Jan I. – lekarz niebywały

Moją Majkę, z którą mamy ponad 40-letni staż małżeński i dwójkę dorosłych dzieci, poznałem w 1976 roku. Była w grupie studenckiej, z którą prowadziłem zajęcia. Była najładniejszą, a jednocześnie najbardziej poważną dziewczyną na swoim roku. Podobała mi się, ale starałem się, by nie było tego widać. Nam, pracownikom uczelni, nie wolno było okazywać żadnych ponadnormatywnych sympatii czy uczuć. Jednak studenci potrafią wyczuwać drobne nawet odcienie ciepła i, licząc na to, że ta właśnie ich koleżanka ma większe szanse, wysyłali ją stale na konsultacje „do pana od układów elektronicznych w zielonej marynarce”. Podobno liczyli, że uda się jej wyciągnąć jakieś dokładniejsze informacje o nachodzących kartkówkach czy egzaminach. Oczywiście jej się to nie udawało, ale wkrótce zbliżyliśmy się całkiem prywatnie…
Od początku nowego roku akademickiego znajomość była już dojrzała i widoma, choć nieintensywna. Oboje mieliśmy wówczas na głowie ważne sprawy zawodowe. Majka dyplom, a ja obronę doktoratu. W wakacje zostałem jednak zaproszony do jej domu by poznać ewentualną przyszłą rodzinę. Był to pobyt miły i udany.
Poznałem wtedy Bieżuń, niewielkie i niezwykłe miasteczko na północnym Mazowszu, w którym Ona się urodziła i mieszkała od zawsze. Poznałem też jej bliskich i przyjaciół. Razem chodziliśmy się opalać i kąpać we Wkrze.
Za tą niewielką rzeką stał ukryty w zieleni parku dworskiego bardzo zniszczony tajemniczy Pałac. Mieszkali w nim miejscowi lekarze, dr Stanisław I. i jego żona pediatra Krystyna I. z czwórką swoich chłopaków, chowanych razem z rówieśnikami z miasteczka. Doktora I. czasem nazywano w miasteczku dziedzicem, czego bardzo nie lubił. Był natomiast społecznikiem. Nie wywyższał się, żył skromnie, leczył bieżuniaków i wspomagał ich jak mógł. Podobnie jak jego ojciec, który kupił ten dwór po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w latach dwudziestych po to, by osiąść w swoim kraju po tułaczce w Rosji, gdzie pracował w różnych zawodach i miejscach.
Do Pałacu nigdy się nie chodziło, bo był po prostu prywatnym, ruiniastym zresztą, wielkim domem. Miał wspaniałą historię. Niegdyś długoletnim jego właścicielem i mieszkańcem był Andrzej hr. Zamoyski urodzony tu w 1716 roku, kanclerz wielki koronny, członek Komisji Edukacji Narodowej, twórca między innymi tzw. Kodeksu Zamoyskiego. Do Bieżunia zjeżdżali wtedy wielcy polskiego, zduszonego przez zaborcę przełomu.
Gdy urodziły nam się dzieciaki, jeździliśmy na wakacje do Bieżunia co roku. Po kilku latach kupiliśmy w okolicy skromną działkę z opuszczoną chłopską chałupą i mieszkaliśmy w niej każdego lata. W Bieżuniu działał już młody doktor I., syn emerytowanego Starego Doktora I. To własnie był Janek, szkolny kolega mojej żony, starszy od niej o rok. Ożenił się z miejscową, bardzo sympatyczną (i atrakcyjną) panienką. Razem pracowali w Ośrodku Zdrowia, Janek był lekarzem, a ona siostrą i robiła badania, np. EKG. Czasem zapraszała mnie obiecująco – przyjdź zrobię ci ekag, ale ponieważ to zawsze oznaczało jedynie poleżenie w oplocie kablowym bez ruchu, to zrezygnowałem z dalszych zaproszeń.
Z Jankiem było inaczej, nie był dla mnie ekscytującą osobą, ale lekarzem. Już po kilku wizytach nie miałem wątpliwości, że jest on lekarzem o zaskakująco dużej wiedzy i doświadczeniu medycznym. Na dodatek człowiekiem bezpośrednim, a jednocześnie szanującym każdego pacjenta. Potrafił prostym językiem wyjaśniać przyczyny choroby i czym ona grozi, przepisać właściwe recepty, ale też i kierować na niezbędne badania lub wizyty do specjalisty, gdy nie miał pewności co się kryje za objawami. To ostatnie było rzadkie; na ogół słuchał, oglądał i… wiedział!. Było to zaskakujące. W Warszawie mieszkałem od lat i chodziłem do wielu lekarzy, również z dziećmi. Często miałem jednak wrażenie, że mają wątpliwości, gubią się w diagnozowaniu i asekuracyjnie przekierowują do kolejnych „specjalistów”. Nic więc dziwnego, że mieszkając w stolicy, a potem w jej okolicy, wybrałem dr Jana I. na mojego lekarza tzw. pierwszego kontaktu z założeniem, że w razie potrzeby będę dojeżdżać na wizyty do Bieżunia.

