Korzenie

Moje przyjście na świat nie było przyjemne. Hitlerowski obóz koncentracyjny na lubelskim Majdanku istniał już od roku, a na miesiąc przed moim urodzeniem zaczęły działać jego krematoria. Tak więc mojemu życiu od początku towarzyszyło męczeństwo ludzi i posępny zaduch palonych zwłok. Rodzice, tak jak wszyscy lublinianie, musieli z tym żyć na co dzień. Ja, na szczęście, nie zdawałem sobie z tego sprawy.

DymyMajdanka
Dymy Majdanka 1943 (fot. nn)

Z Lublina, miasta mojego urodzenia, wywodziła się cała rodzina ze strony mojego ojca, Kazimierza. Jego ojciec, a mój dziadek Józef, prowadził dobrze prosperujący zakład powroźniczy, zaś jego żona, babcia Władysława, niezwykle skromna, uczynna i lubiana w środowisku, wychowywała trójkę chłopców. Był to dobry, sympatyczny i zadbany dom.
W 1924 roku wszystko uległo zmianie. Dziadek Józef jadąc na rowerze zginął pod kołami ciężarówki. Był jedynym żywicielem rodziny. Babcia z trójką dzieci musiała żyć sama. Wtedy był to już biedny dom. Najstarszym w nim mężczyzną był 11-letni Kazimierz, mój ojciec. Jak mógł wspierał matkę, pracował, zarabiał i bardzo chciał się uczyć. Wreszcie, w 23 roku życia ukończył średnią szkołę budownictwa i jako wyróżniający się absolwent w lipcu 1936 roku został zatrudniony w prywatnej w firmie budowlanej. Skończyła się bieda. Jeden członek rodziny już normalnie zarabiał.
Ojciec mój kierował różnymi budowami firmy, w której pracował. Jednak nie tylko kierował. Wielu robotników, zatrudnianych zwykle wprost z przeludnionej wsi nie umiało ani murować, ani nawet przygotowywać zaprawy. Zawodu uczył wiec ich sam szef. Ojciec często pokazywał jak się pracuje łopatą, kielnią i młotkiem murarskim. To właśnie uratowało mu później życie.
W wrześniu 1939 roku prowadził dużą budowę w Chełmie. To pierwsze miasto, do którego weszła Armia Czerwona realizując ustalenia paktu Ribbentrop-Mołotow. Radzieckich żołnierzy szkolono, że wchodzą do kraju, w którym robotnicy i chłopi są, jak to się wówczas mówiło, uciskani przez polskich Panów i Obszarników. Należy więc tych wyzyskiwaczy łapać i wywozić na Wschód, by wyzwalać robotników i chłopów. Ale jak rozróżniać jednych od drugich? Radziecka władza miała sposób prosty: „покажи руки” (po rosyjsku: pokaż ręce). Ojciec miał ręce zniszczone wapnem i cegłami, więc puszczono go wolno…
Jeszcze przed wojną, rok po ukończeniu szkoły poznał w Lublinie uroczą panienkę, która przyjechała z domu rodzinnego w Pabianicach na kilka dni do Lublina by zobaczyć się ze swoim ówczesnym narzeczonym. Na jednej z uroczystości towarzyskich poznała mojego ojca, wychudzonego, niepozornego chłopaka. No i stało się: zakochała się w tym brzydszym i biedniejszym, przeprosiła zamożnego narzeczonego i, ku niezadowoleniu swoich rodziców, wyszła za mojego przyszłego ojca. W ten sposób pojawiła się w historii moja mama. W 1938 roku urodził się im pierworodny syn, mój starszy brat, a w 1942 – ja.
Czas był wojenny. Ze wschodu nieubłaganie nadciągał front. Na początku 1944 cała nasza rodzina postanowiła przeczekać wojnę gdzieś na Mazowszu, ale w jakiś spokojniejszym miejscu bliżej Warszawy. Ojciec bowiem uważał, że w stolicy, w największym polskim mieście, najłatwiej znajdzie w przyszłości pracę. Nie przypuszczał nawet jak wielki to będzie plac budowy.
Rodzice wybrali okolice Pruszkowa, jak się już wkrótce okazało, nie najlepiej. Tam właśnie hitlerowcy wywieźli po Powstaniu setki tysięcy obywateli Warszawy, którą potem zrównali z ziemią. Świadomość istnienia dopadła mnie dopiero w Podkowie Leśnej koło Pruszkowa, gdzie osiedli rodzice.