Los Angeles

Powrót autostradą międzystanową nr 5 był szybki i nudny. 620 km w 6 godzin

 

droga

7, 8.05.2009 r., czwartek i piątek. Los Angeles

Los Angeles – najludniejsze miasto amerykańskiego stanu Kalifornia (ponad 4 mln, drugie w Stanach Zjednoczonych po Nowym Jorku. Jego populacja liczy ponad 4 mln mieszkańców i jest najbardziej zróżnicowana etnicznie w USA. Ludność całej aglomeracji Los Angeles-Long Beach-Santa Ana to 13 mln osób.

MapaLA

Mapa fizyczna aglomeracji i plan dzielnic centralnych Los Angeles

Najważniejsze historycznie jest oczywiście Pueblo (1), czyli El Pueblo de Nuestra Señora la Reina de los Ángeles (Miasto Matki Bożej Królowej Aniołów), w skrócie Pueblo de los Ángeles to hiszpańska cywilna wioska założona w 1781 roku, a potem zarodek amerykańskiej metropolii.

Pueblo

Kościół w Pueblo to pierwszy budynek w osadzie. Późniejszy krzyż na rynku. Po prawej obecny stan tego pierwszego koscioła

Hollywood Blvd. (2). To wielka i znana na całym świecie dzielnica i filmu. Zdjęcie z gorącą dziewczyną kosztowało 2 USD. Moje dłonie wcisnąłem Spielbergowi, pasowały. Na skraju po lewej Grauman’s Chinese Theatre, pierwotne miejsce Oskarów, a ostatni prawej to Kodak Theatre, aktualne miejsce gali oskarowej. Obecnie nazywa się Dolby Theatre, bo firma Kodak zbankrutowała.

HollywoodBlvd

Mulholland Dr. (3). Długa, wąska i kręta ulica, przy której mają domy lub mieszkają gwiazdy kina. Przebiega powyżej słynnego napisu. To miejsce ma także polską historię. W pobliżu stoi dom Jacka Nicholsona, w którym niegdyś pomieszkiwali Krzysztof Komeda i Marek Hłasko. W nocy 12 października 1968 roku, gdy wracali pieszo podpici z jakiejś miejscowej imprezy towarzyskiej Hłasko chciał koniecznie pokazać przyjacielowi wielkie litery napisu z bliska. Zaczęli więc schodzić po zboczu. Niestety Komeda upadł na skałkach i złamał nogę. Upadek zlekceważono. Krzysztof zmarł wskutek powikłań po tym upadku.

HollywoodGora

Logo Hollywood. Niżej: widziane z Kodak Center, obok widok na centrum

Napis umieszczono spontanicznie na terenie nieużytkowanym od dziesięcioleci. Stał się znanym na całym świecie logo miasta – fabryki snów. Znalazł się jednak inwestor, którym chciał na tym zboczu postawić domy mieszkalne. Wówczas zawiązana społecznie grupa ludzi, głównie miejscowych milionerów filmowych, którzy złożyli się i wykupili teren przekazany później metropolii.

 

RodeoDrive

Rodeo Dr. (4) to dzielnica mody. Drogiej mody.

SanaMonica

Santa Monica (5). Kąpielisko morskie Los Angeles

Marina

Marina del Rey (6). Port żeglarski Los Angeles. Kilka tysięcy jachtów, małych i dużych

LongBeach

Long Beach (7). Hotel w starej Queen Mary, radziecka łódź podwodna i plaża, na świecie największa, ale pusta. To prawdziwie amerykański zestaw. Byliśmy tu 8 maja, dla uczczenia 64-tej, amerykańskiej rocznicy zwycięstwa nad hitleryzmem.

9,10.05.2009 r., weekend. Waszyngton DC

W sobotę 9 maja, dla uczczenia 64-tej radzieckiej z kolei rocznicy zwycięstwa nad hitleryzmem mieliśmy lecieć do Waszyngtonu na lotnisko Dulles. Na odlotach w Los Angeles (LAX) uprzejma panienka oświadczyła nam, że nie polecimy, bo nie mamy biletu. Zaskoczony wyciągnąłem internetowe potwierdzenie rezerwacji. Panienka ze spokojem: tak, mamy tę rezerwację, ale nie ma przelewu. Może pan polecieć jednak tym samolotem, ale prosimy o wpłatę na miejscu (dwukrotnie drożej, ponad 500 $ USA). Zapłaciłem kartą i po południu już lądowaliśmy w stolicy USA. Po powrocie sprawdziłem to. Była rezerwacja, ale nie było przelewu. Po miesiącu z American Airlines otrzymałem przelew na 250 dolarów. Uznali tę wczesną rezerwację!

Waszyngton DC

Na lotnisku wynajęliśmy samochód. Taxi kosztowałoby tyle, ile dwie doby hotelu. Zaraz po objęciu pokoju samochód został odstawiony na parking. Na później, na planowane zwiedzanie okolic oraz na przejazd do Baltimore, skąd był zaplanowany lot do Niagara Falls. Oba lotniska, Dulles i Baltimore obsługują stolicę USA. Jeden głównie kierunki zachodnie, a drugi – wschodnie, gdyż nad stolicą loty są w zasadzie zakazane. Samochód można więc wynająć w Dulles Airport, a zdać na obu lotniskach.

Stolica Stanów Zjednoczonych to Waszyngton DC, ale tak się tylko mówi. Formalnie bowiem to Dystrykt Kolumbii, niewielki kwadratowy z grubsza kwartał gruntu nad rzeką Potomak, wydzielony ze stanu Maryland na stolicę USA tuż po rewolucji amerykańskiej. Kwartał ten mieści instytucje federalne oraz administrację państwa. Nazwa Washington DC powstała później na cześć ojca założyciela i pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a Washingtona. Nazwa ta jest zresztą źródłem nieustannych pomyłek, bo jest jeszcze stan Waszyngton, krańcowo odległy od stolicy federalnej, leżący w północno-zachodnim „rogu” USA. Dzięki rzece Potomak Waszyngton ma bezpośrednie połączenie z Atlatykiem, co ważne jest na przykład dla Floty USA. Waszyngton DC jest nie tylko siedzibą rządu federalnego, ale też wielu organizacji międzynarodowych.

Nasze zwiedzanie zostało zostało zaplanowane na następne dwa i pół dnia: pierwszy poświęcony centrum, drugi – okolicom, a pół trzeciego – miastu Baltimore, z którego portu lotniczego wyruszaliśmu w dalszą lotniczą podróż.

MapHotelCapitolTrasa zwiedzania Waszyngtonu-DC. W środku – občerstvenie jak mówią Czesi

White House. To siedziba prezydenta. Można podejść blisko i oglądać z bliska dom Prezydenta, jego ogród i ochronę na dachu. Przed Białym Domem, na Pennsylvania Ave NW odbywa się wiele najróżniejszych demonstracji, na ogół pokojowych.

BialyDom

Teren ogrodu Białego domu jest śledzony przez setki kamer i strażników na dachu

Mall, muzea i Senat. Dalszy spacer obok Washington Monument, białego obelisku z marmuru, piaskowca i granitu. Budowano go z problemami wojennymi i finansowymi przez 40 lat. Ma prawie 170 m wysokości i był wówvzas najwyższą budowlą na świecie. Został zdetronizowany dopiero przez wieżę Eiffle’a. Stoi sam, jak palec, ale od niego rozpoczyna się National Mall, czyli szeroka promenada zaprojektowaną jeszcze w 1791 roku przez Francuzów w czasach Rewolucji. Pewnie na wzór Pól Elizejskich. Cała oś zaczyna się wcześniej, od Potomaku.

SmithsonianPoz

Washington Monument, Freer Gallery, Castle – czyli główny budynek Smithsonian

Muzeów przy głównej Alei Waszyngtonu jest kilkanaście, nie tylko prowadzone przez organizację Smithsonian. Naprawdę trudno jest zwiedzić je skutecznie nawet w tydzień  Tyko ważniejsze to National Museum of African American History and Culture, Smithsonian National Museum of American History, Smithsonian National Museum of Natural History, National Gallery of Art – Sculpture Garden, National Gallery of Art, S. Dillon Ripley Center,, Freer and Sackler Galleries, Smithsonian Castle, National Museum of African Art, Hirshhorn Museum and Sculpture Garden, Smithsonian National Air and Space Museum i National Museum of the American Indian.

AeroNatW National Air and Space Museum można m.in.  zobaczyć kultowy DC-3 (tzw. dakota), której wyprodukowano miliony egzemplarzy, cały statek Sojuz-Apollo, księżycowy lądownik Apollo 11 Armstronga, Collinsa i Aldrina oraz rakiety V1 i V2. Równieżjest tam wiele kosmicznych pojazdów prototypowych, jak ten Boeing X45A , dzięki któremu t przechodzimy płynnie do mamuta i skorpiona w Museum of Natural History

Z ulgą wychodzi się na świat, a tu nagle koniec, Senat USA. Ciekawostką jest  grupka spokojnie gaworzących strażników ochrony, z którymi bez trudu można sobie pogadać. W drodze powrotnej należało coś zjeść. Weszliśmy do restauracyjnego browaru.

PubRest

Okazało się, że tym razem obiadu nie zjemy. Ceny w karcie dostarczyły nam najsilniejszego wrażenia dnia. To przecież centrum Waszyngtonu DC! Tam klientami są tylko parlamentarzyści, opłacani wyżej niż nasi. W ChopHouse pozostaliśmy tylko przy dwóch piwach, a zdumiona obsługa doniosła nam gratisowy słodki placek. Zjedliśmy tylko połowę, by nie wyszło, że jednak byliśmy głodni

Mapa1dzien

W sumie cała trasa to kilka muzeów i ponad 8 km pieszo, w gorącym mieście…

11.05.2009 r., poniedziałek. Okolice Waszyngtonu

Dzień na zwiedzanie okolic stolicy USA. Oczywiście najpierw jedziemy najdalej, do drugiej części Smithsonian National Air and Space Museum, zbudowanej na wielkim terenie i olbrzymich halach obok lotniska Airport Dulles. Wiele dużych eksponatów nie mieściło sięłecznej lokalizacji. 

WaszyngtonDCmap

Obszary zwiedzania: 1 – Centrum Waszyngtonu DC. 2 – Dulles, druga część Muzeum Lotnictwa i Kosmosu. 3 – Alexandria 4 – Cmentarz Arlington. 5 – Baltimore

Druga i większa część waszyngtońskiego muzeum lotniczego jest kolosem. Olbrzymie hale, które z luźno mieszczą wielkie samoloty. Sam wsiadłem do cessny by zwiedzać z góry, ale nic nie mogłem zrobić bo latać nie umiem.

AirMuseum2

Na drugim zdjęciu w głębi widać francuskiego Concorde. Dalej dwa zdjęcia en face Enoli Gay, czyli samolotu (tego właśnie egzemplarza, z którego zrzucono pierwszą bombę atomową, na Hiroszimę. Niżej mój ulubiony temat: hitlerowska bomba latająca V1 w malowaniu amerykańskim. Przydała się w Korei.

W drodze powrotnej zwiedzamy małe urokliwe miasteczko Alexandrię. Jednak jest to Aleksandria większa od oryginalnej z wykopalisk. Wygląda jak by była klocków lego, ale jest bardzo ważna, gdyż jest cywilnym zapleczem floty Atlantyku USA, której główna baza mieści się w pobliskim Norfolk nad Zatoką Chesapeake, niedaleko od Atlantyku.

Aleksandria

Alexandria, Wirginia. Mają tam nawet statek z Missisipi Tomka Sawyera

Będąc w Waszyngtonie nie sposób pominąć Arlington National Cemetery. To piękny i duży narodowy amerykański cmentarz wojskowy. Cmentarz został założono podczas wojny secesyjnej na wykupionym terenie posiadłości Arlington House, należącej wcześniej do Mary Ann Lee, żony generała wojsk konfederacji Roberta E. Lee.

Aarlington

Żeby był dowód. O olbrzymie tereny pokryte płytowymi nagrobkami trzeba dbać. Kosić i wykaszać wokół płyt nagrobkowych. To jedno z wielu pięknych miejsc w USA

12.05.2009 r., wtorek. Waszyngton–Baltimore-Buffalo

Port lotniczy Waszyngton Baltimore (BWI) leży przed tym miastem. By jednak je zobaczyć pojechaliśmy do jego centrum. Baltimore, załozone w 1729 roku jest jednym z 20-tu największych miast USA. Ma trzy uniwersytety, bazę marynarki wojennej, liczne muzea oraz starówkę z XVIII w.  Jest też podobno jednym z najbardziej uprzemysłowionych obszarów Stanów Zjednoczonych. Przemysł lotniczy, maszynowy, chemiczny, elektrotechniczny, stoczniowy i hutniczy. My zobaczyliśmy inny obraz. Długie, bezludne ulice niskich domów segmentowych na wynajem, w których nikt nie mieszka. Puste centrum. Jedynie niewielkie grupki Afroamerykanów na przystankach autobusowych. Wiele domów z oknami pozabijanymi deskami. Małe grupki podejrzanych, zarośniętych osobników. I, ni stad ni zowąd, drogie ekskluzywne puby. Ze strachu nie wysiadaliśmy z samochodu.

