Life story

Moje przyjście na świat nie było przyjemne. Hitlerowski obóz koncentracyjny na lubelskim Majdanku istniał już od roku, a na miesiąc przed moim urodzeniem zaczęły działać jego krematoria. Tak więc mojemu życiu od początku towarzyszyło męczeństwo ludzi i posępny zaduch palonych zwłok. Rodzice, tak jak wszyscy lublinianie, musieli z tym żyć na co dzień. Ja, na szczęście, nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Korzenie
Okupacyjnego Lublina, miasta mojego urodzenia, nie pamiętam. Z niego wywodziła się cała rodzina ze strony mojego ojca, Kazimierza. Jego ojciec, a mój dziadek Józef, prowadził dobrze prosperujący zakład powroźniczy, zaś jego żona, babcia Władysława, niezwykle skromna, uczynna i lubiana w środowisku, wychowywała trójkę chłopców. Był to dobry, sympatyczny i zadbany dom.
W 1924 roku wszystko uległo zmianie. Dziadek Józef jadąc na rowerze zginął pod kołami ciężarówki. Był jedynym żywicielem rodziny. Babcia z trójką dzieci musiała żyć sama. Wtedy był to już biedny dom. Najstarszym w nim mężczyzną był 11-letni Kazimierz, mój ojciec. Jak mógł wspierał matkę, pracował, zarabiał i bardzo chciał się uczyć. Wreszcie, w 23 roku życia ukończył średnią szkołę budownictwa i jako wyróżniający się absolwent w lipcu 1936 roku został zatrudniony w prywatnej w firmie budowlanej. Skończyła się bieda. Jeden członek rodziny już normalnie zarabiał.
Ojciec mój kierował różnymi budowami firmy, w której pracował. Jednak nie tylko kierował. Wielu robotników, zatrudnianych zwykle wprost z przeludnionej wsi nie umiało ani murować, ani nawet przygotowywać zaprawy. Zawodu uczył wiec ich sam szef. Ojciec często pokazywał jak się pracuje łopatą, kielnią i młotkiem murarskim. To właśnie uratowało mu później życie.
W wrześniu 1939 roku prowadził dużą budowę w Chełmie. To pierwsze miasto, do którego weszła Armia Czerwona realizując ustalenia paktu Ribbentrop-Mołotow. Radzieckich żołnierzy szkolono, że wchodzą do kraju, w którym robotnicy i chłopi są, jak to się wówczas mówiło, uciskani przez polskich Panów i Obszarników. Należy więc tych wyzyskiwaczy łapać i wywozić na Wschód, by wyzwalać robotników i chłopów. Ale jak rozróżniać jednych od drugich? Radziecka władza miała sposób prosty: „покажи руки” (po rosyjsku: pokaż ręce). Ojciec miał ręce zniszczone wapnem i cegłami, więc puszczono go wolno…
Jeszcze przed wojną, rok po ukończeniu szkoły poznał w Lublinie uroczą panienkę, która przyjechała z domu rodzinnego w Pabianicach na kilka dni do Lublina by zobaczyć się ze swoim ówczesnym narzeczonym. Na jednej z uroczystości towarzyskich poznała mojego ojca, wychudzonego, niepozornego chłopaka. No i stało się: zakochała się w tym brzydszym i biedniejszym, przeprosiła zamożnego narzeczonego i, ku niezadowoleniu swoich rodziców, wyszła za mojego przyszłego ojca. W ten sposób pojawiła się w historii moja mama. W 1938 roku urodził się im pierworodny syn, mój starszy brat, a w 1942 – ja.
Czas był wojenny. Ze wschodu nieubłaganie nadciągał front. Na początku 1944 cała nasza rodzina postanowiła przeczekać wojnę gdzieś na Mazowszu, ale w jakiś spokojniejszym miejscu bliżej Warszawy. Ojciec bowiem uważał, że w stolicy, w największym polskim mieście, najłatwiej znajdzie w przyszłości pracę. Nie przypuszczał nawet jaki to będzie wielki plac budowy.
Rodzice wybrali okolice Pruszkowa, jak się już wkrótce okazało, nie najlepiej. Tam właśnie Niemcy wywieźli po Powstaniu setki tysięcy obywateli Warszawy, a samo miasto zrównali z ziemią.

