Piotrek

Zarówno w podstawówce, liceum, czy później, na uczelni, miałem zawsze właściwie jednego bliskiego kolegę, do wspólnej nauki. Nie były to aż przyjaźnie, raczej kolegowanie po szkole w jednym lub drugim domu wynikające z konieczności odrabiania lekcji, z pośpiesznymi przejadkami serwowanymi czasami przez rodziców. W liceum niemal codziennie przez ponad trzy lata takim poszkolnym moim towarzyszem był serdeczny i lubiany przeze mnie Piotrek Puławski.

Gitarzysta
Piotrek na początku swojej kariery estradowej. Już po liceum.

Piotrek mieszkał ze swoja mamą w ciasnej i kiszkowatej jednookiennej stróżówce na parterze starej rudery pamiętającej czasy zaborów. Był to dom przy ul. Wiśniowej 37 (obecnie, po przebudowie, są tam biura Urzędu Dzielnicy Mokotów). Trudno było tam mieszkać, nie mówiąc o nauce czy odrabianiu lekcji. Ja natomiast mieszkałem wtedy już w naszym nowym domu przy ul. Różanej, dopiero co zbudowanym przez moich rodziców (ojciec był inżynierem budownictwa). Dom ten budowaliśmy całą rodziną przez kilka lat z oszczędności i bieżących zarobków rodziców, którzy zadłużyli się zresztą na wiele kolejnych lat.
W 1957 roku ojciec mój wygrał pierwszy w zdemokratyzowanej Polsce konkurs na dyrektora wielkiej dużej poradzieckiej fabryki domów na Żeraniu. Pisano o tym szeroko w gazetach. Był to bowiem w owych czasach  przełom – ojciec ani wtedy, ani przedtem, ani później nie był członkiem partii. A został dyrektorem wielkiej fabryki.
Jego zarobki były już wówczas znaczne, co umożliwiało kończenie budowy domu i wyposażanie go w meble. Nie tylko zresztą w meble. Rekompensując sobie lata biedy i oszczędzania rodzice sprawiali sobie nawzajem luksusowe domowe prezenty. Jednym z nich był chyba najlepszy wówczas w Europie radioodbiornik Beethoven produkcji NRD. Na tej 12-obwodowej, 10-lampowej superheterodynie odbierało się z łatwością legendarne Radio Luksemburg nadające kultową wówczas muzykę rozrywkową i jazz, w tym nie znanych wówczas szeroko w Polsce Presleya, Brendy Lee, Paula Anki i innych.

Beethoven

Piotrek bywał u nas codziennie. Oczywiście uczyliśmy się razem, ale jeszcze bardziej słuchaliśmy w kółko radia. Jazzu i rodzącego się big-bitu.
Piotr imponował mi swoimi zdolnościami i osiągnięciami. W szkole podstawowej chodził do szkółki latania i wakacje szkolne spędzał na obozach szybowcowych między innymi na słynnej górze Żar (761 m, między Żywcem a Bielsko-Białą) zdobywając już w liceum pierwsze diamenty odznaki szybowcowej. Również wcześnie, jeszcze w swoim skromnym mieszkaniu sam uczył się grać na gitarze i banjo. Robił to z taką determinacją, że mając piętnaście lat grywał już w dixielandowym zespole Vistula Stompers. W latach 1958-1960 grywał też w swingtecie Janusza Zabieglińskiego.

PPWN

Piotrek Puławski i ja. Już po liceum.

Piotrek znalazł u nas prawdziwy dom. Rodzice go bardzo lubili, a on sam imponował mi, zarówno szybownictwem, jak i zdolnościami muzycznymi. Był przy tym bardzo uczynny i skromny. Poprosiłem go, by pouczył mnie grać na gitarze. I zrobił to! Ćwiczył ze mną godzinami. Po roku już swobodnie sobie pogrywałem i podśpiewywałem, jednak z różnicą klasy do nauczyciela. On miał duszę do gitary, a ja nie (ale na rajdy i obozy wystarczyło). Nadal często uczyliśmy się razem w moim domu na Różanej. Wtedy pasjonowała mnie również radiotechnika.