Baltimore

Ruszamy z Waszyngtonu. Powoli jadąc przez centrum Baltimore – fotografujemy miasto

BayardSt

Jeden z domów w Baltimore. Zdjęcie po lewej zostało zrobione z samochodu podczas naszego przejazdu w roku 2009. To po prawej jest z roku 2019 (fot. google), dziesięć lat później. To wymowne porównanie. Znajdź dziesięć szczegółów…

Z Baltimore odlecieliśmy o 17-tej, by już po ponad godzinie lądować w Buffalo, które powstało w 1789 roku. Wtedy pierwszy amerykański osadnik zbudował tu faktorię do handlu z Indianami. W 1811 roku Buffalo było już wioską znaczną, liczącą pięciuset mieszkańców. Gdy w roku 1825 otworzono kanał Erie–Ontario, który połączył miasto z rzeką Hudson, a więc i Nowym Jorkiem, i Atlantykiem, port Buffalo stał się portem przeładunkowym dużych statków Wielkich Jezior na barki kanałowe. Kanadyjskie zboże transportowano więc wodą dalej. W 1836 roku otwarto pierwszą linią kolejową Buffalo –Niagara Falls. W ciągu następnej dekady miasto stało się wielkim węzłem kolejowym. Kanadyjskie zboże przypływające z Wielkich Jezior podróżowało teraz koleją, a kanał stał się zabytkiem i szlakiem turystycznym.

BuffaloMap

Mapka kanału Erie Hudson i układu jezior Erie-Ontario. Wodospad po lewej

Po przylocie stanęliśmy w niewielkim hotelu Clarion Buffalo Airport, z parkingu którego  kursują do Niagara Falls autokary wycieczkowe. Ale dopiero od 15 maja, a my byliśmy tam 13 maja. Nie moglibyśmy więc zwiedzić dokładniej tych wodospadów gdybym jprzypadkowo, jeszcze przed wyjazdem z Warszawy nie zauważył oferty na tzw. prezydenckie wycieczki dla indywidualnych turystów. Trzy razy droższe, ale już od 13 maja i to z bogatym programem, obiadem i całodniowym dedykowanym pilotem. Nie mając wyboru doszedłem do wniosku, że raz mogę być prezydentem. Dokonałem takiej rezerwacji i opłaciłem jeszcze przed wyjazdem. Oto voucher:

Voucher

 

13.05.2009 r., środa. Niagara

 

Panorama

TrzyNiagary

Niagary. Kanadyjska i dwie(!) mniejsze, USA. Granica przebiega głównym nurtem, potem po prawym brzegu lewym skrajem wyspy, i wraca do nurtu za wodospadem (fot. wiki)

Niagara

Parking hotelu w Buffalo. Elegancki i obszerny bus wycieczkowy podstawiony dla nas przez Grey Line na wycieczkę do Niagara Falls. Był na nim napis OPERATED BY VISITOR HOSPITALITY. Na wszelki wypadek zapytałem kierowcę busa i przewodnika jednocześnie czy czasem nie zabiera nas do szpitala. Dalej widok na trzy wodospady Niagara z lotu ptaka (fot. wiki) i z platformy widokowej już na miejscu. W oddali Toronto

By pobieżnie zwiedzić wodospady Niagary potrzebny jest cały dzień. W otrzymanym „prezydenckim” programie stało czarno na białym:

Niagara Presidential Tour. 8 hours, Dep. 11:30. Maid of the Mist boat ride. Point Observation Tower, Goat Island, Cave of the Winds, Luna Island, Thunder Theater, Skylon Tower, Horseshoe an Bridal Veil Falls, Rock House. Dinner atop the Hilton Niagara. No to jedźmy.

Na początek Maid of the Mist boat ride – rejs „służką mgły”, małym stateczkiem pod sam wodospad, właśnie w tę mgłę wodną. Oczywiście trzeba być wodoodporny. W cenie dostajemy więc niebieskie peleryny i plastikowe chodaki. Frajda… ale z duszą na ramieniu.

Misty

Wodospad amerykański z nurtu. Płyniemy na kanadyjski. Misty pcha sie jak najdalej, pasażerowie piszczą. Ptaki tylko cieszą się z kipieli wyłapując zdumione ryby.

Niagara Falls Observation Tower. To platforma widokowa w postaci połowy mostu. Przywodzi na myśl słynny le pont d’avignon, czyli most św. Benezeta przez pół rzeki Rodan. Za nim widać kawałek przęsła mostu granicznego z Kanadą.

TowerM

Pół-mostowa platforma widokowa. Budynek na przeciwległym brzegu wygląda na elektrownie. Czy to ta, w której stworzeniu w 1895 roku miał udział Nicola Tesla? Na trzecim zdjęciu nasz przewodnik z hospitality i ja na platformie widokowej. Po prawej pamiątkowe zdjęcie przewodnika z parą naszych jedynych współpasażerów busa, przedsiębiorców z odległego ich zdaniem (330 km) Cleveland. Jak mówili, wybrali się zobaczyć Niagarę po raz pierwszy w życiu, bo przedtem nie mieli na to czasu. Nie uwierzyli, że przyjechaliśmy z Polski i nazajutrz wracamy 

Bridal Veil Falls, Cave of the Winds. Oba amerykańskie wodospady na ponizszym zdjęciu. Nikt chyba o tym nie wie, że ta kaskada z prawej strony to właśnie Bridal Veil czyli Welon Panny Młodej. Nad nią jest platforma widokowa, a pod nią specjalnie rozbudowana, pomalowana na czerwono galeria widokowa. By się do niej dostać trzeba specjalną windą ze środka. Tam gdzie obecnie jest winda była niegdyś jaskinia, obecnie zawalona. To ta jaskinia właśnie nazywała się Cave of the Winds, a obecnie nazwą tą określa się zespół czerwonych pomostów u stóp Welonu.

Bridal

Na górze: Bridal Veil Falls to skrajna, wskazana strzałką kaskada wodospadu USA. Na dole: Windą zjeżdża się szybem nad samą wodę, a potem po czerwonych schodach chodzić wzdłuż Welonu Panny Młodej. Na najwyższej platformie Hurricane Deck umieszczono stale zalewaną wodą tabliczkę No Smoking. Tysiące ton spadającej wody budzą ulgę, że to już za nami…

Horseshoe an Bridal Veil Falls, Rock House. Dinner atop the Hilton Niagara. Horseshoe, to jest to o czym my myślimy mówiąc Wodospad Niagara. Horseshoe, znany również jako Wodospad Kanadyjski, jest największym z trzech wodospadów na rzece Niagara wzdłuż granicy Kanady i Stanów Zjednoczonych. Około 90% rzeki Niagara, przepływa  ten właśnie przez wodospad Horseshoe, czyli Końską Podkowę.

Kanada

Rząd górny. Zdjęcie lotnicze Końkiej Podkowy. Widok na nieckę wodospadu z wieży widokowej Skylon Tower. Ściana wody widziana ze sztolni widokowej, wydrążonej w skale. Jedna ze sztolni. Niżej zabudowania Table Rock Center (lub Table Rock House) kompleksu handlowo-widokowego położonego po stronie kanadyjskiej. Kompleks ten składa się z dwóch budynków połączonych krytym deptakiem. Słynny zegar kwiatowy. Wieża widokowa Skylon Tower.

Po obiedzie w restauracji na najwyższym, przeszklonym piętrze hotelu Hilton Niagara nasz przewodnik zawiózł nas do hotelu w Buffalo. Rano odlot do Nowego Jorku i, wieczorem, do Warszawy. 

14–15.05.2009 r., czwartek. Buffalo–Nowy Jork–Warszawa

Około 9-tej byliśmy już w samolocie do Nowego Jorku. Niestety samolot stał na płycie i nie startował. Kręciły się służby bagażowe. Okazało się, że był za ciężki. Najpierw odjechało część bagaży. Potem poproszono dwóch pasażerów, którzy wsiedli ostatni, by opuścili i poczekali na następny lot, za trzy godziny.

Samolot

Nasz samolot do Nowego Jorku w Buffalo. N365PH – De Havilland Canada Dash 8-200

W końcu samolot zaczął kołować i wystartował. Po ponad dwóch godzinach lądowaliśmy na lotnisku Johna F. Kennedy’ego. W terminalu krajowym okazało się, że jedna nasza walizka została wyładowana w Buffalo i przyleci następnym samolotem. Rzeczywiście, po trzygodzinnym oczekiwaniu w terminalu wywołano nas do odbioru opóźnionego bagażu. Szczęśliwie mieliśmy nadmiar czasu na przesiadkę – samolot do Warszawy, LOT Boeing 767, miał planowany odlot dopiero godzinę przed północą. Nadaliśmy bagaże i zdążyliśmy jeszcze zjeść kolację z przyjaciółmi, tymi samymi, którzy witali nas w Nowym Jorku pięć tygodni wcześniej. Nie było niespodzianek w locie powrotnym.

——ooo——

Powrót do spisu treści

Antyk i Orient. Cywilizacje Morza Śródziemnego

13-26 sierpnia 2008 r.

Jeszcze w 2007 roku po powrocie z Peenemünde małżonka sugerowała żebyśmy wybrali się na urlop statkiem wycieczkowym czyli modnym już cruise ship. Żachnąłem się wtedy, że to nie jest na naszą kieszeń, że tydzień na takim statku dla dwojga to pewnie ponad 10 tys. dolarów. Ale jednak zajrzałem do internetu, tak, na wszelki wypadek.

Jak się okazało, była już inna rzeczywistość. Lata przełomu tysiącleci przeorały rynek rejsów pasażerskich gruntownie i to z dwóch powodów. Po pierwsze wskutek niezwykłego rozwoju szerokokadłubowych samolotów dalekiego zasięgu lotnictwo całkowicie wyparło dalekomorską żeglugę pasażerską. Statki oceaniczne, także nasz Stefan Batory, stały się niepotrzebne. Armatorzy starali się więc ratować firmy, więc organizowali na swoich wielkich transatlantykach rejsy wycieczkowe po ciepłych i spokojnych wodach.

Były one organizowane także na Batorym. Liniowce były projektowane dla pasażerów, których interesuje przede wszystkim krótki czas podróży. Poza wysokiej klasy kuchnią, nie przewidywano w zasadzie na ich pokładach żadnych atrakcji. Kabiny były skromne i ciasne, często z piętrowymi kojami. Na rejsy wycieczkowe nie bardzo się nadawały.

BatWyc

Pokład słoneczny polskiego statku TS/S Stefan Batory w latach 90-tych ubiegłego wieku. Po prawej pokład słoneczno-basenowy statku wycieczkowego z lat 2000-ych

Rynek wymusił więc powstanie specjalnych luksusowych statków krążących po morzach i oceanach (stąd ich angielska nazwa – cruise ship). Statki te, dostosowane do rejsów rekreacyjnych z obszernym programem usług pokładowych, bogatą i zróżnicowaną kuchnią, luksusową ofertą basenowo-wypoczynkową oraz kulturalną i rozrywkową, a akże bogatą kuchnią najwyższej klasy i brzegowym programem turystycznym pojawiały się jak grzyby po deszczu. Rejs nimi był zupełnie nową jakością – mieszkając jak w swoim domu, można zwiedzać w krótkim czasie urlopu różne kraje, miasta, a nawet trudniej dostępne turystycznie obiekty – pustynie, góry, lody Antarktyki czy nieznane szerzej cywilizacje.

Wprowadzono także na tych statkach, zwanych cruiserami, a Polsce wycieczkowcami lub popularnie kruzami, nowe zasady organizacyjne, dzięki którym poziom kosztów stał się atrakcyjny dla wszystkich. Około 900 USD kosztuje tydzień rejsu na osobę za wszystko (rejs, wyżywienie, kabina, rozrywki sportowe i kulturalne) z wyjątkiem wycieczek brzegowych. Tyle samo na wszystkich morzach i oceanach świata. Ponadto częste promocje redukują te koszty nawet do 30%. To trzy do dziesięciu razy mniej niż koszt wczesnych rejsów wycieczkowych na liniowcach. Ponadto częste promocje redukują te koszty nawet do 30%.

Przyznałem rację żonie, podziękowałem jej za czujność rynkową i zarezerwowaliśmy 12-dniowy rejs po wschodniej części Morza Śródziemnego, do Istambułu i z powrotem. Na początek ostrożnie, w kabinie z oknem. Bez okna były tańsze, z balkonem droższe.

Mapka

Trasa wybranego rejsu. Osiem ważnych historycznie miast, w tym Istambułem z marzeń. Żółty punkcik to wystający z wody punkcik, czynny wulkan Stromboli

AlitaliaCarnival

Do Rzymu (i z powrotem do Warszawy) lecieliśmy niewielkim samolotem Alitalia. Już na statku odwiedziliśmy pokład słoneczny, a potem zeszliśmy do recepcji. To były dla nas szokujące obrazki. Nigdy przedtem nie widzieliśmy takiego luksusu

Przelot był ciekawy, bo na wysokości zaledwie 7000 m, w bezchmurny dzień. Z samolotu było widać ziemię jak na dłoni. Lecieliśmy na wschodnimi Alpami mając wrażenie, że mamy je tuż pod nogami. Widzieliśmy też z bliska Adriatyk i ziemie włoską z dużymi jeziorami. Wreszcie lotnisko Fiumicino. Po wylądowaniu i po zostawieniu walizek w internetowo zarezerwowanym jeszcze w kraju hotelu pojechaliśmy metrem na wieczorny spacer po Wiecznym Mieście.

Następnego dnia, przed południem z walizkami pojechaliśmy do portu Civitaveccia, w którym stało już kilka kruzów, w tym nasz. Okrętowanie odbywała się na kei, w pawilonie portowym. Najpierw okazanie biletów i paszportów, potem odebranie karty pokładowej, pozostawienie bagaży i już wejście na statek przez bramkę bezpieczeństwa. Po krótkim spacerze po pokładach, oszołomieni, poszliśmy do kabiny spać.

Statek

Na pokładzie słonecznym przed wypłynięciem. Białe figury z ręczników steward stawiał nawet dwa razy dziennie. Na górze po prawej: osobiście sprawdziłem wszystkie podejrzane urządzenia. Na dole. W całodziennym barze samoobsługowym  patrzyło na nas wiele głów Statuy Wolności. Na pokładzie przed kolacją – wieczorem w restauracji obowiązywał zawsze strój wieczorowy. Uroczyste powitanie przed pierwszą kolacją.