Świadomość
Świadomość istnienia dopadła mnie dopiero w Podkowie Leśnej koło Pruszkowa. Tu schronili się moi rodzice uciekając przed spodziewaną nawałą ogniową frontu II Wojny Światowej. Tu też zostałem zgłoszony do ewidencji urodzeń w miejscowym kościele.
Nowe życie w nowym miejscu rodzice zaczęli oczywiście od budowy domu. Ojciec, budowlaniec z praktyką, sam zaprojektował nasz nowy dom i budował go z kilkoma niewykwalifikowanymi miejscowymi. Mama gotowała, prała i sprzątała dla wszystkich, rodziny i pracowników budowy. Ja i mój brat pętaliśmy się po okolicy, bawiąc się zwłaszcza w sąsiedzkim lasku nad maleńkim strumyczkiem, budując tamy i rozmaite konstrukcje wodno-ziemne.
Bywaliśmy także nieznośni. Rodzice często wyjeżdżali w związku z zaopatrzeniem budowy. Kiedyś zostaliśmy w domu tylko pod opieką niezbyt przyjemnej sąsiadki, starszej pani, która miała ugotować dla nas obiad. Właziliśmy jej stale do kuchni, by zobaczyć co gotuje. Pogoniła nas w końcu energicznie i wyrzuciła na ogród.
Postanowiliśmy się więc zemścić. Dom był parterowy, wolnostojący, z płaskim dachem. Widzieliśmy komin, z którego leciał dym. Przystawiliśmy drabinę. Brat, ośmiolatek, był wyższy, więc zajął stanowisko na górze. Ja, prawdziwy pięcioletni prawie „strażak”, donosiłem mu z ogrodowego kranu wodę małym dziecinnym wiaderkiem i podawałem z drabiny. On wlewał tę wodę do dymiącego komina. Po szóstym wiaderku nagle otwarły się drzwi i na ogród w obłoku dymu wybiegła nieco przyczerniona gospodyni krzycząc – ratunku, diabły w kominie! Na te scenę weszli akurat wracający rodzice. Już z ulicy widzieli naszą akcję. Dostaliśmy za ten numer solidną karę, ale w oczach mamy widziałem chyba nutkę podziwu…

Szkoły
W czerwcu 1948 roku brat zaprowadził mnie do naszej miejscowej szkoły. Odbierał tam świadectwo i chciał mi pokazać, gdzie się uczył. Podobało mi się tam bardzo, więc sam wszedłem do sekretariatu szkoły i zapytałem czy ja też mogę się tu uczyć. Pani sekretarka sądząc, że przysłali nas rodzice, zapisała mnie do I klasy na nowy rok szkolny. 1 września, mając niecałe 6 lat wyszykowałem się i byłem gotów do szkoły razem z bratem. Zdumiona mama zapytała gdzie ja i po co idę, więc z satysfakcją wypaliłem, że jestem pierwszoklasistą. Niestety mama wyszła z nami, żeby sprawę wyjaśnić i przepisać mnie na rok następny. Było zabawnie, gdy dyrektorka szkoły stwierdziła: chce, niech chodzi. I tak już zostało.

Warszawa szybko powstawała z gruzów. Przy jej odbudowie pracował także mój ojciec, był m. in. kierownikiem budowy gmachu na Placu Trzech Krzyży, obecnego Ministerstwa Rozwoju. W lipcu 1949 roku ojciec zabrał nas kolejką WKD na otwarcie Trasy W-Z (z tunelem pod Placem Zamkowym i już nową Kolumną Zygmunta III Wazy).

WZOtwarcie Trasy W-Z, 1949 r. Fot. AG CAF, commons.wikimedia.org, 1952.

Jesienią 1950 roku mój ojciec jako jeden z wielu budowniczych Warszawy otrzymał przydział mieszkania i już od września chodziłem do szkoły w stolicy. Niewiele pamiętam z tego okresu, ale do dziś tkwi mi w głowie obraz z 5 marca 1953 roku: apel szkolny na korytarzu, kilkuset uczniów i głośno płaczące rzewnymi łzami nauczycielki. Okazało się, że tego dnia umarł bliżej nam, uczniom, nieznany wielki Wódz.
Rok 1955 obfitował w ważne dla mnie wydarzenia. Po pierwsze ukończyłem szkołę podstawową i zostałem zapisany do liceum.  Po drugie, co było dla mnie wielkim przeżyciem, uczestniczyłem, a właściwie pętałem się przy Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów.