Wiosną 1960 roku Piotrek zniknął z moich oczu i ze szkoły. Spotkałem go później przypadkowo na ulicy. Mógł to być rok 1965. Byłem wówczas studentem Politechniki. On, nieco zażenowany porzuceniem szkoły przed maturą powiedział mi, że ma zamiar braki nadrobić i zdać egzamin maturalny. Powiedział też z dumą, że tworzy nowy zespół muzyczny o nazwie Polanie. Później już nigdy go nie widziałem.
Na Wydziale Elektroniki PW żyliśmy nauką i turystyką. Ja byłem na roku jednym z trzech gitarzystów rajdowych. O Piotrku zupełnie zapomniałem, a przecież od niego się zaczęło to moje muzykowanie.

Muzycy

Po lewej: Ja jako gitarzysta rajdowy. U góry: Nasza grupa studencka Akustyka była bardzo muzyczna: Tadeusz Fidecki, znany perkusista Jerzy Bartz i ja. Na dole: Oblewanie dyplomu (1967). Na potrzeby tej uroczystości grał nasz własny zespół jednorazowy Czerwone Żywioły w składzie Tadeusz Fidecki p, Zbigniew Namysłowski sax i ja g oraz sopranistki: żona Zbyszka Krysia Namysłowska i Irenka Iwanicka

Dalsze losy mojego licealnego kolegi, z którym niegdyś spędziliśmy wiele chwil ucząc się, słuchając muzyki i brzdąkając na gitarze poznałem dopiero w połowie kwietnia 2019 roku. Przeglądając internet przypadkowo trafiłem na klepsydrę Piotra podpisaną przez Annę Dębicką, chyba jego koleżankę z zespołu Alibabki. Potem przejrzałem dokładnie internet i jego drogę życiową. Przez całe życie intensywnie koncertował. Najpierw w kraju zaczynał w 1960 roku w Czerwono Czarnych. Wtedy właśnie zniknął ze szkoły. Po trzech latach* założył swój zespół Polanie. Koncertował najpierw w krajach, tzw. socjalistycznych, potem w całej Europie. W 1970 roku osiedlił się we Frankfurcie nad Menem i zmienił nazwisko, ale polskiego nazwiska używał nadal, uważając je za artystyczny pseudonim. Mieszkając w Niemczech mógł realizować obie swoje pasje – muzykę i latanie. Został nawet instruktorem lotnictwa akrobatycznego. Koncertował nadal, często w Polsce, którą lubił i czuł się tu zawsze jak w domu. W Niemczech zajął się zawodowo informatyką, pracował jako wolny specjalista w IBM. Taki był Piotrek. Wszystko co robił, robił perfekcyjnie.

nekrolog

23 kwietnia 2017 r. na jego facebooku ukazało się ogłoszenie:
Moja ukochana gitara, Guild Starfire V S/N #41142 z roku 1965 nabyta na tournee w Szwecji w r. 1969  do sprzedania z powodu śmiertelnej choroby. Oczekuję € 2.850,- (12.000,- zł) lub więcej wraz z oryginalnym futerałem. Komunikacja wyłącznie przez e-mail. Piotr Puławski (Polanie). e-mail: peter.steiman@brain-power.ws
A dwa dni późnej, 25 kwietnia 2017 r. Piotr dał ogłoszenie następne:
Mój spadochron awaryjny National 425, niezwykle cienki i lekki, jest teraz na sprzedaż. Proszę o $ 1.490,- (cena nowego $ 2.290,-). e-mail: peter.steiman@brain-power.ws

Piotrek umarł miesiąc później. Nie wiem czy zdążył sprzedać dwa najdroższe jego sercu skarby.

*) Na FB Muzeum polskiego rocka pan Kazimierz Ciechanowicz, którego nie znam, skomentował ten wpis: Nie po trzech, a po pięciu latach.powstali „Polanie”. Dziękuję.