15.08. 2008 r. Piątek Neapol

Rano cumujemy stoimy w Neapolu. W planie zwiedzanie Wezuwiusza oraz skutków jego działania, a więc Pompejów. Niestety, na wulkan trzeba wejść i z niego zejść.

wezuwiusz

Z wejściem nie było problemu. Spojrzenie w głąb wulkanu – tylko trochę drobnej skały i popiół. Główna ulica w Pompejach. Brama posesji. Człowiek z popiołów

16-17.08. 2008 r. Sobota, niedziela, Marmaris

Marmaris to miasto portowe i kurort morski Turcji Egejskiej. Zostało ono założone w VI w. p.n.e. pod nazwą Physkos. Jest to jeden z najbardziej popularnych kurortów w Turcji. Marmaris otulone jest zielonymi wzgórzami, które w wielu miejscach niemal pionowo schodzą do morza. Zatoka, z największym w Turcji portem jachtowym, mieni się turkusem. Senne i leniwe w ciągu dnia, w nocy grzmi i tętni muzyką oraz turystycznym gwarem. Dla pasażerów wycieczkowców nieciekawe, chyba, że kupi się jakąś wycieczkę tematyczną.

marma

Port Marmaris. Ulice miasteczka. W porcie nudno i handel. Zatoka Marmaris

18.08. 2008 r. Poniedziałek.  Izmir (Smyrna) i Efez

Po zacumowaniu statku w Izmirze, prawie 3-milionowej stolicy prowincji o tej samej nazwie i ważnym porcie zachodniej Turcji, a za czasów greckich nazywanej Smyrną,  wyruszyliśmy bez zwłoki na wycieczkę do Efezu.

Efez to starożytne miasto greckie zasiedlone przez Greków, głównie Jonów z Attyki i Peloponezu. Od 133 roku p.n.e. miasto weszło skład rzymskiej prowincji Azji. Grecy zamieszkiwali Smyrnę (dziś Izmir) do roku 1922, gdy na mocy traktatu zawartego między Grecją a Turcją nastąpiła wymiana ludności między tymi krajami. Były to konsekwencje przegranej przez Greków wojny grecko-tureckiej.

W I wieku n.e. do Efezu dotarła wiara chrześcijańska, kóra zmagała się tu z miejscowym kultem Artemidy. Dopiero w 381 r. chrześcijaństwo stało się tu religią dominującą. Z Efezem byli związani między innymi Heraklit, Herostrates (który spalił świątynię Artemidy), a także Maria, matka Jezusa z Nazaretu i jego apostoł św Jan, który tu właśnie napisał swoją Ewangelię. Na wzgórzu Coressus, w powyżej ruin Efezu, znajduje się niewielka kapliczka wybudowana na fundamentach domu, w którym, według legendy, mieszkała Maria Dziewica.

Efez

Biblioteka Celsusa, stadion i aleja portowa

W III wieku n.e. Efez został najechany i złupiony przez Gotów. Nie odzyskał juz nigdy swojej świetności zwłaszcza, że morze odsuwało się coraz dalej od miasta, a wąski kanał, który łączył je z portem w czasach bizantyjskich już nie nadawał się do użytku. W 431 r. w Efezie odbył Sobór, na którym potwierdzono dogmatyczny tytuł Maryi jako Bogarodzicy. Najazdy Arabów w latach 654-655 i później przyśpieszyły proces degradacji miasta. Turcy Seldżuccy zdobyli Efez w 1090. Był on już wtedy małą wioską. W 1426 roku Efez został zajęte przez Turków osmańskich, a w XV wieku został całkowicie opuszczony.

Obecnie Efez jest miastem pełnym zabytków starożytności. Jest najlepiej zachowanym zespołem miejskim tych czasów. W 2015 r. stanowisko archeologiczne w Efezie zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

19.08. 2008 r. Wtorek, Stambuł

Najpierw było to Bizancjum, potem Antonina – na cześć Antoniusza. Cesarz Konstantyn I Wielki zmienił nazwę miasta na Nova Roma, zaś Konstantynopol czyli Miasto Konstantyna, po raz pierwszy użył dopiero cesarza Teodozjusz II. Konstantynopol był oficjalną nazwą miasta przez cały okres bizantyński. Używano jej też w czasach Imperium Osmańskiego.

Stambuł rozłożył się obu stronach cieśniny Bosfor. Stoi okrakiem na dwóch kontynentach – Europie i Azjii. Jest to jedyna metropolia świata spinająca kontynenty. Nie tylko geograficznie, ale również kulturowo. Spaja wschód z zachodem.kontynentach. Miasto tworzą trzy części: część azjatycka, siedzi okrakiem o stronie europejskiej na południe od Złotego Rogu oraz dzielnica Galata z tzw. Nowym Miastem. W części europejskiej znajdują się instytucje handlowe, zaś część azjatycka ma charakter dzielnicy mieszkaniowej.

StambulMapa

Stylizowana mapa Stambułu: 1. Pałac Topkapi. 2. Dawna świątynia chrześcijańska, obecnie muzeum. 3. Meczet Sułtana. 4. Cieśnina Bosfor

Pod koniec XIV wieku miasto zostało zdobyte przez Turków pod wodzą Mehmeda II i stało się stolicą Imperium Osmańskiego. Gdy w 1517 roku Osmanowie podbili Egipt i kalifat został przeniesiony do Stambułu, miasto stało się centrum islamskiego świata. W XVI-XVIII wieku miasto ozdabiano pałacami i meczetami. W 1930 roku rząd turecki wystąpił z apelem do państw zachodnich o zaprzestanie używania formy Konstantynopol, a używanie tylko nazwy Istanbul. Wtedy właśnie zrezygnowano z tradycyjnej osmańskiej architektury, zastępując ją barokiem i rokoko. Jeszcze w 1923 roku stolicę Republiki Tureckiej przeniesiono do Ankary. W dwudziestoleciu międzywojennym Stambuł był niezwykle aktywnym centrum wszystkich wywiadów świata i pomostem politycznym między Zachodem i nową, komunistyczną Rosją.

ObieSwiatynieGalata

Hagia Sofia i Meczet Sułtana. Przystań żeglugi na Złotym Rogu

Topkapi

Pałac Topkapi. Z jego tarasów roztacza się fascynujący widok na Bosfor

Detale

Trzy detale: kopuła Hagia Sofia na zewnątrz i w środku. Pałac nad Bosforem

20-21.08. 2008 r. Środa i czwartek,  Ateny

O 8-ej wieczorem w środę, w czasie kolacji długim sygnałem gwizdka statek nasz pożegnał Stambuł. Zatoka Bosforu jest jak olbrzymi  teatr. Wszyscy pasażerowie byli na pokładzie lub balkonach. Dardanele przepływaliśmy już o zmierzchu, o morzu Egejskim nie wspominając. Rano obudziły na dźwięki Dzieci Pireusu (gr. Τα Παιδιά του Πειραιά) Meliny Mercouri i Zorby.

Program mieliśmy starożytny, jak na Grecję przystało. Zaczynaliśmy od  stolicy i wzgórza Akropolu. Zwiedziliśmy wszystkie miejsca znane nam ze szkolnych podręczników historii starożytnej. Odwiedziliśmy też miasto współczesne, nie omijając stadionu pierwszych nowożytnych Igrzysk Olimpisjskich. Potem przejazd do Isthmii (gr. cieśnia, przesmyk), miasta wąskiej gardzieli kanału Korynckiego.  

Ateny

Od góry do prawego dolnego rogu. Ulica współczesnych Aten. Parthenṓn – nigdy nie ukończona świątynia Ateny na wzgórzu Akropol. Kariatydy, czyli podpory kobiece jako kolumny (to częsta rola kobiet i w życiu…). Teatr grecki nieco podniszczony. Stadion olimpijski igrzysk nowożytnych z 1896 r. Kanał Koryncki i Córa Koryntu

Kanał Koryncki to najbardziej malowniczy i spektakularny kanał świata. Jest też jednym z najbardziej efektywnych w skracaniu drogi żeglarzom – warto rzucić okiem na mapę. Grecji. Kanał ten, choć krótki, robi duże wrażenie stromymi wysokimi ścianami koryta, a przepłynięcie nim to wrażenie mocne i niezapomniane przezycia. Zrobiliśmy to dwukrotnie – tam i z powrotem.

22.08. 2008 r. Piątek, Katakolon (Olimpia)

Katakolon

Katakolon to mały porcik rybacki, który dostosowano do olbrzymów. Tam nic nie ma poza tymi wycieczkowcami, które odpoczywają w trakcie podróży. Tam też zwykle wszyscy armatorzy przeprowadzają kontrole swoich jednostek i szalup ratunkowych. Oferowane są też wycieczki do Olimpii, która nie ma nawet tysiąca mieszkańców. W starożytności (od ok. XII w. p.n.e.) Olimpia (starogr. Ολυμπία) to ośrodek kultu Zeusa. Od 776 roku p.n.e. była miejscem igrzysk olimpijskich. W 1989 roku stanowisko archeologiczne w Olimpii zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Warto wiedzieć, że góra Olimp, mityczne siedlisko bogów, jest zupełnie gdzie indziej.

23-24.08. 2008 r. Sobota, niedziela, Livorno

Prawie dwie doby nasz Carnival Freedom żeglował wokół półwyspu Apenińskiego. Po drodze do Livorno, włoskiej Gdyni, siedziby marynarki włoskiej i miasta prawie całej naszej załogi kapitan zaproponował nam niespodziankę: przepłynięcie tuż obok czynnego wulkanu Stromboli. Wszyscy wylegli na górny pokład. Większość z nas czuła się nieswojo – co będzie gdy akurat w tej chwili nastąpi większa erupcja…

Stromboli

Na posterunku. Ten mały dymek wypluł wulkan. Obok mała, jednorodzinna wysepka

Livorno przyniosło dwa ważne przeżycia. Po pierwsze wycieczka do Lukki (wł. Lucca). To śliczne miasto Toskanii założone jeszcze przez Etrusków. Nazwa miasta pochodzi od etruskiego słowa Luk oznaczającego bagno. Lukka była kolonia rzymską, a od 1160 roku niepodległą republika, przyłączoną później do Republiki Florenckiej. Słynie z nienaruszonych murów miejskich z epoki renesansu. Miasto zawsze konkurowało o prymat z Pizą i Florencją. Częścią państwa włoskiego stała się w 1861 r. Dziś ma prawie 100 tys. mieszkańców.

Lucca

Kościół San Michele i jego kolumny, każda inna. Za mną Giacomo Puccini. Pytające spojrzenie do żony – fajna, nie? Wizyta na mostku Carnival Freedom

Lucca to miejsce urodzenia kompozytorów Giacomo Pucciniego (La Bohème i Madam Butterfly) i, m. in., Luigiego Boccheriniego, kompozytora słynnego i popularnego menueta, który Młynarski wykorzystał w swoim Obiedzie rodzinnym.

25.08. 2008 r. Poniedziałek, Rzym

Wieczne Miasto na siedmiu wzgórzach, które miały bardzo ważną rolę w religiach, mitologii i polityce antycznego Rzymu. Miało ponoć zostać ufundowane przez Romulusa na Palatynie.

Na zwiedzanie Rzymu przewidziano cały dzień rejsu. Jednak po odliczeniu czasu dojazdu z portu do miasta po śniadaniu i powrotu na statek wieczorem niespieszną komunikacją rzymską wyjazd do miasta byłby mało sensowny. Na zwiedzanie zostałoby 2-3 godziny. Dlatego armator zaoferował nietypową wycieczkę brzegową o nazwie Explore Rome on Your Own, która polegała na przewiezieniu chętnych po śniadaniu swoim autokarem do zabytkowego centrum Rzymu i zabrania ich z powrotem na statek wieczorem. W Rzymie korzystaliśmy z czerwonych autobusów hop on hop off,biletem całodziennym kupionym w intrenecie jeszcze przed wyjazdem.

Roma1

Colosseum. Łuk Konstantyna Wielkiego. Parlament. Tybr. Plac św. Marka. Jest ich wiele…

Roma2

Czarny orzeł i czerwona gwiazda na budynku via Tomacelli 160. Była tam redakcja Corriere della Sera. Watykan, Bazylika św. Piotra, zewnątrz i wewnątrz. Fontanna di Trevi. Plac hiszpański, widoki w obie strony

26.08.2008 r. Wtorek. Odlot do Warszawy

——ooo——

ciPowrót do spisu treści

nętoły

Plaże i rakiety. Rowerem

17-21 czerwca 2007 r. Uznam, Peenemünde

Był to rok, w którym nie zapowiadał się urlop latem, bo we wrześniu wydawaliśmy za mąż jedyną córkę, a jak wiadomo więcej jest zajęcia z wydaniem za mąż córki niż ślubem syna. Powstał więc pomysł by wreszcie zrealizować wielokrotnie odkładane zwiedzenie wyspy Uznam rowerem. W tym oczywiście tajemnicze Peenemünde.

Mapka3

Plan zwiedzania był opracowany jeszcze przed wyjazdem. Trzy dni, trzy trasy. Pierwsza rozpoznawcza, jedynie do uznamskich uzdrowisk i powrót interiorem bliżej Zalewu. Druga, polska – przez miasto i promem przez kanał portowy, dalej plażą do Międzyzdrojów i z powrotem drogą. I trzecia, do głównego celu wyprawy: koleją i rowerem do krańca Wyspy i bazy rakietowej Peenemünde.