JanI
Bieżuń. Widok z rynku na ulicę Zamkową, która prowadzi do pałacu. Na pierwszym planie z lewej Muzeum Małego Miasta w Bieżuniu, oddział Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu (fot. Jerzy Piotrowski). Na dole: bieżuński Pałac w parku z lotu ptaka, ruina młyna przy pałacu, niedawno dopiero zwrócona prawowitym właścicielom, którym udało się uratować jedynie najniższą kondygnację starych murów. Po prawej na dole starorzecze Wkry, niegdyś nurt główny, napędzający koło wodne młyna (fot. internet)

Gdy poznaliśmy się bliżej, wyjaśniło się więcej. Po pierwsze był to człowiek dociekliwy i staranny. Tak w medycynie, jak i we wszystkim co robił. W budowie swojego domu na przykład, zakładaniu stawu i jego zarybiania, konserwacji i naprawach samochodu oraz pokonywania wszelkich problemów. Po drugie, a może przede wszystkim, był znakomitym lekarzem. Dzięki bowiem kilkuletniej praktyce lekarskiej po studiach medycznych w warszawskim Pogotowiu miał „szkołę” prawdziwą: nocne dyżury i jeżdżenie karetką do wypadków, ratowanie rannych w awanturach, interwencje przy nagłych zachorowaniach osób starszych i dzieci. W pracy tej musiał sam, bez żadnych konsultacji, stawiać natychmiastowe diagnozy często ratujące życie. Do praktyki lekarskiej w bieżuńskim ośrodku zdrowia stawił się na wezwanie ojca, który przechodził na emeryturę. Janek był już wtedy lekarzem wszechstronnym i wykształconym.
Teraz, po półwieczu, ten młody dr Ilski sam już jest na emeryturze. W Ośrodku Zdrowia, w którym pracował, i który tworzyli jego rodzice, jest nadal lekarzem podstawowej opieki zdrowotnej. A ja nadal jestem jego zarejestrowanym pacjentem. Ze względu na dzielącą nas odległość, już przed piętnastu laty wdrożyliśmy wspólnie medycynę zdalną. Po prostu gdy była potrzeba, przedstawiałem problem telefonicznie. W odpowiedzi dostawałem diagnozę, recepty (dawniej pocztą, teraz tylko kody) i ewentualnie ustne skierowania na badania. Także, gdy potrzebne, niezbędne skierowania do szpitala. Na przykład wtedy, gdy w rutynowym badaniu USG rozpoznano u mnie nowotwór nerki w bardzo wczesnej fazie. Po przesłaniu mailem wydruku tego badania diagnozę potwierdził Janek i wypisał skierowanie do szpitala na chirurgię. Po miesiącu miałem już raka z głowy.
Przyjaźnimy się już wiele lat, również dlatego, ze obaj mamy żony o klasowej urodzie i zawsze eleganckim wizerunku, dbające o dom i rodzinę. My, jak wszyscy mężczyźni, którzy są przecież stworzeni „do ważniejszych rzeczy”, zajmujemy się, jak nazwał to Andrzej Poniedzielski, pozadomiem. Dla nas najważniejsza jest praca, a po niej, na przykład, ryby.
To znaczy tak było. Wnuki zmieniają wszystko. Dziarskich mężczyzn w ramoli, a ich żony w eleganckie babcie. Na tym właśnie polega piękno życia…

24 czerwca 2020 roku