Festiwal1955Warszawa 1955 r. Festiwal Młodzieży i Studentów. W tle widoczne ruiny Teatru Wielkiego. Fot. Stanislaw Wydżga

Po raz pierwszy w życiu widziałem setki młodych ludzi z całego świata, o różnych kolorach skóry i nigdy wcześniej nie widzianych rysach. Latałem z pamiętnikiem i zbierałem wpisy, z których nie rozumiałem nic, bo były w różnych obcych mi językach. Warszawa brzmiała przyjaznym, wielojęzycznym gwarem, głośnym śmiechem i nieznanymi mi śpiewami.
Po trzecie wreszcie ukończono budowę Pałacu Kultury, niewiarygodnie wówczas, zwłaszcza dla 12-latka, wysokiego budynku. Wokół była tylko pustynia gruzów.

PalacKulturyKorWarszawa 1955 r. Pałac Kultury gotowy wśród morza ruin. Fot. Zbyszko Siemaszko

W liceum szło mi źle. Chyba za wcześnie poszedłem do szkoły. W otoczeniu starszych i większych kolegów czułem się gorszy. Miałem również coraz gorsze oceny. Chętnie towarzyszyłem szkolnym rozrabiakom, by zyskiwać ich akceptację. Brałem m. in. czynny udział w „akcji specjalnej” kolegów z klasy, która polegała na uroczystym spaleniu na boisku dziennika klasowego, jedynego dokumentu szkolnego ze wszystkimi ocenami. Nie było duplikatu tego dziennika. Nie było też żadnego donosu, kto to zrobił. Mimo tego niewątpliwego wówczas dla mnie „sukcesu”, a może właśnie dlatego, nie dostałem promocji i musiałem powtarzać rok.
Diagnoza, że zbyt wcześnie rozpocząłem naukę, sprawdziła się bez wątpliwości. Dopiero powtarzając rok znalazłem się wśród rówieśników, którzy na dodatek traktowali mnie z respektem, jako „byłego starszego”. Tak dobrnąłem, nie bez problemów, do matury

Politechnika
Pierwszy egzamin udany był tylko częściowo. Zdałem, ale wynik był za słaby, bym został przyjęty na wymarzony jeszcze w szkole Wydział Łączności. Zrezygnowałem i rok później zdawałem powtórnie. Tym razem się udało, ale i tak później było trudno. Dużo nauki, nawet nocami. A na dodatek ożeniłem się i musiałem jakoś zarabiać na życie. Postanowiłem przerwać studia, wykorzystać tzw. urlop dziekański i pójść na rok do pracy. Wówczas zdarzyło się coś, co zadecydowało o całym moim dalszym życiu.
Podanie o urlop przyjmował nasz profesor chemii Andrzej Górski, wówczas dziekan ds. studenckich. Z jego przedmiotu miałem najlepsze stopnie. Przeczytał pismo i powiedział, że na mój urlop się nie zgadza. I dodał: – wiem z doświadczenia, że Jak Pan pójdzie do pracy, to po roku już Pan nie wróci. A ma Pan niezłe wyniki (tak naprawdę byłem dobry tylko z chemii, bo on i jego asystenci byli komunikatywni i lubili nas, studentów). Proponuję Panu dżentelmeński układ. Jeśli w następnej sesji egzaminacyjnej uzyska Pan średnią ze wszystkich ocen nie niższą niż 4, na następny semestr przyznam Panu stypendium naukowe (dość wysokie, niezależne od dochodów, rodzaj stałej nagrody za wyniki w nauce). A co dalej zobaczymy…

GorskiCharakterystyczny dobrotliwy uśmiech prof. Andrzeja Górskiego. Obdarowywał nim tylko studentów. Ponoć jego muszka była inspiracją artystów wykonujących mozaiki na obu widocznych z Pl. Politechniki frontowych, tzw. małych, audytoriach Gmachu Elektroniki, oddanego do użytku właśnie w czasach pełnienia przez niego  obowiązków Dziekana d/s Studenckich
(fot. ze zbiorów kolegi Stefana Wilka)

No i miałem to stypendium do końca studiów, bo choćby ze względów ambicjonalnych starałem się, aby moja średnia nie spadła już poniżej 4,5. Studia ukończyłem w terminie i zaproponowano mi pozostanie na uczelni oraz pracę naukowo-dydaktyczną. Później nie zdarzyło mi się już w życiu nic specjalnie ciekawego. Normalny rozwój tzw. kariery naukowej, niezbyt błyskotliwej, ale uczciwej i wypracowanej i życie rodzinne.