Trasa

Program został w zasadzie zrealizowany, z małą zmianą drugiego dnia, o czym dalej. Najpierw jednak trzeba było dojechać do Świnoujścia samochodem z rowerami na dachu, co się udało. Tylko raz trzeba było poprawiać mocowanie sprzętu na dachu samochodu. Wybraliśmy kwaterę blisko granicy. Do przejścia granicznego prowadziła prowadziła jeszcze przedwojenna szeroka dwukilometrowa ulica wykładana kostką. Po obu jej stronach, aż do samej granicy ciągnęły się stragany, a przy nich kłębił się tłum kupujących przybyłych zza naszej zachodniej granicy – dla nich wszystko było czterokrotnie tańsze, niż u nich.

Dzień 1. Przejście graniczne tylko dla pieszych i rowerzystów, bez żadnej kontroli. Ahlbeck i Heringsdorf, wspaniałe uzdrowiska Kajzera, teraz ciche i podupadłe. Deszcz, ale w Heringsdorf słońce i nieco plażowiczów.

AhlbeckHeringsdorf1

Poważnym przeżyciem był powrót obok lotniska Garz, przez wsie. Droga wąska, duży ruch traktorów i małych ciężarówek, a na koniec wymarła granica.

Dzień 2. Nazajutrz elegancko ubrani, jak na kurorty przystało, pojechaliśmy rowerem do Międzyzdrojów. Promem na wschodnią stronę Świnoujścia, przy rzece do plaży i po mokrym piasku do celu. Skutki były opłakane. Jazda po mokrym piasku plaży w upał okazała się mordercza.

PowrotMorze

W Międzyzdrojach na molo okazało się, że za godzinę odpływa  statek niemieckiej białej floty do… Ahlbeck! Wróciliśmy więc luksusowo i bez wysiłku, a z Ahlbeck do kwatery w Świnoujściu było już tylko 30 minut jazdy.

Dzień 3. Ostatni. Krótko rowerem na stację Ahlbeck-Grenze i pociągiem do końca wyspy. Tam wjeżdża w samo centrum kompleksu.

Po zakończeniu wojny większość naukowców pracujących w Peenemünde została przechwycona i wywieziona do Stanów Zjednoczonych w trakcie operacji Paperclip (spinacz) przeprowadzonej przez amerykańskie służby specjalne. Natomiast Anglia i Związek Radziecki przechwyciły pracowników technicznych. Na mocy porozumień pomiędzy aliantami ośrodek rakietowy w Peenemünde został zniszczony. Ocalała jedynie elektrownia, funkcjonująca do upadku Niemieckiej Republiki Demokratycznej obecnie przerobiona na muzeum, lotnisko i linia kolejowa do pobliskiego uzdrowiska Zinnowitz. Lotnisko w okresie istnienia NRD było użytkowane przez jej armię ludową i armię radziecką do czasu upadku muru berlińskiego.

W 1992 roku w jednym ze schronów obsługi i na terenie dawnej elektrowni utworzono muzeum historyczne. Prezentowane są w nim eksponaty dotyczące historii tego hiilerowskiego ośrodka.

Peenemunde

Stacja początkowa Usedom-Grenze uznamskiej kolei, później przedłużonej do centrum Świnoujścia. Widok ogólny Peenemünde, a raczej tego,  co zostało z hitlerowskiej bazy rakietowej i zostało przekształcone w muzeum. Po prawej: piwo po zwiedzaniu w portowej kawiarence. W tle widoczny radziecki okręt podwodny opisany niżej

Jedną z ciekawostek Peenemünde jest poradziecki okręt podwodny klasy 651. Nie ma on nic wspólnego z hitlerowską bazą, ale jego historia jest ciekawa. Na początku lat 90-tych w byłych nadbałtyckich republikach ZSRR porzucił wiele starego sprzętu bojowego. W łotewskiej bazie Lipawa porzucono między innymi dwa okręty podwodne, które zostały sprzedane. Jeden z nich grał rolę radzieckiego okrętu podwodnego K-19 w filmie z Harrisonem Fordem. Drugi został kupiony przez Duńczyków i przeholowany do Kopenhagi, a później sprzedany do Niemiec. Ten właśnie cumuje od 1998 roku przy nabrzeżu.

Odjazd

Powrót do spisu treści

Taurusem II w poprzek Europy. To trwało 6 lat.

1999-2004 r. Z Emmerich nad Renem do Marsylii

Wszystko zaczęło się bardzo dawno. Był rok 1992. Nasza, założona jesienią 1989 roku dwuosobowa firma, funkcjonująca zresztą do dziś, zaczęła wreszcie przynosić skromne dochody. Po raz pierwszy stać nas było na weekend w Paryżu, gdzie pojechaliśmy swoim samochodem. Przez dwa pełne dni zwiedzaliśmy miasto pieszo i metrem, od Łuku Triumfalnego po Luwr i Plac Bastylii. Przechodząc z Luwru przez Sekwanę mostem Pont des Arts zobaczyliśmy nabrzeże portu des Saints-Pères przy Quai de Conti. Akurat z jednej z barek wyszła zwiedzać miasto para w naszym wieku. My byliśmy zmęczeni, zziajani i nieprzytomni od wielogodzinnego chodzenia w upale i zaduchu miasta. Oni wyglądali świeżo i na luzie. Wtedy w duchu podjąłem decyzję, że tak będziemy zwiedzać Europę!

Paryz

Ten moment zdecydował o prawie całym naszym dziesięcioleciu…

Uwaga: wiele zdjęć w tym tekście ma niską rozdzielczość. Są to zwykle skany starych zdjęć lub nieco poprawione klatki analogowego wideo. Takie to były czasy…

Pierwszym krokiem był oczywiście kurs motorowodny. Wtedy trwało to pół roku. W staraniach bardzo mi kibicowali przyjaciele, żeglarze wiatrowi. W owych czasach było tak, że każdy kto pływał na zwykłej żaglówce z silnikiem musiał mieć, obok żeglarskiego, patent motorowodny. Do łódki była jednak jeszcze daleka droga. Po pierwsze, po drugie i po dalsze brakowało pieniędzy. Z każdym rokiem był jednak lepiej. Najpierw kupowaliśmy małe, stare i tanie motorówki. Cechą takich łódeczek jest to, że w przeciwieństwie do samochodów nie starzeją się wcale i mogą służyć lata. 

PaentCzapkaKasiaRybitwa

Patent, czapka kapitańska i motorówki, od których zaczęliśmy – Kasia (2,5 m) i Rybitwa (4,7 m). Są one nadal produkowane, od 50-ciu prawie lat. Od początku na tych maleństwach zakładałem dumnie czapkę budząc niemałe zdziwienie na wodzie

Nie było jednak wątpliwości, że na drogi wodne Europy jednostka musi być większa, było można w niej mieszkać. Znalazłem ogłoszenie w Życiu Warszawy. Tylko dwa słowa: motorówki montuję. Zadzwoniłem i przedstawiłem moje plany. Mój rozmówca, pan Krzysztof Masiak z Klarysewa już prowadził początkujący biznes motorowodny i także myślał o hausbootach, czyli motorowych jachtach mieszkalnych. Przyjął zamówienie i sprowadził do Warszawy surowy 8-metrowy kadłub łodzi motorowej ze stoczni pod Gdańskiem do zabudowy według mojego szkicu. Wyglądało na to, że łódka, nazwana przeze mnie Taurus (czyli Byk w łacinie) będzie ciasna, ale na pewno 4 osoby zmieszczą się na niej ze spaniem. Budowa szła szybko, opłacałem ją w małych ratach, z comiesięcznych zarobków. Wreszcie, jeszcze w stanie z niewykończonym łódka była gotowa do prób na wodzie, które odbyliśmy na Zalewie Zegrzyńskim. Już po kilku minutach okazało się niestety, że zaproponowany przez konstruktora, a zaakceptowany przez mnie nowoczesny napęd strugowodny  jest zupełnie  nieprzydatny do mojej planowanej podróży.

Struga

 Działanie napędu strugowodnego jachtu motorowego

Napęd taki nadaje się bowiem do szybkiego pływania na otwartych wodach, na przykład jezior, a nie po wąskich torach żeglugowych rzek czy kanałów. Steruje się dyszą, wylotem wody. Gdy silnik ma małe obroty, a tak zwykle jest na kanałach, jacht nie ma sterowności i kręci się w kółko. Pan Krzysztof Masiak z klasą zwrócił mi całość wpłaconych środków, miał już chętnych na Taurusa. Solidny gość – do dziś prowadzi biznes szkutniczo-motorowy.

Ja miałem problem od nowa. Jak zwykle pomógł internet. Najpierw ustaliłem pożądany wzorzec mojej łodzi – 9-metrowy kuter rybacko-operacyjny Conrad 900, produkowany od lat w renomowanej Stoczni Jachtowej im. J. Conrada Korzeniowskiego w Gdańsku. Dotarłem do tej stoczni, ale już jej nie było. Została sprywatyzowana i rozsprzedana w kawałkach. Okazało się jednak, że dział kadłubowy kupił były pracownik Conrada pan Janusz Radomski i pod nazwą Polaris Yachts rozpoczął samodzielną działalność. Co więcej, zgodził się przyjąć zamówienie na realizację mojego nowego pomysłu, już Taurusa II, w systemie gospodarczym z moim udziałem i płaceniem w ratach w miarę postępu prac.

Do napędu nowej, ciężkiej i dużej jednostki kupiłem bezpośrednio w fabryce Ursus największy, 4-cylindrowy licencyjny ciągnikowy silnik Massey-Ferguson Perkins. Wtedy pojawił się nowy, najbardziej kosztowny problem – marynizacja silnika. W ciągniku bowiem silnik chłodzony jest powietrzem, a w łodzi musi być chłodzony wodą. Ponadto silnik w ciągniku napędza skrzynię biegów, której w jednostce pływającej nie ma. Jej rolę spełnia bardzo kosztowna, hydrauliczna przekładnia redukcyjno-nawrotna, która musi być ponad dwukrotnie mocniejsza od silnika. Na każdym statku można przecież  jednym ruchem przełączyć od całej naprzód na całą wstecz. Przy takie próbie w samochodzie rozleciałby się i silnik, i skrzynia…

UrodzinyTaurusaU góry: Budowa, wodowanie i chrzest w stoczni Polaris Yacht Janusza Radomskiego. Chrzciłem wylewając (niestety) szampana ze szklanki, bo bałem się, że butelka może uszkodzić jednostkę. Pan Janusz dołączył się do chrztu ręką. Niżej: załadunek Taurusa II po jego wykończeniu na stelaż podróżny. Pilnuje załadunku pan Tomasz Malinowski (ostatni z prawej). Przed załadunkiem jacht jeszcze odbył podróż na Motławę.

W Taurusie II wszystko, nawet część wnętrza perfekcyjnie zrobił Janusz Radomski. Niestety, jak się robi perfekcyjnie to i powoli. Ponadto zarabiał na mnie niewiele, a wykończeniówka jest pracochłonna. Gdy przyjechaliśmy w końcu czerwca 1998 roku  do firmy Polaris Yachts po odbiór naszego hausboota okazało się, że nie wszystko jest gotowe na długotrwała podróż. Polaris Yachts nie miał już ani mocy przerobowych, ani czasu – budował właśnie kilka dużych kutrów rybackich. Po rozliczeniu znaleźliśmy więc opodal jeszcze jedna firmę, która podjęła się dokończyć zabudowę wnętrza. Sezon już trwał, uzgodniliśmy więc termin gotowości na następny, czyli rok 1999.

Firmą tą był Spider Budowa i Remonty Jachtów Tomasza Malinowskiego w Górkach Zachodnich nad Wisłą Śmiałą. Niezwykle profesjonalny i sympatyczny człowiek, pracujący solidnie i dokładnie. Naszego Taurusa II nazwał roboczo tramwajem, w czym miał dużo racji, gdyż na super jacht on nie wyglądał. Był to przecież pierwszy hausboot, czyli jacht mieszkalny w Polsce.

Wnetrze

Koniec zwieńczył dzieło. Wnętrze kabiny – sterówka kuchnia i pokój

Były i problemy. Przeprowadzając jacht z Polaris Yachts do Spidera zatarliśmy silnik, bowiem po zimie nie uzupełniliśmy płynu chłodzącego. Stało się to na Wiśle Śmiałej, 200 m przed dotarciem do celu. Taurus II został ściągnięty do nabrzeża motorówką. Niezależnie od prac wykończeniowych w kabinie, musieliśmy zlecić naprawę silnika. Zrobił to znakomity mechanik pan Roman Zaborowski, właściciel firmy Moto-Jacht-Serwis, która na szczęście mieściła się obok Spidera. Sympatyczny, znakomity fachowiec, dla którego żaden silnik morski, nawet na łodziach podwodnych, nie miał tajemnic. Historia budowy Taurusa II była więc historią pracy skromnych, a wielkich ludzi. Dziękuję im zawsze, jak tylko mam okazję. Dodam, że wszystkie usługi przy budowie mojej jednostki były wyceniane rzetelnie i uczciwie.

Podczas dwóch weekendów osobiście położyłem w łazience Taurusa II, czyli kabinie prysznicowej z umywalką i chemicznym WC,  piękne „lądowe” glazurowane kafelki  w kolorze morskim. Do tej pory moi gdańscy szkutnicy pamiętają te kafelki jako obrazę ich zawodu. Nie dziwię się, hausbootów przedtem nie robili. A my, dziki tym kafelkom, mieliśmy piękną łazienkę na zwiedzanie Europy wodą.

RzutyCertyfikat

Świadectwo żeglugowe i szkic techniczny Taurusa II

Plan podróży

Założeniem było przepłynięcie Europy Zachodniej w poprzek wodami śródlądowymi, przy czym głównymi ustalonymi celami był Amsterdam, Paryż i Marsylia. Zakładaliśmy, że ten plan zrealizujemy ciągu w pięciu miesięcznych urlopów, zawsze w lipcu. Właśnie w lipcu, bo w sierpniu wszyscy Francuzi, a także wielu Belgów i Holendrów, urlopuje. Na drogach, także wodnych, panuje tłok, a wiele instytucji jest zamkniętych.

Mapa

Mapa planowanego rejsu Taurusa II. Centralny śródlądowy port jachtowy Francji

Planowany skład załogi rejsu to 2+2, ale w czasie kolejnych lat realizacji pomysłu dzieci dorosły i już nie zawsze, choć jednak zwykle, były w załodze i pływali z nami. Każdego roku przed rejsem jeździliśmy samochodem przez Europę do miejsca zimowania łódki. Po rejsie pozostawialiśmy Taurusa II  w porcie technicznym „à sec”, czyli na brzegu, do obsługi i konserwacji technicznej oraz przechowania go aż do następnego roku. W końcu lipca wracaliśmy wszyscy samochodem do domu.

Taurusa II trzeba było jakoś zawieźć do Holandii, skąd miała zacząć się nasza wyprawa. Szukaliśmy ofert na ten nietypowy transport w internecie. Nasz ładunek był przecież nadwymiarowy, o szerokości większej niż 2,5 m. A więc specjalne oznakowanie, specjalnie wyznaczona trasa na niektórych tylko drogach i jazda w dzień lub w nocy, według dopuszczalnego czasu pracy kierowcy. Transport trwał więc prawie trzy doby. My jechaliśmy za tirem naszym samochodem i spaliśmy na postojach wtedy, kiedy spał kierowca. On na swoim łóżku w kabinie, a my… po prostu w naszej łódce na naczepie, choć bez możliwości korzystania z naszego prysznica i WC. Były też problemy W Wałczu transport nasz musiał przejechać pod starym niskim wiaduktem kolejowym. 5 cm za niskim. Pomyślałem sobie, że trzeba zdemontować na łódce reflektor radarowy. To taka rombowa konstrukcja z solidnej blachy nierdzewnej na dachu sterówki widoczna na poprzednim rysunku. Dużo byłoby pracy z tym demontażem i ponownym montażem. Nasz kierowca, niezapomniany sprytny chłopak, Andrzej Make postanowił jednak wypuścić połowę powietrza ze wszystkich opon. Przejechaliśmy wolniutko. Po wyjechaniu spod wiaduktu pan Andrzej włączył sprężarkę tira i było po kłopocie.

Problemem było również przekroczenie granicy celnej z naszym ładunkiem. Polska nie była bowiem wtedy członkiem Unii Europejskiej. Nie było też strefy Schengen. Ten problem rozwiązałem lekkim oszustwem dokonując warunkowej odprawy jachtu na trzy miesiące, z obowiązkiem przywiezienia go z powrotem. do kraju. Oczywiście nie przywiozłem, bo przewidywałem, że przed końcem naszej podróży Polska wejdzie w skład Unii i problem sam się rozwiąże. Były z tym zresztą inne problemy, ale dopiero w roku 2004.

Transport

Podróż Taurusa II, i nas za nim, z Górek Zachodnich do Emmerich. Wodowanie

Punktem  startowym rejsu był niemiecki port jachtowy w Emmerich. Dlaczego właśnie Emmerich w Niemczech, a nie na przykład Arnhem w Holandii? Z bardzo prostej przyczyny. Otóż transport do kraju ościennego, jakim były Niemcy, był wówczas wyceniany znacznie taniej niż tranzytowy dalej. W Polsce nie było jeszcze pozycji UE w cennikach firm transportowych. Dodajmy, że koszt transportu Taurusa II był do wytrzymania, bo wówczas nasze tiry jeździły na zachód zwykle puste, po towar.

Podczas całego rejsu Taurus II zimował tam, gdzie dopłynął. W Holandii w Roermond, we Francji w Port St. Louis Poissy pod Paryżem, dwukrotnie St. Jean de Losne w Burgundii, w centralnym punkcie wodniaków we Francji i raz nad Morzem Śródziemnym w Port Saint Louis du Rhone, przy ujściu Rodanu w pobliżu Marsylii.

Rok 1999. Etap I, Holandia

Wypłynęliśmy na zachód rzeką wielką, Renem. Wszystko było wielkie, nowe, nieznane. Nie mieliśmy ani map, ani przewodników dróg wodnych, ani locji. Nie mieliśmy nawet przyzwoitych odbijaczy, które kupiliśmy dopiero w Amsterdamie.

ZwodzonyJaz

Pierwsza niespodzianka, co to jest? Światło zielone, ale po co te łuki? Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, że był to wielki jaz, zapora przed cofką morza

Z Emmerich najpierw popłynęliśmy przekroczyć granicę Holandii by zatrzymać się w Arnhem, mieście polskich bohaterów. To było pierwsze 35 km. Tam też po raz pierwszy stanęliśmy w marinie i zjedliśmy pierwszą kolację. Kolację pożegnalną z tymi, którzy pomogli nam zacząć: Andrzejem Wypyszyńskim – kierowcą naszej warszawskiej firmy, Romanem Zaborowskim – wspomnianym już mechanikiem z Gdańska oraz Andrzejem Make, kierowcą tira, który przywiózł naszą łódkę. Andrzej i Roman przyjechali dzień wcześniej, by ostatecznie sprawdzić oraz przygotować Taurusa II do rejsu.

Rano, po wizycie na cmentarzu w Arnhem, z duszą na ramieniu, bo to pierwsze chwile na wodzie, wyruszyliśmy do uniwersyteckiego Utrechtu, To ciekawe, stare miasto. Zaskoczyło nas też tym, że jedynie tu, gdy w upale jedliśmy obiad w restauracji, podano naszemu psu miskę wody, bez naszej prośby. Ba na ten pierwszy rejs zabraliśmy naszego psa z Warszawy. Nie okazało się to sensowne, bo w czasie gdy zwiedzaliśmy miasto zostawał sam na pokładzie, w zamkniętej kabinie, i gryzł okolice drzwi chcąc się wydostać. Bardzo to przeżywał.

W Amsterdamie zobaczyliśmy pierwszą prawdziwą marinę, z tysiącem chyba jachtów. W mieście tym siedzieliśmy kilka dni, żeby wszystko zobaczyć i dotknąć.

image description

Oto nasza trasa w lipcu 1999 roku. Arnhem, Utrecht, Amsterdam, Rotterdam, Heusden, Zuijk, Venlo i Roermond. Pierwsza śluza, ogrom. Amsterdam przywitał nas deszczem. W marinie bardzo ciasno. Starówka Amsterdamu jest przepiękna, a te najwyższe okienka z belką i hakiem to wejścia do skarbców mieszczan, dostępnych jedynie z zewnątrz, po linie, na widoku sąsiadów.

Płynęliśmy dalej przez Haarlem do Rotterdamu kanałem, w którym poziom wody był wyższy niż otaczającego go terenu depresji Pasły się tam krowy, na które z Taurusa II patrzyliśmy z góry. Kanał nasz przechodził też nad autostradą. W Rotterdamie, w marinie Stichting Veerhaven, również siedzieliśmy kilka dni zwiedzając miasto i okolice. Młodzież nie traciła czasu, szalejąc w nocy w miejscowych dyskotekach.

RotterdamTaurus

Rotterdam. Taurus II w marinie Stichting Veerhaven. Most Erazma czyli Erasmusbrug, przecież Erazm był z Rotterdamu. Ulica. Tu wszystko jest jakoś niezabytkowe i współczesne. Most Erazma w nocy

Potem wyruszyliśmy Mozą na południe. Przez Maastricht, stolicę Limburgii, holederskiej krainy znanej z sera. Tam właśnie, 7 lat wcześniej, podpisano Traktat o Unii Europejskiej. W końcu dopłynęliśmy do uroczego holenderskiego miasteczka Roermond, w którym mają marinę zimową. Tam, w Jachthaven „Het Steel” pozostał Taurus II na zimę. Zanim jednak się to stało, mieliśmy kilka wolnych dni urlopu. Staliśmy więc w marinie w tym mieście, ale wypływaliśmy kilka razy Taurusem II na okoliczne jeziora, by się kąpać i opalać stojąc na kotwicy. Wieczorem wracaliśmy do mariny robić kolację i odpoczywać. Któregoś z tych wieczorów usiedliśmy na deskach pomostu przy zacumowanym Taurusie II. Po chwili podeszło dwóch panów, również żeglarzy, którzy spojrzeli na naszą banderę i upewniając się, że rzeczywiście przybyliśmy z Polski, rozpoczęli rozmowę. 

Roermond

Marina Roermond, w „końcowym” dla nas mieście Holandii. Po prawej dźwig, na nim wisi Taurus II już wydobyty z wody. Zaraz zostanie przewieziony na leże zimowe

Dogadywaliśmy się z trudem, jednocześnie po niemiecku i angielsku. Jeden z nich stale powtarzał „szamotuly”. Okazało się, że był on kilka dni w Polsce w 1991 roku, jako unijny mąż zaufania w komisji wyborczej w Szamotułach. Trudno było rozmawiać na chwiejnym pomoście, więc zaprosili nas na swój jacht na kawę. OK powiedziałem, zaraz przyjdziemy, ale gdzie? Padła odpowiedź that big one. Pętaliśmy się wiec po marinie szukając czegoś o tej nazwie. Nie było. W pewnej chwili krzyknął do nas ktoś z  piętrowego, wielkiego jachtu – to tu!. To byli oni! Siedzieliśmy więc na tym big onie z godzinę. Dowiedzieliśmy od nich, że w Roermond  po to, by taniej kupić paliwo i zatankować olbrzyma, bowiem, jak mówili, niedaleko, ale już w Belgii, jest bardzo tania brzegowa stacja paliwowa, w której co roku oni sami tankują ropę na sezon. Moza tam jest rzeką graniczną – po lewej holenderski wielki port Maasbracht, a po prawej belgijski port jachtowy Ophoven. Oczywiście popłynęliśmy, zatankowaliśmy do pełna, a nawet spowodowaliśmy mały skandal, bo trochę się nam „przelało”. Pan benzyniarz latał jak wściekła osa i pryskał wodę otaczającą Taurusa II detergentem kasując tęczową plamę… A kary za paliwo na wodzie były drakońskie. Nas nie opieprzył, bo nie znał języka, tylko machał rękami, żeby natychmiast odpłynąć.

Rok 2000. Etap II, przez Belgię do Paryża

W Roermond pojawiliśmy się ponownie na początku lipca 2000. Zostawiliśmy samochód na parkingu mariny i wypłynęliśmy na południe wielką tu jeszcze rzeką Mozą. Nocleg w marinie w Liège, centrum przemysłu ciężkiego Belgii był niekomfortowy. Straszne dymy i smrody kopalni oraz hut, jak u nas na Śląsku. Zjedliśmy tu jednak w restauracji dobry obiad, jak na górnicze miasto przystało.

Od rana w górę Mozy. Krajobrazy już piękne, a na wzgórzach, w każdym większym mieście cytadela, czyli fort obronny z czasów I Wojny Światowej. Jeden nawet zwiedziliśmy.

Belgia

Plan na rok 2000 niewielki, ale tylko na pozór. Wyżej po lewej mapka orientacyjna, obok mapka trasy tego roku. W Belgii 3 noce. Liège to kopalnie i huty. W Namur już pięknie. W Dinant także jest twierdza z czasów I Wojny Światowej. Zapewnia piękny widok

Blisko granicy belgijsko-francuskiej Moza wspina się po kolejnych śluzach wyżej. To już Ardeny, słynne z hitlerowskiej kontrofensywy w 1944 roku. Wielu tamtejszych Polaków wie, że w tutejszych lasach rosną prawdziwe polskie grzyby – borowiki i podgrzybki, a nie jakieś tam trufle, choć te trafiają się też, ale trzeba zabierać ze sobą świnię. Na odcinku górskim Moza robi się rzeczką. Śluzy są wąskie, a przy tym wysokie. Miasteczko graniczne Givet ma oczywiście wielką twierdzę na skale i drobny przy niej kościół. Na kei widać trochę młodzieży.

GivetCharleville

Gest zdobywcy: no! Givet. Nasz pierwszy tunel, Ham-sur-Meuse, 500 m długości, 7 wysokości. (z wodą) i 6,6 m szerokości. Strach płynąć – dokładnie nad nami była linia kolejowa, szosa i miasteczko.. Na dole: marina w Fumay – uroczej mieścinie i rynek w stolicy Ardenów – Charleville-Mézières.

Fumay nas urzekło. Nocowaliśmy tutaj w bajkowej scenerii gór i wody. Nie byliśmy oryginalni. Zatrzymują się tu wszyscy wodni podróżnicy. Fumay to naprawdę dziura w górach. Głównym zajęciem miejscowych mężczyzn jest Pétanque – czyli tradycyjna francuska gra w kule. Innej ludności tu nie widać. Kobiety pewnie gotują i oglądają TV, młodzieży nie ma. W pizzerii, gdzie jedliśmy obiad, siedziała przy barze tyłem do lady, jedyna chyba w tym miasteczku ozdobna Francuzka w późniejszym nieco, ale jeszcze korzystnym wieku, która napawała się po prostu widokiem obcych (ja miałem wrażenie, że tylko moim…). Wyglądało to na „dyżur” codzienny. Zabijała pewno prowincjonalną nudę. Nie była to raczej tzw. panienka „pracująca”, bo w hausbootach pływają głównie emeryci z żonami, które zawsze są skłonne do egzekucji w takich przypadkach.

Z braku miejsca przy kei cumowaliśmy do jednostki już zacumowanej przy nabrzeżu. Przechodząc przez nią do siebie standardowo przeprosiliśmy za kłopot sąsiada, Belga, którego, w tej sytuacji, zaprosiliśmy na kieliszek polskiej wódki. Po chwili przyszedł zastrzegając, że tylko na kieliszek, bo jego żona nie czuje się dobrze. Ale czy prawdziwy, i jak się potem okazało, bywały w świecie mężczyzna rezygnuje z rzadkiej możliwości towarzyskiej, gdy tygodniami pływa jedynie ze swoją żoną? Siedział u nas siedem godzin. Sączyliśmy najpierw naszą polską wódkę, potem jego wino, a w końcu piwa, jakie kto miał. Opowiadał o świecie. Rozmawiał w trzech językach: po angielsku (z naszymi dziećmi), po francusku (do mojej) i po niemiecku (ze mną).  Jego małżonka przeżyła jakoś ten brak opieki, co okazało się rano.

Stolicę kraju Ardenów, Charleville-Mézières, zwiedziliśmy dokładnie, a zwłaszcza rynek, czyli Plac Książęcy, który jest kopią paryskiego Placu Wogezów. W Charleville wynajęliśmy też samochód, którym rodzinnie pojechaliśmy do portu w Roermondzie, skąd przyprowadziliśmy nasz samochód. Poem popłynęliśmy przez La Chesne, Rethel do Reims.

SzampaniaW Reims Mumm,  w Eperney Moet&Chandon, Dom Perignon – to najwyższe światowe marki szampana. Próbowaliśmy je wszystkie. Tam, w piwnicach. Spotkanie na Taurusie II z polską rodziną. Potem 2,3 km tunelu i powrót do świata

W Reims program obejmował oczywiście zwiedzanie najwyżej cenionej na świecie gotyckiej katedry, piwnicy szampana Mumm i wielkiego muzeum starych samochodów prowadzonego przez ponoć kierowcę prezydenta Clintona, Francuza, który po powrocie ze służby założył był to muzeum.

Podczas naszego 3-dniowego postoju na kanale w centrum Reims, koło naszej łódki stale kręcił się jakiś wyrostek. Obawialiśmy się nawet okradzenia. W ostatnim dniu zagadał jednak do nas… po polsku! Okazało się, że jest członkiem miejscowej polskiej rodziny. Zaprosiliśmy więc całą tę rodzinę na pokładowe wino. Ojciec rodziny, szpakowaty pan, okazał się być moim dawnym kolegą z Politechniki, który wyjechał na wykłady do Afryki i nie zdążył wrócić przed stanem wojennym 1981 roku. Osiadł więc w Reims.

Jeszcze w półśnie weszliśmy w ponad dwukilometrowy tunel, który zgodnie z przepisami mógł być pokonywany z prędkością 2 km/godz. Nie wytrzymaliśmy, płynęliśmy szybciej, a i tak podczas tego przejścia zdołaliśmy przygotować gorące śniadanie, zjeść go i nawet zmyć naczynia. Po wyjściu z tunelu czuliśmy się jak na nowo narodzeni. Teraz już do Paryża.

 

Paryż. Cel 2000 roku.

Pobytu w Paryżu nie da się opisać krótko, wiec nie zostanie opisany wcale. Planowo staliśmy tu 11 dni! Miasto zwiedzaliśmy pieszo według ustalonej wcześniej listy ważnych turystycznie miejsc i rejonów, dojeżdżając do nich i wracając do domu, czyli na Taurusa II w marinie l’Arsenal przy placu Bastylii. Tu podaję tylko listę punktów trasy: Luwr, Ogrody Tuileries, most Pont Neuf, Plac Concorde, Musée des Arts et Métiers, Marais, centrum Georges Pompidou, Hôtel de Ville, Sorbona, Panthéon, Ogród Luksemburski, Musée d’Orsay, Zgromadzenie Narodowe, Saint Germain des Prés, wieża Eiffla, Hotel Inwalidów, Pola Elizejskie, Pałac Elizejski, Łuk Triumfalny, Galeria Lafayette, Opéra, Gare du Nord, Gare de l’Est, Montparnasse, Cmentarz Montparnasse, Bazylika Sacre Coeur,-Montmartre, Moulin Rouge, Plac Pigalle, cmentarz Pere-Lachaise i La Defense, czyli paryski Manhattan. Był to niezwykle ciekawy, spokojny i tani pobyt czterech osób mieszkających na wodzie, z samochodem tuż obok na nabrzeżu, z wszelkimi usługami (woda, prąd i ochrona). Kosztowało nas to wszystko mniej niż 60 PLN za dobę!

ParisKompletP

Opis po kolei od lewej. Zbliżamy się Sekwaną do centrum Paryża. Marina przy Sekwanie, którą 1992 roku zobaczyłem zwiedzając miasto – to jej właśnie widok był przyczyną całej wyprawy. Śluza między Sekwaną a portem l’Arsenal, w którym zamieszkaliśmy, widocznym niżej. Agnieszce najlepiej pracowało się pod wieżą. Planuję kolejny dzień. Karol wybiera się do miasta; dzieciaki zawsze zwiedzały Paryż razem, ale po swojemu. Koniec pobytu, płyniemy obok katedry Notre-Dame do zimowej mariny w Poissy

Rok 2001. Etap III, z Paryża do Saint Jean de Losne w Burgundii

W końcu czerwca 2001 roku wypłynęliśmy z Poissy po zimie i ruszyliśmy do Paryża. W chwili wypływania na Sekwanę coś szarpnęło łódkę do dna. Nic się potem nie działo. Taurus II jednak zwolnił, a utrzymanie normalnej prędkości wymagało wyższych obrotów. Postanowiliśmy sprawdzić silnik od razu, na Sekwanie, jeszcze przed dopłynięciem do Paryża, czyli planowanego punktu startowego etapu 2001. Do Paryża płynął bowiem z nami nasz mechanik z Gdańska, pan Roman Zaborowski, który wcześniej, w Poissy, dokonał planowego przeglądu i regulacji silnika na przygodnym pomoście. Dokładnie ponownie sprawdził układ napędowy i nie znalazł nic nieprawidłowego. Taurus II nadal jednak drżał, płynął wolniej i wymagał wyższych obrotów silnika niż dawniej.

Niestety, nie można było zrobić nic więcej. Po nocy w marinie l’Arsenal rozpoczęliśmy więc zaplanowaną podróż przez centrum Francji. Przyczynę kłopotów zobaczyliśmy dopiero w porcie końcowym trasy, w Burgundii, w St. Jean de Losne.

Start2001

Wypłynięcie z Poissy i problem z napędem. Niżej: trasa na 2001 rok ogólnie i w szczegółach oraz żuraw obsługujący jachty w naszej paryskiej marinie. Nie przyszło nam do głowy by z niego skorzystać i spojrzeć na śrubę

Ruszyliśmy w trasę Sekwaną na południe. Celem naszej podróży w roku 2001 było dotarcie do centrum yachtingu rzecznego Francji, leżącego na skrzyżowaniu głównych dróg wodnych tego kraju, mekki turystyki wodnej Europy – kompleksu wodniackiego w Saint Jean de Losne, w pobliżu Dijon, stolicy Burgundii. W tym porcie krzyżowały się bowiem wszystkie szlaki wodne Francji, niegdyś, przed wynalezieniem kolei, jedynego systemu komunikacyjno-transportowego Europy, który łączył Morze Północne z Morzem Śródziemnym. System ten całe stulecia służył wielu państwom i ich gospodarce. Jego znaczenie widać na tej malej mapce powyżej. To właśnie Kanał Burgundzki połączył przez wyżyny Sekwanę i Rodan, dzięki czemu powstała potęga ówczesnej Francji. A przez Saonę i Ren dołączyły do systemu Niemcy. Tak naprawdę wtedy powstała Europa. Dziś ten system wodny służy turystom całego świata, a Sain Jean de Losne jest jego centrum. Każda z tras tego systemu, rzecznych czy kanałowych, dostarcza niezwykłych widoków i wrażeń. Nie tylko Europejczykom. Pływa tędy wiele barek prywatnych i zawodowych, pełnych turystów amerykańskich i azjatyckich.

Po wypłynięciu z Paryża i nocnym przystanku w podmiejskim Melun dotarliśmy do niewielkiego miasta Montereau, leżącego w miejscu, w którym do Sekwany wpływa malownicza i spokojna rzeka Yonne.

Montereau

Taurus II w Montereau, już na wodach Yonne. Rozpoczyna się najbardziej ekscytująca i urokliwa trasa wodna centralnej Francji

Ta Francja przywodziła na myśl sceny z filmów serca i szpady, czyli czasów muszkieterów i konfliktów kardynała z królem. Wkrótce osiągnęliśmy punkt początkowy najpiękniejszej drogi wodnej Francji – Kanału Burgundzkiego – La Roche Migennes.

LaRoche

Sens, Villeneuve, La Roche Migennes. Ta ostatnia miejscowość to także wielki węzeł kolejowy na trasie Paryż-Lyon i punkt początkowy Kanału Burgundzkiego

Słabe to miejsce na postój. Po najruchliwszej magistrali kolejowej Francji mknęły TGV co kilkanaście minut, a do tego, z równoległych torów korzystały pociągi lokalne i towarowe. To bowiem główny i najważniejszy punkt kolei francuskich. Nawet dobrze się przy tym spało, zwłaszcza po orzeźwiającej kąpieli w kanale. Jak się okazało w nocy, pełnym szczurów. Ale już nieco dalej, za drugą śluzą Kanału Burgundzkiego, było pięknie, spokojnie i cicho. Nikt nie zna Francji, kto nie płynął jej śródlądowymi drogami wodnymi… 

BurgundyCanal

Burgundia. Rząd górny. Jeszcze w śluzie Laroche-Migennes. Piękna stara pompa wody dla barek (widoczna też w lewym górnym rogu zdjęcia śluzy). Inny już świat: marina w Saint Florentin. Pałac w Ancy le Franc to przykład włoskiego renesansu we Francji. Tonerre główna ulica miasta wśród winnic ze szpitalem XVIII w. Rząd środkowy: stare źródło i miejskie ujecie wody, nie zawsze tak obfite. Montbard, zamek Buffonów. Taurus II w marinie , która była naszą bazą wypadowa na rowerowe wycieczki po okolicy. Rząd dolny: dwa zdjęcia z powietrza grobli dojazdowej i samego średniowiecznego miasteczka Flavigny sur Ozerain, osobliwości na skalę światową. Ten relikt żyje normalnie i dziś, choć jak widać obok, cała zabudowa jest stara. Nie ma przecież na tej trójkątnej wyspie miejsca na nowe czasy. Piliśmy tam współczesne już piwo beczkowe i zjedliśmy obiad w creperie. Na dole po prawej Marigny le Cahouët – kościół i gospoda

Zamek w Montabard pochodzi z X wieku. W XIII książęta Burgundii przekształcili go w fortecę. W 1682 r. przejął zamek Ludwik XIV. Od 1733 r. zarządzał nim Georges-Louis Leclerc, hrabia de Buffon, francuski filozof, przyrodnik i matematyk i członek Akademii Francuskiej. Niedaleko Montbard leży też opactwo Fontenay, założone  w 1118 roku przez św. Bernarda z Clairvaux. Trwa jak nowe. W połowie czerwca 1940 r., w pobliżu tego opactwa, toczyła walki 10 Brygada Kawalerii Pancernej gen. Stanisława Maczka osłaniając przeprawę korpusu francuskiego przez Kanał Burgundzki.

17 lipca stanęliśmy w Pouilly en Auxois, gdzie zaczyna się najdłuższy kanałowy tunel Francji. Budowano go w latach 1826–1832 by spiąć oba kawałki kanału i otworzyć drogę wodną Paryż-Lyon i połączyć całą północną Francję z Morzem Śródziemnym. Dokonali tego dwaj inżynierowie – Charles Forey i Jean Lacordaire.  Tunel o długości 3333 m górnicy drążyli 7 lat, a barki pokonywały go w 10 godzin. W 1867 roku zainstalowano przy tunelu maszynę parową przeciągającą barki za pomocą zanurzonego łańcucha o zamkniętym obiegu. W 1893 r. maszynę parową zastąpiono silnikiem elektrycznym. Ostatecznie czas przejścia barki skrócono do 2 godzin.

Na atrakcję przepłynięcia tego tunelu przyjechał z Warszawy Karol, który nie mógł z nami płynąć przez cały lipiec. Towarzyszył nam kilka dni, aż do Dijon, skąd wrócił do Warszawy. Najpierw jednak pojechaliśmy wszyscy po samochody. Taurus II przejechał do St. Jean de Losne, gdzie pozostał na zimę.

Pouilly

Tunel Pouilly en Auxois. Rząd górny: mapka orientacyjna, mapka tunelu ze zbiornikami zasilającymi, wlot do tunelu w parku miejskim. W środku: sam wlot i widok w połowie długości tunelu, domek śluzowy na pierwszej śluzie za tunelem, centrum Dijon. Na dole od lewej: centrum Chablis, TGV w Montbard, zimowe leże w Saint Jean de Losne

Przed odjazdem do Polski obserwowaliśmy podnoszenie naszego pływającego domu. Gdy wisiał na linach zobaczyliśmy wreszcie przyczynę naszego incydentu na Sekwanie i wielu litrów niepotrzebnie przepalonego paliwa. Na osi u nasady śruby nawinięta była porzucona w Sekwanie gruba na trzy palce linia kotwiczna boi nawigacyjnej, którą Taurus II wyrwał z dna na samym początku rejsu w Poissy.

Rok 2002. Etap III, pętla alzacko-lotaryńska

Na początku lipca 2001 roku wypłynęliśmy z St. Jean de Losne w dodatkową trasę wymyśloną zimą w Warszawie. Chcieliśmy bowiem zobaczyć Alzację i Lotaryngię. Tym bardziej, że starania o wejście Polski do Unii Europejskiej były już zaawansowane. Trasę rejsu wyznaczyliśmy więc tak, by przepłynąć koło Parlamentu Europejskiego. Alzacja i Lotaryngia to zresztą prawie turystycznie nieznane, a warte zobaczenia prowincje.

Start

Z St. Jean de Losne wyszliśmy na Saonę i kanałem Rodan-Ren popłynęliśmy na północny wschód Francji. Na mapce dolnej zaznaczono miejsca szczególnie pamiętne

Po krótkim etapie kontrolnym zatrzymaliśmy się w niewielkim, ale urokliwym mieście Dôle. Tu w 1882 roku urodził się Ludwik Pasteur, twórca pierwszej szczepionki i w ogóle zasady leczenia chorób jej własnymi, osłabionymi bakteriami. Było to wówczas odkrycie przełomowe dla medycyny.

PierwszyEtap

Most na Saonie w St. Jean de Losne. Pierwsza śluza kanału Rodan-Ren. Przystań oraz dom Ludwika Pasteura w Dôle. Niżej: Besançon, położone w zakolu rzeki, w najwęższym miejscu spiętym cytadelą. Dokładnie pod nią wykuto w skale tunel, który jest żeglownym i przejezdnym skrótem rzeki. W połowie tego tunelu wykuto sztolnię do dziedzińca twierdzy na szczycie 

Na twierdzę postanowiliśmy pojechać rowerami. W górę poszło trudno ale skutecznie. Powrót natomiast był makabryczny. Szaleńcza jazda po kamieniach z góry. Żona próbowała przerwać ten zjazd i wyhamowała kontrolowanym upadkiem, który niestety skończył się kontuzją nogi. Następnego dnia, obok dotkliwego bólu pojawiły się na nodze krwawe i sine wylewy. Wszyscy byliśmy w strachu, czy to nie złamanie lub pęknięcie kości. co oznaczałoby zapewne koniec podróży.

Łódkę było prowadzić trudno, bo czynna załoga zmniejszyła się do osób dwóch. Po kolejnej nocy cumowaliśmy w porcie Montbeliard, w niewielkim, ale jednak miasteczku. Był tu, według przewodnika, niewielki szpitalik i to blisko mariny. Poszliśmy kusztykając. Niestety, okazało się, ze był to raczej ośrodek opieki paliatywnej i żadnego lekarza nie było, a zwłaszcza ortopedy.

Wtedy wpadliśmy na zupełnie desperacki pomysł. W Warszawie, w Centrum Medycznym LIM korzystaliśmy już od kilku lat z porad młodego, ale doświadczonego ortopedy, dr Adama Kosima, który podał nam kiedyś numer swojej komórki. Chcieliśmy uzgodnić szybka wizytę i awaryjnie pojechać do Warszawy. Dr Kosim z przykrością powiedział, że jest na urlopie… w południowej Francji. Ale szybko dodał: proszę opisać mi wygląd nogi ze szczegółami, zwłaszcza dotyczącymi kolorów oraz naciskać ranę w miejscach, które podam. Zrobiliśmy to. Po tym samobadaniu i relacji telefonicznej, stwierdził ku naszemu zdumieniu: to nic nie jest, tylko stłuczenie. Za dwie doby będzie można chodzić! I tak było.

MontbeliardNiffer

Marina w Montbeliard. Lotnisko naszego gościa. „Schody” śluzowe do doliny Renu. Kanał w Dannemarie. Niżej: dworzec kolejowy w Miluzie. Szwajcarska Bazylea nad Renem – tu przyjechaliśmy pociągiem z Miluzy i siedzieliśmy na tarasie kawiarni przy Renie obserwując młodzież skaczącą z mostu do rzeki. Oryginalny ekspres  Złota Strzała w muzeum kolei w Miluzie. Ostatnia śluza w Niffer, brama do Renu

W Montbeliard mieliśmy jeszcze jedną przygodę, towarzyską. Otóż już od śluzy w Clerval wlekliśmy się za wielką barką. Za tą barką, a przed nami, płynął jeszcze jeden hausboot. Prowadząca „konwój” barka płynęła bardzo wolno. O 19-tej byliśmy jeszcze przed ostatnią śluzą, którą zamknięto. Zostaliśmy więc wszyscy w kanale. Na barce zaczęto szykować się do kolacji. Z łódki przed nami wysiadło kilkoro pasażerów i odjechało taksówką. Jeden pozostał na pokładzie i sączył sobie wino. Nie wytrzymałem z nudów, wyszedłem na prowokacyjny spacer i zagadnąłem sąsiada. Rozmowa się jakoś rozwinęła, a on zaprosił mnie na swój pokład. Zaproponowałem jednak, by przenieść się na naszą łódkę bo moja żona jest unieruchomiona i nie może wyjść. Przyjął zaproszenie chętnie, zabrał swoja butelkę z kieliszkiem i zamustrował u nas. Siedzieliśmy przy jego winie i naszym piwie do nocy. Był niezwykłym gościem. Tu, we Francji, był ze znajomymi na trzydniowym weekendzie. Przyjechał, a jak się okazało, przyleciał na lotnisko Montbeliard swoją awionetką z Monachium, gdzie jest wziętym i wysoko cenionym patologiem. Bada przesłane mu próbki tkanki, i nie widząc nigdy pacjentów od tych próbek, wydaje wyrok – rak, czy nie. Zarabia bardzo dużo. Patologów jest wielu, ale pewnych i precyzyjnych w rozpoznawaniu zmian tkanek – niewielu.

Rano, kiedy wstaliśmy już go nie było. Ruszyliśmy do Miluzy, ponad 100-tysięcznego miasta trzech kultur. Siedzieliśmy w nim kilka dni zwiedzając miasto i okolice z kolejowym wypadem do Bazylei, w Szwajcarii. Nikt nie sprawdzał paszportu w pociągu podmiejskim… Potem ruszyliśmy kanałem do ostatniej śluzy przed Renem w Niffer, zaprojektowanej przez Le Corbusiera. Śluza ta jest znanym pomnikiem architektury wodnej.

Ren, a właściwie jego skanalizowane koryto o nazwie Grand Canal d’Alsace, jest wielki. Nasz Taurus II był małą łupinką na tej wodzie. Mówiąc szczerze czuliśmy się nieswojo w towarzystwie olbrzymich barek z setkami samochodów lub kontenerów. Do śluz zgłaszaliśmy się z odległości kilometra telefonem komórkowym.

W Strasburgu „mieszkaliśmy” kilka dni. Marina leżała zupełnie na uboczu miasta, w zieleni. Opodal była jedna z lokalnych obwodnic miasta. Przy niej, w połowie dnia, zbierała się duża kolorowa grupa niezłych młodych dziewczyn i kilkunastu mężczyzn, dyskutujących żywo w różnych językach. Po obserwacji i gwarze zorientowaliśmy się szybko, że to codzienna narada robocza dziewczynek obsługujących parlamentarzystów europejskich. Byliśmy więc w prawdziwym centrum Europy.

Strasbourg

Pierwsza śluza na Renie. NIżej dwa ważne punkty Strasburga: Petite France i Rada UE

Ze Strasburga kanał prowadził nas do Nancy, przez Wogezy, piękne góry, których najwyższy szczyt to Grand Ballon (1424 m npm). Nasz kanał, który pasmo Wogezów przecina, budowano oczywiście jak najniżej, w przełęczach. Strasburg jest na wysokości tylko 135 m npm, w Saverne kanał biegnie główną ulicą 42 m wyżej, a najwyższy poziom osiąga na stosunkowo płaskiej wyżynie Wogezów między pochylnią wannową Arzviller, a śluza Réchicourt-le-Château, średnio na poziomie 266 m npm.

 

SaverneArzvillerRechicourtTW Saverne środkiem głównej ulicy. Pochylnia Arzwiller. W jej wannie mieszczą się 30-metrowe barki. Śluza Réchicourt-le-Château. Straszno, a świat otwiera się na dole

Na pochylni Arzviller jedzie się bajkowo. Ale w śluzie Réchicourt traci się humor. Jej komora ma wysokość 16 m (pięciopiętrowy blok) i jest najwyższą jednokomorową śluzą we Francji. Wrota górne, zasuwa dolna i zawory są napędzane przez siłowniki hydrauliczne sterowane z kabiny operacyjnej. 

MapkaNancyToolPoNaprawie

Kanał w Nancy. Jeden z niezliczonych elementów ozdobnych rynku. Na jego środku pomnik twórcy miasta. Na dole po lewej widok mocowania półki rufowej Taurusa II, doraźnie uszczelnionego plastikową torbą na zakupy. Torba ta, w sąsiedztwie pięknej katedry w Tool, została zastąpiona pianką. Odpoczynek w Richardmenil po pełnym trudów dniu 

Dopływamy do Nancy. To stutysięczne miasto, stolica Lotaryngii. Zdumienie budzi rokokowy rynek z bogato zdobionymi bramami na rogach i okazałym pomnikiem z opisem Stanisławowi, dobroczyńcy Lotaryngii, 1831. Zupełne zaskoczenie! Jaki Stanisław i dlaczego tu? Wiedzę uzupełniliśmy dopiero w kraju – nie było wtedy smartfonów. To Stanisław Leszczyński, wypędzony z Polski nasz król. Niedoceniony w kraju, został ukochanym ojcem bogatej Lotaryngii i jest niezwykle tam szanowany.

Powrót z Richardmenil do St. Jean de Losne był już ekspresowy. Jednego dnia, z Epinal do Corre zaliczyliśmy 46 śluz! W Epinal byliśmy w najwyższym punkcie całego rejsu, na wysokości 320 m nad poziomem morza.

Gdy w Corre wpłynęliśmy na leniwą Saonę, większą, ale podobną do naszej Biebrzy, spokój był uciążliwy. Z nudów nasza Agnieszka zaczęła znów malować.

PowrotMapka

Planik powrotu ze Strasburga w skali wysokości. Liczby ciemnoniebieskie to wysokość n.p.m., zielone – to liczba śluz miedzy etapami. Niżej Taurus II na „parkingu” miedzy śluzami w Wogezach i obraz naszej Agnieszki namalowany już na Saonie

Po powrocie do naszej bazy w St. Jean de Losne czekała na nas w biurze zaskakująca wiadomość. Szef mariny, pan Joël Blanquart powiedział, że jest mu przykro, ale do mariny przyjechał przedstawiciel Urzędu Celnego Francji i oświadczył, że zgodnie z nowo wprowadzonymi przepisami okres pobytu we Francji jednostek pływających zarejestrowanych poza Unią Europejską nie może przekraczać 6 miesięcy. Po planowanym naszym powrocie w 2003 roku powinniśmy więc jak najszybciej wyprowadzić Taurusa II poza obszar celny Unii, by uniknąć dużych kar finansowych. Dodał, że prawo to uderza w nas, Polaków, jakby rykoszetem, bo zostało wprowadzone na fali niezadowolenia z nieprzystąpienia Szwajcarii do UE, mimo intensywnego wykorzystywania przez Szwajcarów francuskich  dróg wodnych.

To był problem. Postanowiłem spróbować rozwiązać go po swojemu, choć ani ja, ani moi domownicy nie bardzo wierzyli w powodzenie mojego planu. Pomyślałem, że nie jestem Szwajcarem, więc może się uda.

Przy pomocy naszego serdecznego znajomego inż. Władysława Skoczyńskiego znającego doskonale francuski, napisałem pismo do Urzędu Celnego w Paryżu z prośbą o zgodę na kontynuację podróży Taurusa II po Francji, motywując to faktem, że w chwili rozpoczęcia tej podróży prawo takie nie istniało. Odpowiedź nadeszła po tygodniu (!) mailem, a po dwóch tygodniach na papierze. Oto ona, tu w dwóch fragmentach i tłumaczeniu:

Pismo

Szanowni Państwo,

Otrzymałem Waszą informację o konsekwencjach zmiany przepisów Wspólnoty dotyczących pobytu Waszej łodzi rekreacyjnej TAURUS II na obszarze celnym Unii Europejskiej. Rzeczywiście, przepisy te uległy zmianie zanim sfinalizowaliście Państwo projekt swojego rejsu. Obecnie czas pobytu we Wspólnocie jest ograniczony do 18 miesięcy niezależnie od faktycznego czasu trwania wykorzystywania statku. Potem statek musi zostać wywieziony z portu Wspólnoty lub dopuszczony po zapłaceniu ceł i podatków. Wasza łodź powinna więc normalnie otrzymać zezwolenie celne najpóźniej do dnia 31 grudnia 2002 r.

Art. 553 D.A.C. zezwala jednak na wyjątkowe wykorzystanie procedury odprawy czasowej. Postanowiłem więc wziąć pod uwagę fakt, że przepisy zostały zmienione po rozpoczęciu Waszego pobytu na drogach wodnych Wspólnoty i zezwalam na bezcłowy pobyt Waszej łodzi do 31 lipca 2005 r. pod warunkiem realizowania kalendarza i szczegółowego planu podróży. W razie kontroli proszę przedstawić ten list oraz certyfikat identyfikacyjny Państwa łodzi.

Serdecznie pozdrawiam

Szef Biura Celnego E/3, Marc Fradet

No i jak tu nie kochać Francuzów? Problem podanego terminu końcowego sam się rozwiązał, bo Polska przedtem stała się członkiem Unii Europejskiej.

Rok 2003. Etap IV, tylko tygodniowy spacer

W 2003 r. Agnieszka i Karol musiały być w lipcu Warszawie, albo w pracy, albo na egzaminach. Z trudem udało się jednak znaleźć jedyny wakacyjny tydzień, w którym wszyscy mogliśmy pojechać do Francji. Na dodatek był to tydzień specjalny, bo w nim przypadała nasza 25-ta rocznica ślubu. Wyjechaliśmy w piątek, w sobotę byliśmy już na miejscu. Uprzedzony telefonicznie monsieur Blanquart zwodował naszą łódkę i wprost z drogi mogliśmy wziąć w niej prysznic i ścielić łóżka.

W niedzielę nie mogliśmy płynąć, bo biuro VNF (fr. Voies Navigables de France) w St. Jean de Losne było czynne tylko w tygodniu i nie mogliśmy zakupić niezbędnej winiety.. Pojechaliśmy więc wszyscy samochodem do twierdzy Besançon, zwiedzić ja dokładniej i wspólnie, zwłaszcza, że jest tam znane ZOO, w którym wielkie drapieżniki żyją bez krat, prawie w warunkach  naturalnych.

Tak było. Te wielkie koty ogląda się zza wielkich półprzezroczystych szyb. One nic nie widzą i nic nie czują. Czasami przyciskają się do tych wielkich, czarnych dla nich okien i można prawie ich dotknąć. Były też i inne atrakcje. Zapatrzyłem się zwłaszcza na owady, które również można było oglądać na dotknięcie palca w ciemnej sali.

Besanson

Na górze: lwica i pająk wielkości dłoni w ZOO Besançon. Podpisywanie protokołu w Police Municipale. Poznajemy nową technikę – zrobiliśmy to wszyscy. Były to pierwsze seagwaye w Europie, w akcji promocyjnej

Czarny pająk zrobił swoje. Gdy wyszedłem na świat nie miałem portfela. Ani paszportu, ani prawa jazdy, ani dokumentów samochodu. Także karty kredytowej. Więc koniec urlopu, zaraz po przyjeździe do Francji. Ale jak wracać bez papierów? Złożyliśmy zeznanie o kradzieży na policji i pojechaliśmy na Taurusa II do St. Jean de Losne szykować się do powrotu do kraju…

Jak wspomniałem, była to niedziela. A już w poniedziałek, z samego rana, zadzwoniła na moją komórkę policja z Besançon: proszę przyjechać, mamy Pana portfel!

Pojechaliśmy ponownie i był, bez gotówki, której było niewiele, na drobne wydatki. Portfel został podrzucony pod drzwi komisariatu przez uczciwego(!) kieszonkowca. Od tego czasu kocham szczerze Francuzów. Tę miłość potwierdziły jeszcze potem zdarzenia w 2004 roku. Ten, powtórny już pobyt w Besançon, wykorzystaliśmy w pełni, jeżdżąc zaciekle na reklamowych segwayach prezentowanych tu publiczności w ramach akcji promocyjnej, za niewielkie pieniądze.

W końcu, na pozostałe trzy dni ruszyliśmy na wodę. Saoną na południe, do Chalon na dwa dni. Wieczorem, odstrzeliliśmy drogiego szampana, specjalnie zakupionego na okazję 25-lecia i zwiedzaliśmy miasto. Rano spostrzegłem w marinie polską banderę. na małym, dwuosobowym drewnianym jachciku. Oczywiście od razu poleciałem poznać sąsiada. Na moje dzień dobry wygramolił się z kabinki mocno zarośnięty szyper. Pozdrowiłem go i zapytałem, dlaczego siedzi na jachcie, a nie wyszedł ze swym towarzyszem do miasta? Śmiejąc się powiedział, że on na ląd nigdy nie wychodzi, bo tam nie ma nic ciekawego… Wraca właśnie z Morza Śródziemnego do kraju droga wodną, do Gdańska, przez Rodan, Saonę, Ren, kanały i Odrę i Bałtyk. Wręczył mi swoją wizytówkę, uroczą samoróbkę, która, jak się jej przyjrzeć, wiele mówi o jej twórcy i podmiocie.

TedWizSzampan na 25-lecie i toast. Muzeum mąki chleba, które zaplanowaliśmy zwiedzić w drodze powrotnej. Gdański, niezmordowany gdański żeglarz Bogdan Ted Piskorski, owner&skipper s/y Castor (fot. Teda z internetu). Wizytówka, jaką mi wręczył. S/y Castor na wodzie łupinka orzecha i dwie głowy

W miasteczku Verdun sur le Doubs przy ujściu do Saony rzeki, którą rok wcześniej płynęliśmy do Strasburga, zwiedziliśmy jeszcze urocze Musée du Blé et du Pain, czyli muzeum mąki i chleba. Jego wnętrza przypominały średniowieczną Francję.

Rok 2004. Etap V, południe Francji i… koniec

Czekaliśmy na ten etap rejsu od początku całej podróży. Owernia, Prowansja, Lazurowe Wybrzeże. Kto w Polsce o tym nie marzy? Wyruszyliśmy. Z obojgiem już dorosłych dzieci i pełnym entuzjazmem. Ale to już nie było to. Agnieszka miała zaplanowaną w lipcu bardzo ważną dla niej jako designera tygodniową praktykę w firmie Storz Design Studio w Zell am See, w Austrii. Karol bardzo intensywnie rozwijał działalność w internecie, i nie mógł być nieobecny w sieci ani dnia. My również kończyliśmy projekt wydawniczy dla naszego głównego klienta. Zabraliśmy więc na Taurusa II nasz komputer stacjonarny i wykorzystywaliśmy go wszyscy do pracy w sieci przez modem komórkowy.

Rodan nam tę pracę ułatwiał. Jest wyjątkowo nudną rzeką. Szeroki, spokojny, brzegów prawie nie widać. Miasta również mało interesujące. Po tylu wspaniałych miejscach wydawały się bezludne.

MaconOkolice

Mâcon nad Rodanem. Marina. Stara Katedra św. Wincentego. Château de Varennes

Wreszcie Lyon. Półmilionowa metropolia Francji, trzecia po Paryżu i Marsylii, ważny węzeł kolejowy i drogowy. Z Paryża nie można przejechać na Lazurowe Wybrzeże inaczej niż doliną Rodanu. Lyon to miasto-klucz. Na wschodzie rozciąga się bowiem, prawie do Atlantyku, Masyw Centralny. To góry typu Bieszczady.

Stajemy w marinie na Saonie w centrum Lyonu, opodal Gare de Lyon-Perrache – jednego z dworców kolejowych w Lyonie. Jest to ważny dla nas fakt, bo po samochód, który pozostał St. Jean de Losne można pojechać pociągiem.

Lion

Miejsce cumowania Taurusa II w Lyonie. Bazylika Notre-Dame de Fourvière góruje nad miastem. Na szczycie jej głównej nawy stoi posąg archanioła Michała

W Lyonie cumowaliśmy kilka dni, bowiem właśnie wtedy wypadał termin praktyki Agnieszki w Zell am See w centrum Austrii. Pojechaliśmy tam z żoną aby ją odwieźć, prawie 1000 km w jedną stronę. Aby było ciekawie, to przez Włochy. Wyjechaliśmy skoro świt, u celu byliśmy tuż po południu. Tego samego dnia przed północą, dla odmiany przez Szwajcarię, wróciliśmy do Lyonu. To możliwe tylko autostradami.

DrogiAgi

Podróże samochodowe w południowej Francji. Żółta linia to wyprawa z Agnieszką do Zell am See w Austrii i z powrotem. Trasa fioletowo-czerwona to już późniejszy wyjazd po Agnieszkę wracającą z praktyki

Lyon zwiedziliśmy starannie, choć jest to miasto znacznie młodsze i znacznie uboższe w zabytki i atrakcje niż Paryż. Pięknie położone w widłach Saony i Rodanu leży w dolinie i jej zboczach. Miasto to można zwiedzać na różnych poziomach. Po kilku dniach ruszyliśmy na południe, już Rodanem, bardzo obfitym w wodę dzięki alpejskim lodowcom.

RodanSaona

Mosty w centrum Lyonu. Niżej połączenie wód Saony i Rodanu

Do Awinionu, naszego głównego celu w południowej Francji, dotarliśmy po dwóch dniach rejsu z nocowaniem w Valence, w odległym od miasta dużym porcie jachtowym l’Eperviere. Rodan naprawdę jest nudny. Dotarliśmy wreszcie do Awinionu, miasta leżącego u stóp pałacu papieskiego. W latach 1378–1408 pałac ten był siedzibą antypapieży wielkiej schizmy zachodniej. Podczas rewolucji francuskiej miasto zostało natomiast włączone do Francji.

Zacumowaliśmy w niewielkiej marinie ukrytej za słynnym mostem, zbudowanym według legendy przez pastuszka nazywanego w tradycji Bénézet d’Avignon, czyli Benedykta z Awinionu (1163-1184), świętego kościoła katolickiego. To zabytek znany szeroko. Jeszcze w 1660 roku był cały, miał 22 przęsła, o czym świadczą ówczesne grafiki. Powszechnie znany jest jednak właśnie z tego, że kończy się w połowie rzeki. To rzadka cecha mostów. Dlatego ta połówka mostu ma wielką literaturę. Najbardziej znana w świecie jest francuska piosenka Sur le pont d’Avignon, której treść opowiada o ludziach tańczących na moście, choć w rzeczywistości tańczyli oni prawdopodobnie pod mostem (sous le pont), na wyspie będącej już w dawnych wiekach popularnym terenem zabaw. Nam Awinion kojarzy się bardziej z przejmującym wierszem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego o tym samym tytule, do którego muzykę napisał Andrzej Zarycki, a śpiewali między innymi Ewa Demarczyk, Budka Suflera, Janusz Radek, Gaba Kulka oraz grupa Czerwony Tulipan.

Awinion jest miastem,  w którym stale odbywają się jakieś festiwale, przeważnie uliczne. Jest miastem uroczym, jakby pośrednim miedzy Kazimierzem nad Wisłą (mniejszy) a Krakowem (większy). Zresztą wszystko na południu Francji jest starsze niż u nas.

Avignon

Niecały most w Awinionie, za nim w głębi widać marinę jachtową. Niżej: pałac papieski antypapieży. Występy artystów na dziedzińcu tego pałacu. Migawki z festiwalowego Awinionu

Już z Awinionu pojechaliśmy do Genewy odebrać Agnieszkę, która ofiarnie, dla naszej wygody, dojechała tam pociągiem z praktyki w Austrii. Odebraliśmy ją na dworcu i parę godzin później byliśmy już na Taurusie II.

Ostatni odcinek całej naszej pięcioletniej podróży, z Awinionu do Port St. Louis du Rhône, był niezwykle nudny. Karol pojechał samochodem, aby dostarczyć samochód do portu jachtowego, w którym mieliśmy zakończyć rejs. Mając samochód na nabrzeżu przy Taurusie II, a wiec przy naszym wówczas domu, zwiedzaliśmy Prowansję. Byliśmy w rzymskim Arles, mieście w którym tworzył Vincent van Gogh, Salon-de-Provence Paula Cézanne’a, Orange z rzymskim teatrem i łukiem triumfalnym Tyberiusza, a nawet wleźliśmy na Mount Ventoux (1912 m npm), najwyższy szczyt francuskich Alp Południowych. Do Marsylii mieliśmy popłynąć Taurusem II, to jest rejs tylko na cztery godziny.

GolfMarseille

Zatoka Lyońska na mapie: ujście Rodanu, zatoka portu Fos i Marsylia –  stary port i twierdza d’If, z której skoczył do morza młody Dantes, stając się hrabią Monte Christo… Niżej widok z powietrza naszego ostatniego portu, którego nabrzeże widać obok, ja z Karolem na prowansalskim spacerze i… cykada.

Nie wiedziałem, że osławione poetyckie cykady, to po prosu osowate muchy plujki. Gdzie takim muchom, sławionym zresztą przez poetów, do naszych pasikoników i świerszczy!

DM

Karol ruszył dziarsko, Agnieszka na dachu, z aparatem wstępnie odtańczyła zwycięstwo. Niestety, obserwując bacznie zatokę, za boją toru wodnego dostrzegłem kolejkę tankowców do portu Fos i przerażony nakazałem powrót…

W kolejnym dniu ruszyliśmy do Marsylii naszym Taurusem II. Jak widać wyżej, z entuzjazmem i przytupem. Zarządziłem jednak natychmiastowy powrót zaraz za ostatnią boją toru wodnego, gdy zobaczyłem kolejkę tankowców do portu Fos. Pomyślałem sobie – co by było, gdyby miedzy dwoma tymi kolosami doszło do awarii naszego silnika? Nikt by nawet nie zauważył, że nas staranował i zakończylibyśmy rejs na dnie… Do Marsylii pojechaliśmy samochodem.

Marsylia

W marsylskim vieux port, teraz porcie jachtowym. Niegdyś był to główny port Marsylii. Stąd właśnie, w powieści Aleksandra Dumasa ojca, wywieziono galernika Dantesa do twierdzy d’If. Uciekł z niej skacząc do morza i pojawił się z żądzą zemsty jako hrabia Monte Chiristo. To ujęcie z filmu Majki, która rzadko pokazywała się po tej stronie kamery

Posłowie

Po odstawieniu Taurusa II na plac postojowy jachtów „à sec”, wróciliśmy do domu. W następnym, 2015 roku, przeprowadziliśmy nasz dom na wodzie do mariny St. Jean de Losne i ogłosiliśmy w internecie, że jest on do sprzedania. Wiosna 2016 roku zadzwonił do nas początkujący wodniak z Gdańska. Po obejrzeniu kilku godzin naszych nagrań video zdecydował się na zakup Taurusa II. Od razu, ku naszemu zdziwieniu, zostawił zaliczkę. W majowe święta umówiliśmy się marinie Saint Jean de Losne, zwodowaliśmy jacht i razem pływaliśmy dwa dni.

Epilog

Po przyjeździe do kraju podpisaliśmy umowę kupna-sprzedaży. Taurus II został sprzedany po pięciu latach pływania, nieznanemu mi wcześniej, młodszemu o pięć (!) lat koledze elektronikowi-informatykowi.

Powrót do spisu treści

——ooo——